| |
Operacja Kasandra
Siedzieli teraz w na pokładzie małego wojskowego śmigłowca. Wszyscy byli ubrani tak samo. Mieli na sobie mundury w kolorze zgniłej zielni, na głowach nosili hełmy z matowego metalu pomalowanego na czarno, na nogach mieli buty potocznie zwane glanami, każdy na plecach dźwigał plecak z podstawowym wyposażeniem żołnierza armii USA. Zima był w pełni.
Był wśród nich radiotelegrafista, medyk, spec od materiałów wybuchowych i kilku wyspecjalizowanych kolesi od zabijania przy pomocy najróżniejszych "rekwizytów".
Oddział liczył 10 osób. Przewodził im niejaki major Lawrence, weteran z wojny w Wietnamie. Był doświadczonym żołnierzem i znał się na swojej pracy jak żaden z jego podwładnych. Podczas wojny wzięto go do niewoli, o tym co przeżył w więzieniu świadczyły blizny na jego ogorzałej twarzy. Podlegli mu ludzie nigdy nie potrafili znaleźć z nim wspólnego języka. Był osobą "starej daty". Wszystko musiało chodzić jak w zegarku.
"Dyscyplina przede wszystkim" - tak często mawiał
W grupie poza Lawrencem nikt nie miał doświadczenia. Oddział ten był sklecony na prędce, a że brakowało ludzi więc powołano "pierszych lepszych obywateli", którymi byli skazańcy z pobliskiego więzienia. Tygodniowe szkolenie i teraz właśnie jechali na swoją pierwszą akcję.
Lecieli w stronę miasta znajdującego się na skraju jakiegoś niewielkiego jeziora, którego nazwę pamiętali teraz już tylko Indianie. Poprzednia grupa wyruszyła jakieś dwa tygodnie temu i słuch o niej zaginął. Przełożeni nie chcieli dokładnie sprecyzować celów misji, a gdy spotykali się z pytaniami próbowali się od nich wykręcać i udzielali niechętnych i niejednoznacznych odpowiedzi.
Od miesiąca z miasta nie docierały żadne wieści, w ogóle tak jakby go tam nigdy nie było. W eterze panowała cisza. Telefony były głuche.
Żołnierze siedzieli w ciszy, byli zamyśleni, co poniektórzy dopalali papierosy.
- Za dwie minuty dotrzemy nad strefę zrzutu. - oznajmił pilot.
Dowodzący wydał rozkaz żeby szykować się do skakania ze spadochronami. Nie można było ryzykować utrata helikoptera, dlatego właśnie grupa miała wyskoczyć i wylądować na przedmieściach.
- Pamiętajcie, otwierajcie spadochrony jak najbliżej ziemi.
Kolejno jeden po drugim odbierali karabiny od Lawrenca i wyskakiwali w mrok nocy.
To było niewielkie miasteczko, jakich jest wiele w stanie Ohio. Mały ratusz, rynek, kilka sklepów, szkoła podstawowa, kościół.... nic szczególnego. Mieszkańców około trzy tysiące.
Po wylądowaniu mieli ukryć spadochrony i zebrać się na rynku.
Los niestety spłatał im figla. Do celu dotarło tylko ośmiu spośród dziesięciu.
- Dobra, plan jest taki: podzielimy się na dwie grupy i przeszukamy to zadupie. Zarządzam ciszę radiową, gdyby działo się coś szczególnego to meldujcie.
Jones, Jack, Malkolm, za mną!!! Reszta idzie sprawdzić północny skraj miasta. Zbiórka za dwie godziny w tym samym miejscu, przyleci po nas helikopter. Zsynchronizujmy zegarki. Nie będziemy czekać macie wszyscy być punktualnie. Odmaszerować!!!
Miasto wyglądało na opuszczone. Brak elektryczności. Na ulicach zalegały kupy gruzu gdzieniegdzie stał nadpalone i "skasowane" samochody. Ani śladu żywej duszy i to przerażająca cisza....
Grupa idąca na północ po chwili marszu dostrzegła zaginionego kompana po środku małego skrzyżowania. Sygnalizacja świetlna była zepsuta, pomarańczowa żarówka mrugała w równych odstępach.
Frideryk, bo tak się nazywał ów "komandos", stał odwrócony do nich plecami. Jego ubranie było poszarpane. Stał w bezruchu. Jego oddech świszczał a powietrze parowało na mrozie.
- Ej Frid!!!! Choć no!!! Tyle cię szukaliśmy.
Niezareagował. Dalej się nie poruszał, tylko jego oddech ucichł. Nagle upadł na ziemię.
- Szybko, medyk!! Pomóż mu!!!
Poszkodowany był przeraźliwie blady, jego mundur nosił ślady pazurów, był pokryty jakimś dziwnym zielonym płynem (śluzem?). Nie oddychał. Leżał teraz z otwartymi oczami, które były przesłonięte mgiełką.
Zebrani koledzy z oddziału zaczęli reanimację, ale ta nic nie dała. Był nieżywy.
- Ciekawe, kto go tak urządził??? - zapytał ktoś, ale nie otrzymał odpowiedzi bo ciszę jaka dotąd panowała przerwał krzyk jakiejś kobiety. Dźwięk dochodził z za płotu, który stal jakieś 100 metrów na wschód.
- Fox [ ; ) ] zastań przy nim; ja, Paul i Jin idziemy to sprawdzić.
Pobiegli w stronę owego ogrodzenia i jednym susem przeskoczyli przez nie. Ich oczom ukazał się widok przyprawiający o mdłości.
Dziewczyna w wieku około 20 lat leżała na ziemi bezwładnie z roztrzaskaną głową. Obok niej siedział jakiś człowiek i obgryzał jej ramię.
- Ty skurczybyku - krzyknął Trewor i posłał cała serię w stronę kanibala. Kula podziurawiły jego ciało, ale chyba nie wyrządziły mu zbyt wielkiej szkody, ponieważ osobnik ruszył powoli w stronę żołnierzy. Ci w geście rozpaczy zaczęli wpakowali w niego całą masę kul. To wreszcie poskutkowało. Padł martwy.
W międzyczasie Fox wyciągnął z kieszeni paczkę jakiś papierosów niskiej klasy, po czym zapalił jednego. To była jego ostatnia "fajka". Został zagryziony przez Frida, a właściwie przez coś, co kiedyś nim było.
Fox był nieostrożny. Oddawał się rozkoszy zaciągania się dymem, gdy został powalony na ziemię i tak skończył z podgryzionym gardłem. Następnie dołączył do całej rzeszy zombie w tym mieście.
W powietrzu rozległ się odgłos wystrzałów to właśnie teraz Trewor próbował zabić "kanibala".
Po powrocie na miejsce Paul i reszta nie zastali nawet śladu po swoich towarzyszach.
- To zaczyna mi się nie podobać. - skomentował jeden z nich.
- Trzeba o tym donieść majorowi. Dawaj krótkofalówkę.
Po kilku próbach połączenia się z dowódcą Jin rzucił urządzeniem w ścianę, a to uderzyło w nią z głuchym dźwiękiem i rozpadło się na tysiąc kawałków.
- Cholerny tajwański szmelc - mruknął pod nosem.
- Spadajmy stąp póki jeszcze się da. Pamiętacie tą grę na kompa? Resident Evil? Nigdy nie przyszłoby mi do głowy. że coś takiego może się wydarzyć. Ludzie ja się boję. Proponowałbym jak najszybciej wiać stąd w stronę lądowiska..
- Zgoda. Idziemy, bo zaczynam już tęsknić za więzieniem. - skomentował z krzywym uśmiechem Trewor.
Ruszyli biegiem w stronę najbliższego zakrętu. Nie wiedzieli. że za rogiem czeka na nich "komitet powitalny".
Lawrence szedł przodem, gdy usłyszał strzały.
- Szefie pewnie mają kłopoty, lecimy im pomóc!!!!
- Stój!! Kłopoty będziesz miał jak mnie nie posłuchasz. - wycedził przez zęby dowódca. Do ratusza biegiem i choćby nie wiem, co się działo nie zatrzymujcie się. Zrozumiano????
ZROZUMIANO!!???? - powtórzył major.
- Tak jest!!!! - odpowiedzieli chórem podwładni
- Dobrze, a teraz za mną. Nie ociągać się.
Po jakiś dziesięciu minutach sprintu ich oczom ukazała się siedziba władz miasta. Zakratowane okna były pozbawione szyb. Wewnątrz było ciemno tylko w hollu płonął jakiś fotel. Weszli do środka, nie widzieli zbyt wiele a wszystko to z powodu blasku, jaki bił od ognia. Czarny dym tez nie pomagał im w przeprowadzeniu rozpoznania.
- Zaryglujcie drzwi. Połączcie się z drugim oddziałem.
- Nie mam sygnału.
- Jak to??? - krzyknął zdenerwowany już Lawrence, a następnie zaklął pod nosem.. No trudno. Teraz idziemy do biura burmistrza muszę coś z stamtąd wziąć.
Siedziba najważniejszej osoby w mieście znajdowała się na 2 piętrze. Winda była zepsuta, więc trzeba było iść po schodach. Wszędzie walały się jakieś akta i inne ważne dokumenty. Każde drzwi były otwarte na oścież. W rozmaitych biurach, poczekalniach pomieszczeniach gospodarczych wszystko było poprzewracane do góry nogami.
Szef wszedł sam do pomieszczenia należącego niegdyś do burmistrza. Po chwili wrócił z jakąś kasetą w ręku.
- Doba. Teraz szybko na rynek.
Już dochodzili do wyjścia, gdy drzwi zostały sforsowane przez kilku zombie.
- Tylne wyście!! Za mną.
Zaczęli biec w stronę drzwi. Zombie poczęli sunąć powoli w stronę uciekających.
Na szczęście wyjście ewakuacyjne było otwarte.
- Lecieć prosto!!!! Nie oglądajcie się za siebie.
Wyczerpany Jack padł na ziemi i zemdlał i niestety już nie oprzytomniał. On też dołączył do armii żywych trupów.
Pozostała trójka już docierała do lądowiska, gdy drogę przegrodził im tłum umarlaków.
- Szybko w lewo.
Niestety na następnym skrzyżowaniu ich droga także została zagrodzona. Zostali przyparci do muru. Nie mieli drogi ucieczki. Wszyscy stracili karabiny podczas ucieczki.
W zgrai nadciągających zombie znajdowały się nawet dzieci. Wielu z nich było pozbawionych częściowo kończyn. Jeden miał otwarte złamanie piszczeli. Następny miał na sobie resztki munduru i ciągnął za sobą spadochron. Malkolm wśród tego przerażającego tłumu dostrzegł znajome twarze.
- Jack, Frid!!!!! - kurcze, nie ma dla nas ratunku.
John zaczął się modlić.
- Panie dowódco, kiedy przyleci ten cholerny helikopter???
- Nie przyleci. Przepraszam was. Byliście dzielni.
- Więc to jest misja samobójcza?? Wiedziałeś o tym od samego początku!!!!!
- Tak. - odpowiedział Lawrece po czym wziął do ręki granat i wyciągnął zawleczkę. Spuścił go sobie pod nogi. Zdążył się jeszcze tylko przeżegnać.
Otoczeniem targnęła potężna eksplozja. Wielu zombie zostało odrzuconych na sporą odległość. Kilku zapaliło się. Nad miastem unosiło się zawodzenie wiecznie głodnych żywych trupów.
Royal Gryffin ( phantazm@interia.pl )
|