STEVEN KING "CUJO"


Każdy ma swoje fobie, coś czego boi się w większym lub mniejszym stopniu: pająki, strzykawki (jak ja ich nienawidzę), czy jeszcze inne rzeczy. Ale czy ktokolwiek boi się psów? No chyba nie, bo jak tu się bać najlepszego przyjaciela człowieka. Też tak kiedyś myślałem, ale po przeczytaniu powieści Stevena Kinga pt. "Cujo" moje zapatrywania nieco uległy zmianie.

Akcja przenosi nas do małego miasteczka Castle Rock w USA w stanie Maine. Ciężko określić kto jest głównym bohaterem, gdyż akcja koncentruje się wokół dwóch rodzin: Trentonów i Camberów. Ci drudzy mają psa, wielkiego bernardyna o imieniu Cujo. Jak chyba każdy przedstawiciel tejże rasy, Cujo jest uosobieniem spokoju, łagodności i wszystkiego najlepszego, co może się wiązać z psami. Pewnego dnia dochodzi do małego wypadku. Cujo ścigając królika, odkrywa małą jaskinię w której przed światłem dnia kryją się nietoperze, a te ostatnio nie cieszą się najlepszym zdrowiem. Ja pozwolę sobie przytoczyć jedno zdanie, które mnie urzekło, a które doskonale streszcza co wynikło z tego spotkania: "Był dorodnym bernardynem, miał pięć lat, ważył blisko dwieście funtów i w tej chwili, rankiem szesnastego czerwca 1980 roku, wkraczał we wczesne stadium wścieklizny.". Dalsze wydarzenia są do przewidzenia. Lecz nie wszystko jest takie proste, jakby się mogło wydawać. W utworze pojawia się jeszcze kilka pobocznych (choć nie mniej ważnych) wątków, które zgrabnie przeplatając się prowadzą do całkiem ciekawego finału. Przyznam się, że bardzo cenię Stevena Kinga. Potrafi on w bardzo ciekawy sposób prowadzić akcję, ma wspaniały styl i poczucie humoru. Pisze tak umiejętnie, że praktycznie nie można się przyłapać na ziewaniu, a strony ubywają w zastraszającym tempie.

Na szczególną uwagę zasługuje pomysł by przedstawić akcję z perspektywy psa, chorego zwierzęcia, które początkowo walczy z wścieklizną, hamuje żądzę mordu, by potem przeistoczyć się w maszynę do zabijania. Ciekawie przedstawiono tok myślenia zwierzęcia, można wręcz odczuć na sobie jego cierpienia, ból jaki przeżywa, i wszystkie inne uczucie jakie mu towarzyszą. W moim przypadku, doszło do tego, że przestałem odbierać Cuja jako bohatera negatywnego, lecz jako po prostu skrzywdzonego i zagubionego.

Jedna rzecz tylko nijak nie wiąże się mi ani z fabułą (no może trochę), ani z całą resztą. Otóż w pokoju synka Trentonów: Tada, znajduje się szafa ścienna. Szafa jak szafa, ale co się z nią dzieje, to aż strach pomyśleć. Co noc jej drzwi, choćby najlepiej zamknięte, otwierają się, a z ciemności łypią na malca czerwone ślepia. I dodam jeszcze, że nie są to urojenia małego dziecka. Potwór naprawdę tam czyha i zapewnia malca, że co noc będzie podchodził bliżej i bliżej, aż pewnego dnia... . Domyślcie się sami, co się wtedy stanie. Jak napisałem wcześniej, nie wiem co szanowny autor chciał osiągnąć przez ten zabieg. Może ma to jakieś zastosowanie, niemniej ja go nie zauważyłem.

Nie wiem, czy choć trochę zachęciłem was do przeczytania "Cujo", jeśli tak to bardzo się cieszę, a jeśli nie... no cóż, nikt nie powiedział, że musicie ja przeczytać. Dodam tylko, że na nudne, zimowe wieczory jest to pozycja nader interesująca.


GON