[darkgirl||novelettes::=sharp=::]
Wróć do strony głównej Opowiadania
Inny Świat

Każdy dzień zaczynał się tak samo. Wstawała około godziny 8.00, jadła śniadanie i jechała metrem do szkoły. Robiła to od kilku lat, odkąd zaczęła uczyć się w liceum. Co z tego, że była to najlepsza szkoła tego typu w całym mieście? Przez nią straciła większość przyjaciół, a tych, co przy niej pozostali spotykała góra raz w tygodniu. Miała tego coraz bardziej dość, chciała wyrwać się od codzienności i zrobić coś nowego, zacząć życie od początku, zmienić to, czego najbardziej w nim nienawidziła. Co stało na przeszkodzie? Wszystko. Zaczynając od rodziny, przez szkołę, a skończywszy na obawach. Bała się przede wszystkim tego, że nie da sobie rady w nowej sytuacji. Z tych powodów męczyła się coraz bardziej, a co najgorsze nikt tego nie dostrzegał.
Jechała metrem. Siedziała jak zwykle pod oknem i wpatrywała się w ciemność poza nim. Nie obchodzili jej ludzie wsiadający, ani wysiadający, czuła się osamotniona i coraz bardziej przybita. Nie pocieszał jej fakt, że dzisiaj wybiera się razem z klasą do kina, bo nie miała się z czego cieszyć. Szkolni koledzy traktowali ją jak powietrze, uważali, że jest co najmniej dziwna i nie warto się z nią zadawać. To, że słuchała innej muzyki, inaczej się ubierała też nie przysparzało jej nowych znajomości, wręcz przeciwnie, nieraz słyszała kąśliwe uwagi pod kątem jej czarnych strojów i ciemnego, wręcz demonicznego makijażu. Przestała już zwracać na to uwagę i każde złe słowo odnośnie jej samej nie robiło na niej żadnego wrażenia.
Wysiadła na swojej stacji i coś wydało się jej nie w porządku. Było dziwnie cicho, a każdy człowiek wokół wydawał się być tylko cieniem zwykłego człowieka. Ludzie snuli się jak duchy, nie zwracając na nią uwagi, ale to przecież nie była żadna nowość. W szkole było tak samo. Parę razy wpadła na innych uczniów, ale ci tylko coś mruczeli do siebie i szli dalej pochłonięci swoimi sprawami. Otwarła drzwi do klasy...
- O cholera!!!
Klasa nie była taka jak zwykle, mało powiedziane, zaraz za progiem ziała przepaść sięgająca chyba jądra ziemi w oddali unosiły się wyspy sunące w powietrzu powoli jak bociany kołujące na niebie. Na każdej z wysp wznosiły się olbrzymie budowle, większe niż cokolwiek istniejącego w rzeczywistości.
- Rzeczywistość? Jaka rzeczywistość? A jeśli to jest rzeczywistość, jeśli tamto było tylko snem? - w jej głowie zaczęły krążyć pytania, które zaraz zostały rozwiane przez wątpliwości. - Przecież to niemożliwe. Ja śnię. To tylko sen. - Ale nie chciała w to wierzyć. Miała wielką nadzieję, że zakończyła stare życie, aby wejść w nowe lepsze i nie dbała czy to śmierć, złuda, czy realne istnienie, ale pragnęła go całym sercem.
Zrobiła krok w przód. Wszystko się rozmyło, zupełnie jakby cała przestrzeń wokół uległa odkształceniu. Nagle wszystko wróciło do normy, ale teraz stała na jednej z wysp. Rozejrzała się dokoła. Ponad nią górowała ta budowla, wielka co najmniej na kilkaset metrów. Nie miała okien i cała była matowo czarna. Nie odbijała światła, wręcz przeciwnie wchłaniała je w siebie, wyglądała jak czarna dziura o kształcie prostopadłościanu, która wessie wszystko, co znajdzie się odpowiednio blisko. Ale to nie mogło być prawdą, bo ona stała tuż obok i nie czuła zupełnie nic, żadnego oddziaływania ze strony tego giganta. Podeszła jeszcze bliżej, na wyciągnięcie ręki. Przesunęła dłonią po ścianie. Była zupełnie gładka, jak szkło i zimna jak lód.
Nie wiedziała, co ma robić. Obeszła budowlę dookoła, co zajęło jej około godziny - a przynajmniej tak myślała bo zegarek był w tym miejscu zupełnie nieprzydatny. Po prostu przestał działać. Ten spacer nie przyniósł żadnego rezultatu, dlatego bez wahania cofnęła się i skoczyła prosto w przepaść.
Kolejna wyspa. Budowla miała kolor słońca, aż ciężko było na nią patrzeć. Ściana w przeciwieństwie do tej czarnej była ciepła, a nawet gorąca, tylko, że też nie miała żadnego otworu, przez który można by dostać się do środka. Zawróciła, chcąc udać się na kolejną wyspę ale...
Był wysoki, przystojny, miał skrzydła, zupełnie jak aniołowie, o których czytała, gdy była młodsza. Stał przed nią a ona nie wiedziała, co ma zrobić, wiec po prostu powiedziała:
- Dzień dobry
- Dzień dobry - odpowiedział z jakimś dziwnym akcentem, lecz nie dodał nic więcej. Stał naprzeciw niej pełen wdzięku, lekko tylko mrużąc oczy, bo oślepiała go żółć budowli.
- Kim jesteś? - zapytała po jakimś czasie. Nudziła ją już ta wymiana spojrzeń, mimo że oczy miał naprawdę piękne, pełne dobroci i tak błękitne jak letnie niebo.
- Na imię mi Mithael, jestem strażnikiem, panem światów. - ledwo otwierał usta lecz ona słyszała go głośno i wyraźnie.
- Światów? - pytanie samo wyrwało się z jej z ust.
- Światy są tym, czym je sobie wyobrażamy. Gdy ktoś śni powstaje świat jego snu, lecz znika zaraz po przebudzeniu. Każdy jest stwórcą i zarazem niszczycielem, lecz tylko niektórzy, tylko wybrani, tworzą trwałe światy. Raz na dziesięć tysięcy lat mieszkaniec którejś rzeczywistości przybywa tutaj, by zastąpić martwe światy nowymi.
- Martwe? - kolejne niepotrzebne pytanie - pomyślała.
- Tak. Te, które już nie istnieją. Pozostały po nich tylko skorupy. Sama widziałaś taką, to ta czarna. One nie mają już energii by się odrodzić i muszą zostać zastąpione, aby równowaga została zachowana. - przerwał i rzekł - Chodź!
Chwycił ją za rękę i polecieli w otchłań. Nie była to podróż taka jak wcześniejsze. Lot był cudowny. Nigdy nie czuła się tak wspaniale, chciała, aby ta chwila trwała wiecznie. Wiatr delikatnie muskał jej twarz, a widoki były niesamowite. Raz po raz mijali jakąś wyspę. Na każdej z nich wznosiła się ta wielka budowla. Były prawie takie same, jedyne co je różniło to kolor. Jedne były zielone, inne żółte, jeszcze inne błękitne. Były też czarne, martwe. Strażnik mówił, że kolor jest związany z panującym w nich klimatem: niebieskie to światy wodne, żółte pustynne, a zielone są pokryte prawie w całości lasem. Niektóre były też wielobarwne, mieniły się wszystkimi odcieniami tęczy.
Podróż nie trwała długo, a przynajmniej nie tyle ile ona by sobie życzyła. Wylądowali na jednej z wysp. Na jej środku znajdowała się taka sama budowla jak pozostałe, lecz miała inny kształt, kształt kuli. Była cała biało - niebieska.
- To mój świat. Stworzony przeze mnie. Istnieje od początku i będzie trwał do końca. - powiedział z dumą - Pierwsza z wszystkich rzeczywistości. Jedyna doskonała, bez żadnej skazy. Powiedziałabyś kraina marzeń. - patrzył na swój świat jak matka patrzy na swe ukochane dziecko.
Podszedł do ściany, a ta rozpłynęła się. Przeszli przez nowo powstałe drzwi, znowu unieśli się w powietrze, a jej oczom ukazał się cudny widok. Chłonęła oczami roztaczające się przed nią równiny i góry. Pod nią biegały zwierzęta, lecz żadne nie przypominały tych z jej świata, były o wiele piękniejsze, doskonalsze. Rzeki były krystalicznie czyste, drzewa wielkie i stare, a co najdziwniejsze miały niebieskie i białe liście.
Dolecieli. Wylądowali przed czymś, co wyglądało jak zamek. Ku niebu wystrzeliwały wieżyczki, wszędzie ciągnęły się galeryjki i balkony. Całość była wybudowana z białego kamienia. Weszli do środka. Tutaj też wszystko było wykonane z tego białego budulca: szafki, stoły, krzesła. Lecz nie było w nich ciężkości kamienia, przeciwnie były bardzo lekkie.
- To twój pokój. - powiedział zatrzymując się przed jednymi z drzwi i już chciał odejść lecz zatrzymało go jej pytanie.
- Dlaczego się tutaj znalazłam?
- Nie domyślasz się? Jesteś wybrana. Dzięki tobie powstaną nowe światy. Mam nadzieje że lepsze niż te, które zostaną przez nie zastąpione.
- Ja? - nie mogła w to uwierzyć. Patrzyła na niego swymi wielkimi czarnymi oczami, a w jej spojrzeniu kryło się tylko szczęście. Nie mogła uwierzyć, że ona została wybrana. Ona, która całe życie była niedoceniana, poniżana, opuszczona przez szczęście. - Dlaczego ja? - zapytała.
- Jesteś wystarczająco wrażliwa i pragniesz odmiany, lepszego świata, lepszych ludzi. Pragniesz doskonałości. Dlatego zwróciłem uwagę na ciebie. - odpowiedział spokojnie - A teraz odpocznij. Wkrótce przyjdę do ciebie i wszystko wyjaśnię ci do końca.
Śniła o swoim świecie, w którym nie ma zła a ludzie są dla siebie życzliwi. Wszyscy są wolni, nikt nie cierpi. Tworzyła w swym umyśle raj, bez uprzedzeń i nietolerancji. Zawsze o tym marzyła. Chciała poczuć się wolna od pełnych pogardy spojrzeń innych ludzi. Nieraz się zastanawiała, dlaczego tak jest. Może rzeczywiście była inna, może nie pasowała do ogółu, a dobrze wiedziała, że ten ogół odrzuca wszystko, co inne.
Gdy otwarła oczy, On stał nad nią. Delikatny uśmiech rozświetlał jego boską twarz. Patrzył na nią, a ona zaczerwieniła się ze wstydu. Nie wiedział, dlaczego, nigdy się jej to nie zdarzało.
- Bardzo dobrze! Właśnie o to mi chodziło, widzę, że jesteś tą właściwą.
- Ale? - nie wiedziała co powiedzieć - co się stało, że jesteś tak zadowolony?
- Stworzyłaś swój pierwszy świat. Świat prawie doskonały. A nawet nie powiedziałem ci jak to zrobić i na czym się koncentrować. Prawidłowo nie umieściłaś w nim żadnych przywar ludzkości.
- Ale przecież mówiłeś, że tylko twój świat jest doskonały? - nie mogła nadal zrozumieć.
- Tak. I nadal tak jest. Umieściłaś w swoim ludzi, a oni sami w sobie dążą do samozniszczenia. To, czego im nie dałaś sami sobie stworzą. Po prostu tacy są.
- Więc wyśnię taki sam świat jak ten, w którym teraz przebywam. Myślę, że nie sprawi mi to żadnego problemu.
- Nie możesz. Pamiętasz jak mówiłem o równowadze? Liczba światów ludzkich jest ścisłe określona, nie można ich marnować. To tak jakbym zabrał ci twój dom a wraz z nim twoje istnienie. Ludzie muszą żyć. Nie jesteśmy po to, aby niszczyć życie, lecz po to by je dawać. Pamiętaj o tym.
Śniła tworząc światy. Jedne były lepsze, drugie gorsze, lecz każdy opierał się na tym samym zamierzeniu. Ludzie muszą się kochać. Z biegiem czasu zaczynało ją ogarniać przygnębienie. Strażnik wspomniał raz, o jej powrocie do domu. Nie chciała tego, wcale nie tęskniła za swoją samotnością. Ale wiedziała, że musi wrócić.
- Pozostał ci już tylko jeden świat. - powiedział pewnego dnia Mithael - twój świat. Pamiętaj o tym, bo zamieszkasz w nim. To twoja nagroda za pomoc.
Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Radość rozpierała jej serce. Chciała go uściskać, ale nie wiedziała czy to byłoby odpowiednie. Łzy zbierały się w kącikach oczu, a ona nie broniła im wydostać się na zewnątrz. Zauważył to i powiedział.
- Nie ma za co. Zasłużyłaś.

GON

[darkgirl||novelettes::=sharp=::]

(C) 2001 DarkGirl||darkgirl@net.e.pl