TERAZ
VIVALDI
Jakby nie patrzyć, a
raczej słuchać muzyka wypełnia stosunkowo sporą część naszego życia. Bez
niej było by tak nudno... Lubię słuchać różne rzeczy... Queen, Therion,
Oldfield, Roxette, Enigma... różne... Czasem coś ostrzejszego, czasem coś
tanecznego, czasem coś egzotycznego, a czasem coś spokojnego... być może jak
każdy. Ale kiedy chcę odpocząć... zrelaksować się... lub poczytać co nieco...
włączam sobie coś, co się świetnie do tego nadaje. Tak właśnie - jest to
Antonio Vivaldi! Wspaniała barokowa muzyka, pełna ciepła i optymizmu. Niosąca ze
sobą radosne obrazy myśli i niezwykłe uczucie ukojenia. Nie
jestem jakimś melomanem poważnej muzyki, a Viavaldiego znam góra 20 kawałków
(a ma tego sporo - prawie 500 koncertów, ponad 2000 utworów!). Ale
wystarczy aby wybrać z tego pare utworów, które wspaniale na mnie
działają.
Pisząc Vivaldi,
z pewnością każdemu przychodzi na myśl "Cztery pory roku". I słusznie, to
właśnie z tych czterech koncertów mam swoich kilka ulubionych
kawałków. Być może część z was jeszcze nie słyszała, a część może słyszała
nie wiedząc, że to jest Vivaldi. Ale co do słuchania jedno jest pewne. To trzeba
słuchać na jakimś lepszym sprzęcie. Aby poczuć tą muzykę, aby wsłuchać się w
każdą jej nutę, aby jej dźwięk przeszedł przez nasze ciało głęboko aż poczujemy
to lekkie kłucie w żołądku, jak podczas bardzo szybkiej jazdy. Świetny do
tego jest dobry zestaw pięciogłośnikowy, ale oczywiście nie każdy go ma. W
każdym razie dobre głośniki muszą być, przynajmniej jeden raz. Potem uczucie to
zostaje słuchając nawet na standardowych głośnikach
komputerowych.
Co ja preferuje?
Otóż niezwykle kojącym spokojnością wspaniałego brzmienia skrzypiec jest drugi
utwór koncertu f-moll (zimy) Largo. Natomiast świetnie działający na
naszą wyobraźnie, pozwalający rozkoszować się dynamiką muzyki jest
Presto z koncertu g-moll (lato). Do tego znane zdecydowanej większości pierwszy
utwór "wiosny" (Allegro koncertu E-dur) napawający radością i uniesieniem oraz
mniej radosny ale z przewodnim optymistycznym motywem pierwszy utwór "jesieni"
(pierwsze Allegro koncertu f-dur). Jeszcze na moją uwagę zasługuje jakże
nastrojowy pierwszy utwór "zimy" (Allegro non molto koncertu f-moll). Naprawdę
czuć każdą porę roku. Vivaldi zrobił to po mistrzowsku. Słuchając na przykład
lata, dwa pierwsze kawałki są nawet nudne, ale wynika to jakby
z przytłaczającego upału wypływającego prosto z muzyki. W
drugim utworze słychać pomruki nadchodzącej burzy aby w trzecim lunąć
strumieniami wody zalewając suche pola i łąki przechodzącymi na przemian falami
deszczu. A wszystko to za pomocą skrzypiec w akompaniamencie
klawikordu.
Wymieniając
moje ulubione kawałki gorąco polecam je przesłuchać, ale na
spokojnie, najlepiej z zamkniętymi oczyma. I na "przyzwoitym" sprzęcie.
Wówczas gwarantuje wspaniałych wrażeń! A jeśli nic nie poczujecie... jeśli
stwierdzicie po tym że to jest nudne... to niech was szlag wszystkich
trafi!
A tu
opiszę dość ciekawą historię życia Vivaldiego:
Antonio Vivaldi urodził się w
Wenecji w 1678 r. 4 marca. Tak się złożyło, że jego ojciec był skrzypkiem w
orkiestrze przy katedrze św. Marka, więc mały Antek od początku miał
styczność z muzyką i to wcale nie bierną. Już jako dziecko zastępował swego
ojca w orkiestrze katedralnej. A ojciec w podzience Bogu za talent syna
postanowił aby Antek wstąpił do słóżby kapłańskiej. To chłopak chcąc nie chcąc
po latach przygotowań w wieku 25 lat został wyświęcony i odprawił swoją pierwszą
mszę. Jednak miał słabe płuca i nie mógł wyśpiewywać czy intonować psalmów przez
całą godzinę. To po jakimś czasie został zwolniony z obowiązku prowadzenia mszy.
Zreszta sam tak wolał. Był w końcu nie brzydkim, mlodym facetem z
charakterystyczną fryzurą - jaskraworude loki, dość lubiącym towarzystwo. To też
z przyjemnością nauczał muzyki w Ospedalle della Pieta w Wenecji. Była to bowiem
instytucja zajmująca się kształceniem osieroconych dziewcząt i młodocianych
prostytutek. Dziewczęta wprost go uwielbiały, lecz niestety nie wiem czy do
czegoś doszło. Poza tym nasz Antonio w wolnych chwilach komponował i to głównie
dla swoich podopiecznych. Utwory te były grane na cotygodniowych recitalach
orkiestry szkolnej, a dochody z niej zasilały kasę sierocińca. Spędził tam 12
szczęśliwych lat. Jego cotygodniowe koncerty przyczyniły się do wzrostu jego
popularności i sławy kompozytorskiej. Zdawał sobie z tego sprawę
więc zaczął wydawać swoje kompozycje i to na całkiem niezłym druku. Zajął
się też wyłącznie operą. Wyjeżdżał i wystawiał swoje kompozycje w teatrach
całych północno-wschodnich Włoszech. Oczywiście nieobecność tak dobrego
nauczyciela (dzięki któremu w końcu mieli nie złe zyski) nie
spodobała się pracodawcom w Ospedale, dziewczętom z resztą też nie. Dlatego
zostało zawarte pewne porozumienie między Antonio, a tymi ze szkółki. Mógł
spokojnie rozwijać swoją karierę pod warunkiem, że co miesiąc dostarczy dwa
koncerty i osobiście je wystawi. No problem. Vivaldi "przykręcił sobie śrubę".
Operę tworzył w tydzień, a koncert w jeden dzień. A wszystko dla kasy. Miał
wielu klientów, za koncert żądał jednej gwinei (dziś prawie 400 zł). Władzom
kościelnym zaczął się nie podobać jego swobodny styl życia. Stawiano mu zarzuty,
głównie natury moralnej. Ale on się tym nie przejmował. I jakby tego było mało
pod pretekstem ciągłej opieki w związku z jego złym stanem zdrowia zamieszkał
wspólnie ze znana śpiewaczką sopranową Anną Giroud, oraz jej siostrą Pauliną.
Rzecz jasna wzbudziło to podejrzenia i wywołało plotki. W końcu arcybiskup
Ferray zabronił zabronił Vivaldiemu wstępu do miasta, w którym to kompozytor
starał się o posadę dyrektora opery. Wówczas Vivaldi miał już pięćdziesiąt lat,
chciał sobie spokojnie osiąść na jakimś godnym stanowisku, ale nic z tego. Na
próżno jego zaprzeczenia zarzutom i usprawiedliwienia. Wkrótce jego popularność
zaczęła gwałtownie spadać. Znudził się już trochę publiczności weneckiej, w
sumie jego koncerty były bardzo do siebie podobne. Znaleźli się inni
kompozytorzy... Lecz Vivaldi nie chciał się poddać. Postanowił udać się do
Wiednia w nadziei, że tam uda się zainteresować swoimi nowatorskimi
pomysłami cesarza. Ale na dworze spotkał się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Stary i schorowany, uległ jakiemuś wewnętrznemu zapaleniu i zmarł w Wiedniu 28
lipca 1741 r. w biedzie i zapomnieniu.
Mimo
osobistego zaangażowania kompozytora w sprzedaż partytur tylko część jego
kompozycji została opublikowana za jego życia. Resztę prac odkryto dopiero po
śmierci Vivaldiego, z czego większość ujrzała światło dzienne w ciągu
ostatnich 60 lat.
W 1739 r. w
czasie zmierzchu popularności Vivaldiego C. De Brosse pisał "Vivaldi to
stary człowiek ogarnięty manią kompozytorską. Słyszałem, jak chełpił się, że
skomponuje koncert szybciej, niż jego sekretarz zdąży go zapisać".
JakBym