*** Marilyn Manson - "Holy Wood ***
(In the Shadow of the Valley of Death)"
Data premiery: 14.11.2000 (kaseta); 28(?).11.2000 (płyta)
Lista utworów: 01. GodEatGod, 02. The Love Song, 03. The Fight Song, 04. Disposable Teens, 05. Target Audience (Narcissus Narcosis), 06. President Dead, 07. In the Shadow of the Valley of Death, 08. Cruci-Fiction in Space, 09. A Place in Dirt, 10. The Nobodies, 11. The Death Song, 12. The Lamb of God, 13. Born Again, 14. Burning Flag, 15. Coma Black: a) Eden Eye, b) The Apple of Discord, 16. Valentine's Day, 17. The Fall of Adam, 18. King Kill 33°19. Count to 6 and Die (The Vacuum of Infinite Space Encompassing), Bonus (tylko w japońskim wydaniu albumu): 20. Mechanical Animals (live)
Skład zespołu: Marilyn Manson - wokal, Ginger Fish - perkusja, John 5 - gitara, Madonna Wayne Gacy - klawisze, Twiggy Ramirez - bas
Na tę płytę chyba wszyscy fani Mansona czekali z wielką niecierpliwością i wiązali z nią niemałe nadzieje. Ja także byłem ciekawy co Manson zaserwuje nam po tak nietypowym albumie, jakim bez wątpienia był "Mechanical Animals". Osobiście liczyłem na powrót do agresji, nieokiełznanej wściekłości i naprawdę mocnego grania w stylu "Antichrist Superstar" (BTW: wg mnie najlepsza płyta w dziejach muzyki). Z drugiej strony "Holy Wood" zapowiadane było jako ostatnia część tryptyku (ACS --> MA --> HW), więc można się było spodziewać kolejnej porcji doskonałych tekstów i ciekawych spostrzeżeń. Czy tak się stało? Zobaczmy: Pierwsza sprawa, o której należałoby wspomnieć, to przesunięta premiera płyty (kaseta ukazała się w zapowiadanym terminie). Problemy z kontrowersyjną okładką doprowadziły do dwutygodniowego (!) opóźnienia wydania na naszym rynku HW. Czy naprawdę w Polsce tak trzeba wszystko utrudniać? Czy ta obwoluta tak duzo zmieniła? Przecież kto kupi album, ten i tak zobaczy prawdziwą okładkę, a kto nie jest zainteresowany, to i tak by na nią nie zwrócił uwagi w sklepie. Poza tym na wielu płytach metalowych pojawiają się znacznie bardziej obrazoburcze zdjęcia, a jakoś nikt z tego powodu nie podnosi krzyku. Inna sprawa to koncert, który o mały włos by się nie odbył, gdyż władze Warszawy obawiały się zabijania kurczaków i aktów seksualnych na scenie... bez komentarza, na szczęście wszystko było OK. I te wszystkie dyskusje w TV... jest to po prostu śmieszne. Ale odbiegłem trochę od tematu, zaczyna się robić z tego jakiś poważny artykuł :). A więc wracając do samej płyty... Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy i bardzo pozytywnie nastawiło do HW, była ilość utworów i czas trwania muzyki (aż 19 piosenek, prawie 70 minut!). Ogromny plus, nagranie takiej ilości materiału to naprawdę sztuka, czasami na składankach w stylu "The Best of..." różnych artystów nie ma tyle muzyki. Dalej, cover i wkładka z tekstami. O zdjęciu na okładce już wspomniałem - bardzo dobra, kontrowersyjna i w stylu artysty (ukrzyżowany Manson, tyle że... bez krzyża), natomiast w środku czeka na nas sporo zdjęć kart Tarota w wyobrażeniu Mansona, podobno sam je stworzył. Nie ma co, utwierdziłem się w przekonaniu, że naprawdę jest szalony (najbardziej podoba mi się Imperator - Emperor - warto to zobaczyć). A reszta - to co zawsze - liryki i zdjęcia członków zespołu + różne dziwne grafiki i rysunki. Należy także wspomnieć o zawartym na płycie linku do wywiadu z Mansonem, do którego wymagany jest Real Player. A raczej był wymagany, bo teraz, po 16 miesiącach od premiery link nigdzie już nie prowadzi, ale na pocieszenie tym, którzy tego nie wiedzieli powiem, że i wywiad wcale porywająco ciekawy nie był. A teraz o tym, co najważniejsze, czyli sama muzyka. No cóż, jest... dziwna. Bardzo nierówna i zróżnicowana. Pierwsze 6 kawałków wprowadza fajny klimacik, nie oczekiwałem czegoś takiego, ale może się podobać. Aż tu nagle... utwór numer 7: "In the Shadow of the Valley of Death". Jak uderzenie obuchem w łeb. Klimat jak był - tak go nie ma. Właśnie to uważam za największą wadę płyty: piosenki w stylu tej czy "Lamb of God". Co z tego, że świetne słowa, skoro muzyka do kitu? Powolne brzdąkanie na gitarze, czasami spokojniutka perkusja, a w czasie refrenu klawisze i bas, też spokojnie. Zero dynamiki, zero zaangażowania, zero wszystkiego! Rozumiem, że chodziło być może o utworzenie atmosfery rezygnacji, smutku i beznadziejności, ale weźmy chociażby takie "Minute of Decay" czy "Man That You Fear" z ACS lub "Diary of a Dope Fiend" ze Smells Like Children. Tam chodziło o to samo, ale każdy z tych utworów był na swój sposób oryginalny, słuchało się ich z prawdziwą przyjemnością. A tu? I nie chodzi o to, że nie słychać wszystkich instrumentów, bo w "White Trash" na SLC jest tylko gitara, ale za to dynamicznie, agresywnie, aż chce się słuchać. Chociaż to może złe porównanie, SLC i HW są tak różne, że już bardziej różnić się nie mogą. Ale chodzi mi o to, że Manson nagrał te piosenki chyba tylko po to, żeby właśnie zaszokować słuchaczy ilością utworów i czasem ich trwania, gdyż jak dla mnie równie dobrze mogłoby ich nie być. Za to reszta piosenek to zupełnie co innego. Rytmiczne, wpadające w ucho melodie, tak typowe dla Mansona pokręcone i bardzo dobre teksty oraz, co najważniejsze, motyw przewodni całego albumu łączący wszystkie utwory w jedną logiczną całość. Szczególnie spodobał mi się "Target Audience", ze świetnym refrenem i całkowicie nieoczekiwanym motywem w środku (gdzieś około 2:30). Warto także wspomnieć o ostatnim kawałku "Count to Six and Die". W ciemności, najlepiej ze słuchawkami na uszach, naprawdę możemy wyobrazić sobie dziewczynę z lufą pistoletu w ustach, bladą, drżącą z przerażenia, z szeroko otwartymi oczami, na chwilę przed oddaniem strzału. I to klimatyczne odliczanie na końcu (5-krotne pociągnięcie za spust, za każdym razem w komorze nie ma naboju, odciąganie kurka przed szóstą próbą i... cisza, a tytuł mówi "Policz do sześciu i umrzyj"... każdy sam może wyciągnąć wnioski). Niesamowite. Właściwie trudno jest jednoznacznie ocenić album czy wypowiedzieć się na jego temat. W Internecie można spotkać skrajnie różniące się od siebie opinie, od piania z zachwytu do bezlitosnego bluzgania Mansona i nazywanie HW chłamem. Nie wiem, czego oczekiwali wygłaszający ostatnią opinię, ja jestem w sumie usatysfakcjonowany. Drobne potknięcia w postaci kilku beznadziejnych utworków da się wybaczyć ze względu na bardzo wysoki poziom reszty materiału. Dlaczego więc Holy Wood w ciągu roku sprzedało się w nakładzie kilkakrotnie mniejszym niż poprzednie płyty przez kilka pierwszych miesięcy? Moim zdaniem ludziom znudziła się już tematyka poruszana przez Mansona od czasów ACS. Jeśli chodzi o teksty, HW samo w sobie też jest trochę monotonne. W ogromnej większości (jeżeli nie we wszystkich) piosenek pojawia się słowo "God", co może trochę nudzić. Jednak ja cieszę się, że Manson porzucił image Omegi z MA (i wreszcie przyznał się do tego, co od dawna podejrzewałem - że cała era Mechanical Animals to było jedno wielkie wyśmiewanie się ze wszystkich wielkich gwiazd i parodiowanie ich, tak naprawdę wcale nie był wtedy sobą), Merkury znacznie bardziej mi odpowiada. Aha, jeszcze jedno. O tym pisał już ktoś w recenzji czy w jakimś arcie w KM, nie pamiętam już kto i gdzie, a mianowicie bonus track dostępny tylko na płytach sprzedawanych w Japonii. W czym Kitajce lepsze są od reszty świata? Wcześniej Manson czegoś takiego nie robił, każdy otrzymywał to samo. Szkoda. Chociaż z drugiej strony nie ma czego żałować, słyszałem ten bonus (Mechanical Animals live z koncertu z \'98 roku) - przyjemnie się rozczarowałem:), żółtki dostały jeden utwór więcej, ale za to beznadziejny. Lecz fakt pozostaje faktem... Z niecierpliwością czekam na kolejny album Mansona, z informacji dostępnych w Sieci można wywnioskować że nowy materiał nas zabije (inspiracje Markizem de Sade i te sprawy, poza tym nowy teledysk "Tainted Love" - cover piosenki z lat 80-tych śpiewanej przez Soft Cell - zapowiada coś naprawdę ciekawego; takiego Mansona jeszcze nie widzieliśmy).
Moja ocena: 8/10