Zawsze miałem ciągotkę do inteligentniejszej rozrywki. Od najmłodszych lat towarzyszyła mi książka, szczególnie dlatego, że jush w pieluchach z zapałem chłonąłem "Przygody koziołka Matołka" na razie czytane mi przez babcię. Niedługo jednak trzeba było czekać, aż sam wezmę do ręki czytadełko i zacznę składać litery, w końcu nauczyłem się czytać jeszcze przed "zerówką". Potem przyszły pierwsze lata szkolne. Zaczęły się bardziej złożone historie typu przygodówki, mała fantastyka (Kleks rulez :)) i jeszcze w wolnych chwilach komiksy. Pamiętam taką ciekawostkę: w trzeciej klasie wypożyczałem dużo, bo też bardzo szybko czytałem. Potrafiłem przelecieć 200 stron żywej lektury w 2 dni, co dla dziecka w tym wieku było wręcz nieprawdopodobne. I gdy moi koledzy czytali jedną książkę w 3-4 tygodnie, ja w tym czasie wertowałem z 10 minimalnie. A oni się potem do nauczycielki skarżyli że ja to niby dla picu tyle tomów zabieram do domciu z biblioteki szkolnej :).
Potem nastąpiła przerwa. Podstawówka, koledzy, sporty i inne "zabawy". Czytać przestałem w ogóle. I pewnie do dziś bym biegał za piłką jak głupi (nie twierdzę jednak że ten sport jest zły, tylko oznajmuję, że wolę wysiłek intelektualny, co również nie znaczy że stronię od futbolu), gdyby nie odnalezienie czegoś co przykuje mnie do kartek zadrukowanych wersetami ksiąg. Historię o odnalezieniu fantasy mieliście jush okazję czytać wcześniej, więc nie będę zanudzał. Niemniej wartość tego ponownego "małżeństwa" była i jest ogromna. Jak ktoś mądry kiedyś powiedział: wartość tego co się miało kiedyś, zauważa się dopiero po stracie tegoż. Na szczęście ja wróciłem do prozy i myślę że na bardzo długo. Dla mnie miało to wartość niepojętą, bo ukierunkowującą w życiu. Dało mi cel, dało mi spełnienie, dało mi wreszcie to co tutaj przelewam w kawałek arta, bo bez tego nie miałbym swej humanistycznej duszy. Bez tego nie miałbym również... hmmm, jak to określić...? ZAJĘCIA. Zajęcia gdyż nie potrafię wypoczywać biernie, a najlepiej odprężam się przy ulubionych pracach. Dlatego ogromną satysfakcję czerpię z tego co teraz piszę, przy czym nie czuję że pracuję, odprężam się przy tym całkowicie. Fakt że zaangażowałem się w olbrzymią liczbę przedsięwzięć i potrafię jak na razie je prowadzić dalej wyraża tylko mój pracoholizm (hmmm, wypoczynoholizm? ;)))) i ogromne chęci wypełniania swej pasji. Dziś to jush tradycja, że jakiś tom musi być w moim pokoju. To mój nałóg, przyznacie że o wiele zdrowszy od innych, a jeszcze na dokładkę tego rozwijający. Czytam co wieczór i nie nudzi mnie to, znowu wróciłbym do życia w dżungli gdyby nie proza. A tego nie pragnę. Nie chcę się udzielać w pełni w tym parszywym społeczeństwie dokoła mnie. Żyję w nim bo muszę i niejako chcę, bo wyalienować się też nie mogę, ale zawsze nie będę dla niego "w pełnej krasie". Taki jestem tylko dla pasji, które mnie wyrażają i reprezentują. Chcę pozostać indywidualnością w tym komercyjnym świecie...
No kończę bo odbiegłem od tematu. Miało być o historii czytania w moim przypadku, tymczasem jest wykład filozoficzny. No ale co ja poradzę że książki wiążą się ze mną bardzo emocjonalnie i ukształtowały mnie w dużym stopniu? Chyba nic, bo nie chcę nic zmieniać...
=red HAMter= Członek SMMF
Mitologia oddaje kształty, przez które bezkształtny
kształt kształtów może być poznany. (J. Campbell)
http://ixds.p.lodz.pl/~gmork & http://rpg.net.pl/smmf