*** Megadeth - "Risk" ***
Nie rozumiem niechęci powstałej wokół tego albumu. Wiem, że obecne dokonania Megadeth nie są zbyt imponujące, że coraz bardziej zbliżają się do poziomu Bon Joviego czy idą w ślad za Metalliką, ale album Risk to naprawdę porcja solidnego, metalowego grania.
No i może właśnie o to chodzi. Bo Risk bardziej przypomina dokonania typowo heavy metalowej grupy a nie thrash, do jakiego przyzwyczajeni byli fani Mustaina. Będę go jednak opisywał jako album heavy, bo taki właśnie jest, i jeśli takie kryteria przyjmiemy, wypada pozytywnie.
Możecie tutaj znaleźć kilka interesujących kompozycji. Już pierwsza Insomnia [bezsenność] wprowadza słuchacza w świat Megadethu. Nowego Megadethu. A jest on troszkę "odciążony" w stosunku do poprzednich krążków. Więcej w nim klimatu, uczucia, ale bez obaw, Mustaine nie wyje jeszcze przeciągle do księżyca. Gothic jeszcze nam nie grozi...
A jak jesteśmy już przy wokalu... Nigdy nie był on mocną stroną Megadeth. Gdzie tam Mustainowi do Dickinsona [sam kiedyś przyznał, że to jego niedościgniony ideał]. Jednak słychać, że chłopak się stara i jakieś tam postępy robi. Chociaż na pewno trudno jest grać na gitarze i jednocześnie śpiewać.
Numer dwa na albumie to Prince of Darkness [Książę Ciemności] utwór, który po raz kolejny stawia pod znakiem zapytania "świętość" zespołu. Trudno jednak określić charakter tego utworu. Tj. muzyczny charakter. Ni to ballada ni nawalanka...
Ballad jest kilka [Braedline; The Doctor Is Calling; I'll Be There; Wanderlust] można nawet powiedzieć, że dominują one na Risk. Ale klasyczne, zabarwione kroplą thrash metalu, szybkie i agresywne utwory też się zdarzają [Crush'em; Seven] tyle, że w o wiele mniejszej liczbie niż to miało miejsce np. na Youthanasia.
Reasumując: Risk to dobry album. Tyle, że większy nacisk położono na klimat albumu niż na jego siłę. I może zespołowi nie wyszło to na dobre, jednak miło jest usiąść wygodnie wieczorem i zrelaksować się przy dźwiękach tego krążka.