Ile razy sięgam po jakąkolwiek książkę, spodziewam się czegoś ciekawego, chwil gdy oderwę się od rzeczywistości, przeniosę w wyimaginowany świat literatury i zapomnę o tym co gnębi mnie w realnym życiu. Coraz częściej jednak moje nadzieje muszą paść już po kilku stronach książki. Po prostu nie mają one (książki) do zaproponowania nic nowego i trzymają raczej słaby poziom. Nie mam tu na myśli klasyki, bo jej wielkości nie mogę podważać. Chodzi raczej o dużą większość książek, które można spotkać w księgarniach, czy bibliotekach.
Oczywiste jest, że są autorzy lepsi i gorsi, bardziej podchodzący komuś pod gusta lub mniej. I trzeba też wziąć pod uwagę wymagania czytelnika: jeden zadowoli się byle czym, a inny ... no cóż, jest trochę bardziej wybredny. I ten właśnie zacznie narzekać gdy kolejna książka okaże się szmirą, za nic nie wartą swojej ceny. Tutaj pozwolę sobie przytoczyć wynik moich obserwacji. Za każdym razem, gdy jestem w bibliotece, pożyczam 3 książki. Karty mam w 3 bibliotekach. Na przestrzeni miesiąca jestem w stanie pożyczyć 9 książek. Nie wszystkie jednak czytam do końca. Dlaczego? Właśnie dlatego, że książka ma co innego na celu, niż doprowadzenie do ziewania, a czasem do drzemki. Tak więc średnio tylko 3 lub 2 książki zapamiętuję na dłużej, bo są tego warte i mógłbym je z czystym sercem polecić innym. No, ale co z resztą? Z nią nie jest już tak wesoło, ma wady i to poważne. Najbardziej z nich denerwuje mnie słaby styl pisarzy. Żeby wiedzieć o co mi chodzi wystarczy sięgnąć po pierwszy lepszy zbiór opowiadań, gdzie zamieszczono prace kilku autorów. No i co? Doskonale widać o co biega. Utwory różnią się tak diametralnie, że aż ciężko się przestroić z jednego na drugi (i nie chodzi tu o tematykę, lecz o poziom jaki sobą reprezentują). Ostatnio miałem do czynienia z jedną z książek Stevena Kinga. Nie chodzi tu jednak o którąś z jego powieści (nawiasem mówiąc doskonałych), mam na myśli "Danse makabre". Jest to studium horroru, przedstawiające jego historię i wiele innych spraw z nim związanych, zarówno w dziedzinie kina jak i książki. King stwierdza w nim, że jeśli człowiek będzie pisał chociaż godzinę dziennie, to za kilka lat wyrobi sobie styl. Co można więc powiedzieć o tych którzy tych kilku lat codziennego pisania nie doświadczyli, a których książki jednak można znaleźć na półkach sklepowych? Może właśnie to jest przyczyną niskiego poziomu ich dzieł? W tym momencie wielu czytających tego arta pomyśli, że łatwo mi krytykować innych, samemu nic nie robiąc. W pewnym sensie mają oni rację, ale ja i tak będę narzekać dalej.
Od pewnego czasu coraz częściej najeżdża się na tak zwaną komercję. Czy na rynku książkowym jest ona tak samo widoczna, jak choćby w muzyce? Problem jest raczej ciężki do rozwiązania, bo dla jednych to jest dobre, a dla innych tamto. Niektórzy karmią się komercją i wcale im to nie przeszkadza. Co więcej są też tacy którzy stwierdzą, że tego co czytają wcale do komercji zaliczyć się nie da. Inni z kolei mają jej serdecznie dość. Stwierdzam jednak, że obecność komercji widać wśród książek całkiem wyraźnie. Pisanie pod publikę jest zjawiskiem coraz częściej spotykanym. Fantasy na topie, to piszemy fantasy. I wcale nie twierdzę, że ten gatunek jest gorszy od innych (bo u mnie jest w czołówce). Gdyby pojawił się bestseller będący książką kucharską, to na pewno wielu zaczęłoby tworzyć takie właśnie "dzieła". Potem pojawiają się "wielkie hiciory", które jednak w kręgu prawdziwych fanów gatunku wywołują tylko uśmiech pogardy.
Nieraz też dzieje się tak, że na krótko po pojawieniu się jakiegoś hitu, do księgarń trafiają liczne podróbki, próby naśladowania. Takie zjawisko widoczne było choćby w przypadku Harrego Pottera (pomijając fakt, że Harry też zrzyna z wielu innych dzieł) . Rynek zalała pottero - podobna fala chłamu. Jaki to ma sens, czy ci, którzy piszą takie rzeczy nie wiedzą co robią? Zdaję sobie sprawę, że każdy chce zarobić, ale bez przesady, trochę godności trzeba mieć. Czy nie lepiej wymyślić coś oryginalnego, niż powtarzać schematy? Taka droga do niczego nie prowadzi (a i można sobie problemów narobić).
Cóż więc pozostaje mi na koniec tego arta. Przestroga dla tych którzy w przeszłości mają zamiar utrzymywać się z pisania? Rada aby porządnie popracowali nad swym warsztatem? Tylko tyle mogę zrobić w tej sprawie. Tak więc ćwiczcie rękę, aby nikt nie musiał już narzekać. I nie dajcie się pożreć komercji.