*** Elysium - "Eclipse" ***
Dość długo przyszło nam czekać na drugi krążek wrocławskiego Elysium. W tym
czasie sporo wody upłynęło w Odrze, a w zespole nastąpiło kilka zmian
personalnych i typowych dla maluczkich zespołów problemów z wytwórnią. Jak
wiadomo poprzedni wydawca - Morbid Noizz - od kilku lat nieuchronnie
zmierzał w stan spoczynku, co też chyba ostatecznie stało się kilka miesięcy
temu. Pech chciał, że nastąpiło to w momencie najmniej odpowiednim dla
Elysium. Długo by można było opowiadać o perypetiach, jakie towarzyszyły
sesji Eclipse, jednak koniec końców materiał ten został nagrany dzięki Metal
Mind i takim oto sposobem możemy posłuchać wrocławskiej odpowiedzi na
dokonania In Flames.
Tak, Elysium rocznik 2001 gra zdecydowanie szybciej i bardziej chwytliwie
niż na debiucie, czerpiąc wyraźne inspiracje z twórczości Szwedów. Pomysł to
niezgorszy, bo w Polsce oprócz Demise i Dar Semai (czyżby Elbląg miał jakieś
tajemne koneksje z Gothebörgiem?) chyba nikt takiej muzy nie gra. A przecież
muzyka In Flames, Gardenian czy Sacrilege jest lubiana pośród naszych
metali. Eclipse zaczyna się jednak od kawałka Welcome Millenium, którego
pierwsze takty sprawiły, że pomyślałem sobie "trochę dziwne intro, ale co
tam...". Tyle, że te dziwne futurystyczne dźwięki trwają aż sześć minut! Po
nich dopiero rozbrzmiewają dźwięki właściwego numeru. No, proszę państwa,
tego się nie spodziewałem po ekipie Miśka, chociaż będąc na ich
jubileuszowym gigu (5-lecie w maju 2001) miałem okazję posłuchać nowych
utworów. W gronie przyjaciół śmialiśmy się wówczas, że chłopaki próbują za
wszelką cenę dorównać In Flames. Powiem Wam jednak, że to co usłyszałem na
płycie przerosło moje oczekiwania. Druga część Welcome Millenium oraz Solar
Spectable to dwie eksplozje, jakie stałyby się hitami, gdyby znalazły się na
Clayman czy Colony. Bardzo melodyjne riffy, napędzająca całą strukturę
utworów sekcja rytmiczna, głos Miśka, a nawet brzmienie - nie tylko kojarzą
się jednoznacznie z In Flames, ale pokazjują, iż wrocławianie śmiało mogą
konkurować ze Szwedami. Jedyna różnica jest taka, że główny ciężar w Elysium
spoczywa na gitarach rytmicznych, a jak wiemy u Szwedów praktycznie bez
przerwy słyszymy zmagania Jespera z Bjornem na solówki. Nie znaczy to, że na
Eclipse występuje deficyt świetnych solóweczek! Tych nie brakuje, lecz nie
występują w takiej ilości, jak na albumach Płomieni. Trzeci w kolejności
Timebomb jest ciut wolniejszy, choć nadal kipi energią i zadziwia melodyką,
czego zwieńczeniem jest całkiem interesująca solówka. Po nim następuje In
Memoriam rozpoczynający się spokojnym wprowadzeniem gitary akustycznej. Z
upływem sekund oczywiście wszystko się rozkręca, ale szybkość jest utrzymana
zdecydowanie na średnim poziomie. W tym kawałku denerwuje mnie jednakże
pewien drobiazg. Otóż Misiek ma skłonność do dublowania wokali. Pierwszy,
wysunięty do przodu wokal, to ten specyficzny wrzask a la Anders z In Flames
(cholernie dobrze idzie Miśkowi, w razie czego może z powodzeniem zastąpić
Andersa :P), natomiast pod niego nałożono czysty głos Miśka recytującego
tekst. O ile w innych kawałkach ten efekt użyty jest w odpowiednich
proporcjach, to w In Memoriam słyszymy go w zbyt dużej ilości. Virgin
Suicide wita nas samplami z bliżej nieokreślonego filmu, a dalej mamy powrót
w średnie tempa, które kontynuuje szósty w kolejności tytułowy numer. Jednak
Eclipse wokalnie i niektórymi riffami bardziej przypomina mi Dark
Tranquillity. Także klimat jest trochę bardziej mroczny. Przedostatnim, a
zarazem najdłuższym, utworem na krążku jest Youth is Forgotten. Wolniejszy,
z klawiszowym podkładem i pojawiającymi się recytacjami kojarzącymi mi się w
Vincentem z czasów , The Silent Enigma (wiadomo kogo). Pod koniec do głosu
dochodzą także gitary akustyczne. Eclipse wieńczy składający się z dwóch
części Elysium. Cześć pierwsza to instrumentalna jazda gitar, bardzo
melodyjnych zresztą. Utwór ten przechodzi płynnie w outro utrzymane w
podobnym klimacie, co intro. Doprawdy nie mam nic przeciwko wszelkim
elektronicznym wstawkom, ale intro i outro działa mi na nerwy z trzech
powodów. Po pierwsze, są zdecydowanie za długie, któż bowiem widział, by
intro czy outro trwało sześć minut? Po drugie, nie prezentują one poziomu
choćby takiego jak Ulver na swych ostatnich wydawnictwach. Wreszcie po
trzecie: dlaczego do diabła nie nagrano tych numerów na osobnych ścieżkach?
Ustawiłbym sobie na wieży, by je pomijać i po sprawie, a tak muszę przeżywać
katorgę słuchając tych porąbanych dźwięków. Całe szczęście, niedogodność tą
wynagradzają nam pozostałe dźwięki Eclipse. Oczywiście pod warunkiem, że
jesteś fanem In Flames, bo inaczej ciężko będzie Ci strawić nowe Elysium.
Wrocławianie bowiem, jak już rzekłem, garściami czerpią z twórczości Szwedów
począwszy od ultra melodyjnych riffów, a skończywszy na wrzaskach Miśka.
Takie Elysium mi odpowiada, choć muszę przyznać, że chyba trochę źle wybrano
kolejność utworów. Po kopiących w ryj Welcome Millenium i Solar Spectable
następuje spadek poziomu wpompowanej do krwi adrenaliny. Szkoda trochę, co
nie zmienia faktu, że w tej chwili Elysium to numer jeden na naszej scenie
gothenbörskiej. Poczekajmy teraz na odpowiedź Demise lub Dar Semai.
P.S. Metal Mind wydało Eclipse w formie dwukompaktowej wraz z pierwszym
krążkiem - Dreamlands.
Ocena: 8