


Zakończeniem mojego trzyczęściowego cyklu dotyczącego Howarda Phillipa Lovecrafta postanowiłem uczynić ten art, będący pseudo-recenzją jednego z jego najsłynniejszych opowiadań - "The Call of Cthulhu" (Zew Cthulhu). Mogą się tutaj pojawić wyrazy niejasne lub zupełnie nieznane przeciętnemu czytelnikowi, najlepiej byłoby przed przeczytaniem tej recenzji przeczytać pozostałe dwie części mojego (a jakże) cyklu "Mitologię Cthulhu" i biografię Lovecrafta.
Z całej twórczości Lovecrafta postanowiłem wybrać akurat to opowiadanie, bo należy ono do najbardziej znanych i lubianych, a dodatkowo dostęp do niego jest bardzo łatwy. Jest ono jakimś wzorem, dla innych opowiadań Howarda i widoczne są w nim charakterystyczne cechy jego twórczości.
Po kilku pierwszych wersach można rozpoznać około 90% dzieł Lovecrafta. Rozpoczynają się one komentarzem głównego bohatera i już tutaj widać cechy charakterystyczne dla mistrza grozy. Wiele opowiadań Lovecrafta to opowieść bohatera o tym, co kiedyś przeżył. Jego wstęp do opowieści wzbudza u czytelnika jakieś dziwne wrażenie niepokoju, niepewności i chęci dowiedzenia się tego, co będzie dalej, a także wprowadza nas w rzeczywistość Mitów Cthulhu: "Wydaje mi się, że największym dobrodziejstwem na tym świecie jest fakt, że umysł ludzki nie jest w stanie skorelować całej swej istoty. Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieskończoności i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko."
Opowieść rozpoczyna się w momencie otrzymania przez głównego bohatera dawnej korespondencji, spadku po jakimś dalekim krewnym, telefonu lub listu od dawno nie widzianego przyjaciela, itd. Tutaj jest to spadek po śmierci wujecznego dziadka, będącego profesorem języków semickich w Brown University w Providence, Rhode Island. Jako, że Lovecraft nazywany jest samotnikiem z Providence, miejsce akcji nie powinno nikogo dziwić. Większość bohaterów jest jakoś powiązana z badaniem i poznawaniem dawnej historii (archeologowie, profesorowie historii), tu mamy krewnego profesora języków semickich, który miał powody, aby zajmować się historią dawnych ludów, historią języka. Spadek, oprócz zupełnie prozaicznych rzeczy, zawiera coś, co inspiruje bohatera do dalszych badań, a czytelnika wciąga w fabułę. W tym opowiadaniu tą rolę spełnia unikalna płaskorzeźba "... była nierównym prostokątem o wymiarach pięć na sześć cali, a grubości około jednego cala; niewątpliwie nowocześnie zaprojektowana, została jednak wykonana w sposób daleki od nowoczesnej techniki i koncepcji. Bo choć rozliczne i szaleńcze są fantazje futuryzmu i kubizmu, nieczęsto odtwarzają one tajemniczą regularność jaka kryje się w prehistorycznych zapisach. A z pewnością ta rzeźba kryła w sobie jakieś zapisy..." , "Oprócz zupełnie oczywistych hieroglifów, była tam też figura niewątpliwie obrazkowa w założeniu, choć jej impresjonistyczne wykonanie uniemożliwiało odczytanie jakiejkolwiek koncepcji. Zdawała się być jakimś potworem albo symbolem przedstawiającym potwora, o kształcie, który tylko schorzała wyobraźnie mogła wymyślić. Jeżeli powiem, że moja cokolwiek ekstrawagancka wyobraźnia podsuwała mi jednocześnie obrazy ośmiornicy, smoka i karykatury człowieka, nie będę niewierny duchowi płaskorzeźby. Gąbczasta, zakończona mackami głowa wieńczyła groteskową i pokrytą łuskami figurkę ze szczątkami skrzydeł, ale najbardziej szokujący i przerażający był jej ogólny zarys. Tło tej figurki przypominało cyklopową architekturę." Proszę zwrócić uwagę na fakt, że jednej małej płaskorzeźbie Lovecraft poświęca ogromną ilość miejsca. Tak długi opis powinien czytelnika nużyć, jednak nie u Lovecrafta, a to z powodu tej aury niesamowitości o której pisałem wcześniej, przymiotniki takie jak "szaleńcze", "schorzała", "groteskową" użyte wspólnie z rzeczownikami "potwór", "hieroglify" czy "wyobraźnia" tworzą ten Lovecraftowski klimat, który w odpowiednich okolicznościach (czytanie nocą, w czasie burzy, przy deszczu stukającym o parapet) potrafi stworzyć niesamowity efekt. Prawdą jest, że czytając Lovecrafta w pociągu lub jedząc obiad, tracimy to wszystko.
Akcję dalej pociąga manuskrypt także będący częścią spadku. Jest w nim napisane, że płaskorzeźbę przyniósł do profesora jakiś młody mężczyzna, chcący zasięgnąć opinii profesora na jej temat. Profesor początkowo zlekceważył prośbę, widząc, że została wykonana niedawno i nie ma nic wspólnego z historią. Na to usłyszał: "Bo rzeczywiście jest nowa, jako że wykonałem ją wczoraj w nocy śniąc o dziwnych miastach, a sny są starsze niż zadumany Tyr, pogrążony w kontemplacji Sfinks czy opasany ogrodami Babilon". Dalej mężczyzna opowiada o snach dotyczących "miast Cyklopów zbudowanych z bloków Tytana i sięgających nieba monolitów, które ociekały zielonym szlamem i ziały grozą tajemniczego horroru. Wszystkie ściany i kolumny pokryte były hieroglifami, a z jakiegoś nieokreślonego miejsca na dole dobywał się głos, który nie był głosem; chaotyczne doznanie, które tylko fantazja mogła przetworzyć w dźwięk, a które on usiłował przekazać za pomocą prawie nie do wymówienia galimatiasu liter: Cthulhu fhtagn". Profesora bardzo zainteresowały te wizje i wielokrotnie pytał owego mężczyznę o nie. Tak zdobywał dalszą wiedzę o Mitach Cthulhu. Potem jednak sny przestały nawiedzać Wilcoxa. Teraz następuje spadek napięcia u czytelnika, rozluźnienie i budowanie nastroju od nowa. Opowiadania Lovecrafta charakteryzują się stopniowanym napięciem, przez całe opowiadanie "przerażenie" czytelnika podnosi się, opada, aby za chwilę znów osiągnąć szczyt i ponownie opaść, tak przez cały czas. Krewny profesora prowadzi badania, aby zgłębić tajemnice figurki. Z wycinków prasowych (bardzo częsty sposób dowiadywania się o wydarzeniach z przeszłości w dziełach Lovecrafta) dowiaduje się, że w nocy kiedy mężczyzna miał po raz pierwszy dziwne sny, miało na całym świecie miejsce mnóstwo ciekawych wydarzeń: samobójstwa, przepowiednie końca świata, orgie czarnoksiężników, zamieszki na ulicach, poruszenia wśród pacjentów szpitali psychiatrycznych, itd.
W drugiej części manuskryptu jest zamieszczona opowieść lokalnego inspektora policji, na zebraniu Stowarzyszenie Archeologów (a z archeologią ten inspektor niewiele miał wspólnego). Przyniósł wraz ze sobą statuetkę, która wzbudziła ogromne zainteresowanie na zebraniu, a którą zdobył w obławie na czarnoksiężników na południe od Nowego Orleanu. "Figurka, która zaczęła przechodzić z rąk do rąk dla dokładniejszych oględzin, miała około siedmiu a nawet ośmiu cali wysokości i została wykonana w sposób mistrzowski i wysoce artystyczny. Przedstawiała potwora o niewyraźnych antropoidalnych kształtach, głowie ośmiornicy i twarzy pełnej macek, tułowiu gąbczastym i pokrytym łuskami, ogromnych szponach na przednich i tylnych łapach i długich, wąskich skrzydłach z tyłu. Zdawała się zionąć przerażającą i jakąś nienaturalną złośliwością, była jakby trochę wypukła i korpulentna i osadzona na kwadratowym bloku albo postumencie pokrytym nieczytelnymi znakami. Końce skrzydeł dotykały tylnego brzegu podstawy, podczas gdy długie, zakrzywione szpony skrzyżowanych i podkurczonych zadnich nóg obejmowały brzeg od przodu i sięgały jedną czwartą długości pod spód podstawy. Głowa wyrastająca jakby z nóg była pochylona do przodu, tak, że koniuszki czułek na twarzy ocierały się o wielkie przednie szpony obejmujące podkurczone i uniesione kolana. Statuetka wyglądała jak żywa i tym bardziej budziła lęk, że jej pochodzenie było tak całkowicie nieznane. Nie ulegało wątpliwości, że jej wiek był nieogarniony; nawet w najdrobniejszym szczególe nie wykazywała związku z żadnym rodzajem sztuki przynależnym do młodej cywilizacji - a właściwie do żadnej cywilizacji znanej na tym świecie. (...) W tej całkowitej odrębności i wyizolowaniu nawet tworzywo, z którego została wykonana, było tajemnicze, ponieważ miękki, zielonoczarny kamień ze złocistymi i opalizującymi cętkami i prążkami nie przypominał żadnego znanego w geologii czy mineralogii kamienia. Znaki na podstawie były równie zaskakujące i nie do odczytania; nikt spośród obecnych, choć zgromadziła się reprezentacja ekspertów w tej dziedzinie z połowy świata, nie potrafił znaleźć choćby najmniejszego podobieństwa do jakichkolwiek znanych im nawet najstarszych języków. Znaki te, podobnie jak sama statuetka i materiał z którego została wykonana, przynależały do jakichś bardzo odległych czasów, nieznanych rodzajowi ludzkiemu; sugerowały, napełniając grozą, ogromnie dawne i bezbożne życie, w którym nasz świat i nasze wyobrażenia nie mają żadnego udziału." Znów mamy do czynienia z bardzo dokładnym opisem jednego przedmiotu opatrzonego licznymi epitetami wzbudzającymi niepewność i strach w czytelniku. Teraz następuje jeden z najlepszych momentów w całym opowiadaniu, inspektor opowiada o swojej akcji. Nie będę tu próbować jej opisywać, bo musiałbym zacytować dobrych kilka stron. To jak w tym fragmencie Lovecraft stopniuje napięcie i "strach" jest po prostu genialne, są w nim opisy odczuć nie tylko zmysłu wzroku czy słuchu, ale także węchu, smaku, czy dotyku. Streszczając wydarzenia: wyprawa odkryła czarowników w trakcie obrzędu, wołających przez cały czas "Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagi fhtagn" co się tłumaczy jako "W tym domu w R'lyeh czeka w uśpieniu zmarły Cthulhu." Czarownicy tańczyli wokół figurki opisanej wcześniej, wywiązała się walka, zwycięska dla inspektora i jego oddziału. Jedyny czarownik, którego nie powieszono, ani nie umieszczono w zakładzie psychiatrycznym (kto wie co gorsze) wyznał, że wyrzeźbione bóstwo to wielki Cthulhu, który nie ma ciała ani krwi, ale posiada kształt. Opowiedział też historie o uwięzionym przed eonami Cthulhu, ale mającym przebudzić się gdy gwiazdy znajdą się w odpowiedniej pozycji, lecz nawet wtedy będzie potrzebna jakaś siła z zewnątrz do tego "chwalebnego zmartwychwstania". Cthulhu nawet teraz, w stanie uśpienia, może jednak kontaktować się poprzez sny (a raczej koszmary) ze śmiertelnikami. To właśnie stąd biorą się dzieła przedstawiające wyobrażenia o wielkim Cthulhu. To między innymi o nim traktuje Necronomicon:
Siostrzeniec profesora, czytając tę część manuskryptu zaczyna coraz więcej rozumieć, kojarzyć poszczególne fakty. Teraz jest już nie na żarty zafascynowany tymi tajemniczymi kultami, bóstwami i rytuałami. Choć, jego racjonalny umysł nie wierzy. Wydaje mu się, że mężczyzna gdzieś wcześniej usłyszał o tych kultach, a te wszystkie wycinki z gazet były tak nieprawdopodobne, iż uznał je za nieprawdziwe. Wyrusza więc do tego, który stworzył płaskorzeźbę, aby upewnić się w przekonaniu o własnej racji. Tam wysłuchując opowieści o snach, staje mu przed oczami dziwny widok: "...ze straszliwą wyrazistością zobaczyłem ociekające wodą miasto Cyklopów zbudowane z oślizgłego zielonego kamienia - którego wymiary geometryczne, jak Wilcox dość osobliwie zaznaczył, były nieprawidłowe - i słyszałem w przerażającym oczekiwaniu nieustanne, półprzytomne wołanie z podziemi: Cthulhu fhtagn, Cthulhu fhtagn". Później udał się do Nowego Orleanu, aby ujrzeć dziwną statuetkę, jego zainteresowanie kultem wzrastało, choć nadal odrzucał myśl, iż to wszystko może być prawdą. Ten etap, to spadek napięci u czytelnika, przygotowanie do następnego, znowu...
Gdy u naszego bohatera zainteresowanie kultem Cthulhu nieco opadło z braku nowych tropów, przyszło mu ujrzeć numer australijskiego dziennika "Sydney Bulletin" wizytując u znajomego uczonego. Jest w nim opisana historia, jakoby znaleziono bezpański statek "Viligant" holujący nowozelandzki jacht "Alert" z dwoma marynarzami, z których jeden był już trupem. Żyjący marynarz trzymał kurczowo w rękach statuetkę kamiennego bożka o "przerażającym wyglądzie". Marynarz ten starał się unikać jakichkolwiek komentarzy na temat tego co stało się wcześniej. Wiadomo tylko tyle, że "Emma", na której ów marynarz, Norweg, Gustav Johansen, był drugim oficerem, zboczyła z kursu, z powodu sztormu i napotkała uzbrojony parowy jacht "Alert". Jego załoga zachowywała się dziwnie, bo nie pozwalała na objęcie kursu z którego płynęli. Wobec stanowczej odmowy wywiązała się walka. "Emma" została zatopiona, ale jej załodze udało się zdobyć jacht parowy napastników, pozostało ośmiu członków załogi "Emmy", oni postanowili skierować jacht na kurs, którym napastnicy nie pozwalali płynąć. Następnego dnia przybyli na wyspę (o której istnieniu nikt nie wie, jeżeli ktoś nie wierzy, niech otworzy atlas świata i znajdzie na 47 stopni 9 minut szerokości południowej i 126 stopniu 43 minucie długości zachodniej jakąś wyspę). Przebywali tam od 23 marca do 2 kwietnia, o których Norweg wspomina tyle, że jego sześciu ludzi wpadło do jakiejś szczeliny. Pozostali dwaj uciekli, ale nie pamięta jak 12 kwietnia się znalazł w Australii. Naszemu bohaterowi myśli uderzają do głowy, jest żądny nowych informacji o kulcie. Znów zaczyna się formować nowa tajemnica, napięcie powoli zaczyna rosnąć. Wybiera się do Australii, tam ogląda "Alert" i statuetkę. O ile statek nic ciekawego w sobie nie zawierał, to statuetka wzbudziła nadzwyczajne zainteresowanie. "Przykucnięty bożek z głową sepii, tułowiem smoka, skrzydłami pokrytymi łuską i postumentem zapisanym hieroglifami, był przechowywany w muzeum w Hyde Parku; przyglądałem mu się długo i dokładnie - było to niezwykle precyzyjne bóstwo, równie tajemnicze, antyczne i wykonane z dziwnego, niespotykanego na ziemi materiału, jak statuetka Legrasse'a (inspektora), tylko o mniejszych wymiarach. Dla geologów, jak poinformował mnie kustosz, okazało się to prawdziwą zagadką; twierdzili, że nie ma na świecie skały, z której został wykonany ten bożek." Wtedy to kojarzy słowa czarownika o Wielkich Bóstwach "Przybyły z gwiazd i sprawdziły za sobą swoje posągi". Natychmiast wyrusza do Oslo, do Johansena... Okazuje się, że Norweg umarł tuż po powrocie do domu, pozostawił jednak manuskrypt... wiec nasz bohater go wypożycza. Opisuje ona podróż na wyspę, tak jak to było naprawdę. Początek, aż do dopłynięcia do wyspy, jest niezmienny. Na 47 stopni 9 minucie południowej szerokości geograficznej i 126 stopniu 43 minucie długości geograficznej zachodniej Norweg dopływa do kamiennej kolumny wystającej z morza, a kawałek dalej "na błotnisty, mulisty brzeg i na wyniosłe budownictwo Cyklopów, będące namacalnym dowodem najstraszliwszego postrachu ziemi - koszmaru miasta R'lyeh, zbudowanego w niezmierzonych eonach, których nie obejmuje historia, przez ogromne, odrażające poczwary przybyłe z mrocznych gwiazd. W tym mieście spoczywał wielki Cthulhu oraz jego horda skryta w zielonych, mulistych grobowcach, która przekazywała, po niezliczonych cyklach, swoje myśli; to one właśnie wywołały u wrażliwych ludzi sny pełne lęku i wzywały władczym głosem wiernych do wzięcia udziału w pielgrzymce wyzwolenia i odrodzenia. Tego wszystkiego Johansen nie podejrzewał, ale Bóg jeden wie, co wkrótce zobaczył." Owy monolit był najprawdopodobniej jedną tylko wieżą z twierdzy w której spoczywał Cthulhu. Cała załoga była przerażona tym co ujrzała, jednak ludzka ciekawość nie pozwoliła im odpłynąć. "Nie mając najmniejszego pojęcia o futuryzmie Johansen prawie osiągnął tę wiedzę opisując miasto, bo zamiast mówić o jakiejś określonej jego strukturze czy budowli, rozwodzi się tylko nad niesamowitym wrażeniem, jakie robią olbrzymie kąty i kamienne powierzchnie - zbyt wielkie, aby podlegały prawom czy właściwościom tej ziemi, świętokradcze z powodu ohydnych wizerunków i hieroglifów. Wspomniałem o nich, ponieważ wiąże się to z czymś, o czym napomknął Wilcox opowiadając o swoich straszliwych snach. Powiedział, że geometria tego miejsca widzianego we śnie wykraczała poza granice normy, nie zgadzała się z prawem Euklidesa, a poza tym miejsce to wydzielało paskudną woń nieznaną pośród naszych sfer niebieskich i we wszechświecie. A teraz prosty marynarz odnosił te same wrażenia stojąc oko w oko z ową straszną rzeczywistością." Wyprawa zaczyna się wspinać na szczyt monolitu, z tego samego powodu z którego się tutaj znalazła - z powodu ciekawości. Tu napięcie u czytelnika już jest wysokie, ale to co dzieje się później to już mistrzostwo świata. Tu jednak ośmielę się przepisać większy fragment. Wyprawa znajduje się już na szczycie monolitu, pełna grozy i strachu przed nieznanym. "Portugalczyk Rodriguez wspiął się aż do samego podnóża monolitu i wydał okrzyk na widok tego, co tam zobaczył. Wszyscy pozostali udali się więc za nim i spoglądali z wielkim zaciekawieniem na ogromne wyrzeźbione wrota wraz ze znaną już płaskorzeźbą w kształcie kałamarnicy-smoka. Przypominały, jak napisał Johansen, wielkie wrota stodoły; wszyscy byli przekonani, że są to drzwi, z powodu rzeźbionej belki, progu i framug, choć nie mogli się zdecydować, czy leżą one płasko jak drzwi zapadowe, czy pochyło jak zewnętrzne drzwi do piwnicy. Wedle słów Wilcoxa, wymiary geometryczne w tym miejscu były na opak. Trudno byłoby stwierdzić, czy morze i ziemia mają tutaj kształt horyzontalny, ponieważ pozycja wszystkiego wydawała się zupełnie niespotykana.
Briden pchnął skałę w kilku miejscach, bez żadnego rezultatu. Donovan idąc wzdłuż brzegu delikatnie przesuwał po niej ręką i co pewien czas naciskał ją w różnych miejscach. Potem bezskutecznie usiłował się wspiąć po groteskowym kamiennym kształcie - a można by to nazwać wspinaczką, gdyby ów kształt nie był w gruncie rzeczy poziomy - i wszyscy nie mogli się nadziwić, że na tym świecie znajdują się aż tak ogromne wrota. Natomiast na samym wierzchu płaszczyzna wielkości akra delikatnie i stopniowo stawała się wklęsła, po czym wszyscy ujrzeli, że jest dziwnie ruchoma.
Donovan prześlizgnął się albo też w jakiś sposób przeskoczył przez te ościeże, czy też obok nich, i dołączył do swoich towarzyszy, którzy obserwowali niezwykłe zjawisko jakby cofania się szkaradnie rzeźbionego portalu. W całej tej fantazji pryzmatycznego zniekształcenia przesuwał się ukośnie, w sposób zupełnie nieprawdopodobny, będący zaprzeczeniem wszelkich praw materii i perspektywy.
Otwór zionął czernią niemal namacalną. Ten mrok był jednak zjawiskiem pozytywnym; przesłaniał bowiem część wewnętrznych ścian, które byłyby widoczne, a w tym momencie buchał ze swego uwięzienia trwającego całe eony lat niczym dym, zaciemniając nawet słońce, kiedy tak wymykał się chyłkiem na trzepoczących błoniastych skrzydłach wprost ku pomarszczonemu, wklęsłemu niebu. Woń dobywająca się z nowo otwartych głębi była wprost nie do zniesienia, a po chwili Hawkins, mający dobre ucho, posłyszał na samym dole nieprzyjemny, jakby bulgocący głos. Wszyscy zmienili się w słuch, stojąc w milczeniu, gdy nagle wysunęło się To, kapiące i oślizłe, po omacku przecisnęło przez czarne wrota swoje galaretowato-zielone cielsko i wydostało się na powietrze miasta zatrutego szaleństwem.
Pismo biednego Johansena, kiedy o tym wspomina, świadczy o zupełnym wyczerpaniu. Spośród sześciu mężczyzn, którzy nigdy nie dotarli do statku, dwóch zginęło na miejscu w tym przerażającym momencie, zabił ich strach jaki nimi zawładnął. Nie sposób opisać tej Rzeczy - nie ma słów dla takiej otchłani wrzasku i trwającego od niepamiętnych czasów obłędu, dla tak niesamowitych zjawisk będących zaprzeczeniem materii, siły i porządku panującego w kosmosie. Góra szła, a raczej człapała. Boże drogi! Czyż można się dziwić, że na drugim końcu świata architekt dostał obłędu, a biednego Wilcoxa trawiła gorączka w tym telepatycznym momencie? Ta Rzecz bożków, zielona, lepka ikra gwiazd, obudziła się, aby domagać się swoich praw. Gwiazdy znalazły się we właściwej pozycji i czego nie zdołał dokonać odwieczny kult i jego wytyczony program, tego dokonała gromada nieświadomych marynarzy. Po niezliczonych latach wielki Cthulhu był znowu wolny i spragniony uciechy.
Nim ktokolwiek zdążył się zorientować, zwiotczałe szpony porwały trzech mężczyzn. Byli to Donovan, Guerrera i Angstrom. Parker poślizgnął się, gdy trzej pozostali mknęli jak szaleńcy po bezkresnym horyzoncie pokrytym zielonym osadem w kierunku statku i Johansen zaklina się, że pochłonął go kamienny kąt, który znalazł się tam zupełnie niespodziewanie; kąt, który był ostry, a sprawiał wrażenie rozwartego. Tak więc Briden i Johansen dotarli do łodzi i desperacko płynęli w stronę "Alertu", podczas gdy ten straszliwy potwór opadł na muliste kamienie i niezdecydowanie zaczął krążyć nad brzegiem wody. W tym momencie "strach" czytelnika jest już przy samym szczycie. Wyprawie udaje się uruchomić statek. Wtedy do wody schodzi Wielki Cthulhu. Jego widok przyprawił Bridena o obłęd i późniejszą śmierć. Johansen podejmuje desperacką próbę, zawraca na pełnej prędkości w kierunku Cthulhu. Uderza. "Rozlega się huk, jakby pękła dętka...". Galaretowata masa rozpływa się, aby następnie znów powrócić do kształtów głowy potwora, wtedy jednak statek jest już daleko...
Końcówka opowiadań Lovecrafta jest bardzo podobna do początku: jeżeli bohater przeżył to daje już dowody umiarkowanego obłąkania i wiedzy którą posiadł. Tak jest i tu. Nasz bohater wkłada wszystkie swoje notatki do pudełka, które zamyka. Bardzo często jest tak, że główny bohater jest początkowo sceptycznie nastawiony do wszystkiego, czego nie może zrozumieć, a w po przeżyciach związanych z Mitami Cthulhu, stara się nawet przekonywać innych do uwierzenia w istnienie Bogów i Wielkich Przedwiecznych. "Ujrzałem to wszystko, co jest koszmarem tego świata, ale od tej chwili zarówno wiosenne niebo, jak letnie kwiaty będą dla mnie zatrute. Tak jak odszedł wuj i biedny Johansen, tak i ja odejdę. Zbyt wiele wiem, a kult wciąż żyje." - mówi. Tak jak na samym początku, tak i tu zawarta jest jakaś myśl, raz głębsza, raz płytsza, ale zawsze powiązana z Mitami Cthulhu i ludzkością: "Cthulhu też wciąż żyje, jak sądzę, w kamiennej otchłani, która jest jego schronieniem od czasu, gdy słońce było jeszcze młodą planetą. Jego przeklęte miasto jest znowu zatopione w morzu, gdyż "Viligant" popłynął na to miejsce po kwietniowym sztormie; jednakże wyznawcy Cthulhu na ziemi wciąż ryczą i harcują, i popełniają mordy wokół bożka ustawionego na monolicie w odludnych miejscach. Cthulhu musiał niespodziewanie utonąć i zapaść się w swoją czarną otchłań, bo w przeciwnym razie świat rozbrzmiewałby teraz krzykiem przerażenia i obłędu. Kto wie, jaki będzie koniec? To, co się wynurzyło, może zatonąć, a to, co zatonęło, może się wynurzyć. Potwór czeka i drzemie w głębinie, a rozkład rozprzestrzenia się wokół chylących się do upadku miast. Czas nadejdzie - ale nie wolno mi o tym myśleć, nie mogę! Błagam tylko aby wykonawcy mego testamentu zabezpieczyli ten manuskrypt, jeżeli mnie przetrwa, przed zuchwalstwem i dopilnowali, aby ludzkie oko na nim nie spoczęło." (a skoro przeczytaliśmy to... obejrzyj się Czytelniku za siebie...)
Jak widać nie była to recenzja, postarałem się pokazać wam na podstawie jednego dzieła, czego możecie się spodziewać po twórczości Lovecrafta. Nie spodziewajcie się pięknego języka czy środków stylistycznych na miarę Mickiewicza (jeśli to dobry przykład). Możecie być jednak pewni, że jeżeli będziecie w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie czytać jego powieści, to poczujecie lęk przed nieznanym, przed czymś, czego nie można opisać. Nie będzie to strach jak w dzieciństwie (właśnie dlatego pisałem strach w cudzysłowie), ale unikalne uczucie jakie można czuć tylko obcując z Cthulhu i innymi tworami samotnika z Providence. Jeżeli mój art nie zaciekawił was prozą Lovecrafta, to bardzo mi przykro, zapomnijcie o tym arcie, a może ktoś lepszy ode mnie przekona was do Mistrza Grozy.
CYPIS
stefan3@polbox.com