|
stare starocie, czyli krytycznie o bezcennej klasyce filmu grozy
Wiele lat temu tacy ludzie jak Alfred Hitchcock, John Carpenter, Wes Craven, czy Tobe Hooper (kolejność w zasadzie nie jest przypadkowa) stworzyli wiele filmów, których przeróżne kopie mniej lub bardziej bezpośrednie możemy oglądać na ekranach naszych kin i telewizorów. Naturalną rzeczą jest, że wszystko opiera się na jakichś pierwowzorach... I wcale nie będę dzisiaj narzekał na brak inwencji współczesnych twórców, tylko chcę spróbować przedstawić wielkie filmy w świetle dnia dzisiejszego.
Rok, czy dwa lata temu oglądałem po raz pierwszy Skowyt. Z niecierpliwością czekałem na ten film, gdyż wiecie jak trudno dostać starsze filmy - ja przynajmniej miałem trudności. Toteż gdy przeczytałem w programie TV, że na Ale Kino! wyemitują Skowyt ze szczęścia zawyłem niczym wilkołak;). Godzina zbyt wczesna nie była, ale w sam raz na oglądanie horrorów - gdzieś po północy. Zasiadłem elegancko w fotelu i wpatrywałem się w ekran... Na ok. pół godziny przed końcem filmu moje powieki odmówiły mi posłuszeństwa i po prostu bezwładnie opadły uniemożliwiając mi dalsze oglądanie filmu (czyt.: zasnąłem). Tłumaczę to tym, że byłem po prostu bardzo zmęczony i bardzo chciałbym ponownie go obejrzeć ale jakby na to nie patrzeć nie zainteresował mnie on na tyle bym bez pamięci zatracił się w obserwowaniu migającego pudła zwanego telewizorem...
Podajmy inny przykład. Halloween. Kilkakrotnie miałem przyjemność obcowania z owym dziełem i bez cienia wątpliwości uznaję je za klasykę. Nie zobaczymy tutaj morza krwi, wyprutych flaków i innych tego typu wspomagaczy mrocznego klimatu. Usłyszymy natomiast znakomitą muzykę i zimny wyraz twarzy Michael'a Myers'a, a właściwie jego maski. I w ten sposób można było uzyskać niezły klimat. Halloween John'a Carpenter'a jest filmem wielkim, jednak nie sposób nie zauważyć, że w dzisiejszych czasach nie jest on raczej w stanie przestraszyć...
Wczoraj oglądałem Omen. Tak, już po raz któryś z kolei leciał na TV4... Zaraz pewnie powiecie - wielki miłośnik horrorów, a takiego filmu nie widział. Ano niestety. Wczoraj widziałem go po raz pierwszy. Wcześniej zabierałem się za oglądanie dwójki, ale stanowczo mi nie przypadła do gustu (co prawda dałem jej tylko 20 min., ale zawsze...;)) Powracając do samego zainteresowanego, czyli małego Antychrysta, to jest on niewątpliwie bohaterem wielkiego filmu, który zawierał nawet parę ciekawych i trzymających w napięciu scen będących takimi nawet dziś, a to duży plus dla tak starego filmu... Choć pod koniec prawie stało się ze mną to co podczas oglądania Skowytu:) A sam właśnie koniec zasługuje z jednej strony na plus - brak happy end'u, a z drugiej na krechę - nastawienie na kręcenie drugiej części...
Przyjrzyjmy się bliżej sympatycznemu osobnikowi w kapeluszu i sweterku w czerwono-zielone paski... Oczywiście chodzi tu o Koszmar z ul. Wiązów. Wes Craven po napisaniu scenariusza nie nakręcił filmu od razu, bo brakowało mu na to funduszy a nikt specjalnie nie chciał mu pomóc, gdyż scenariusz nie spotkał się z pozytywnymi opiniami. Kiedy wreszcie Craven zrealizował film, okazał się on przebojem i doczekał się wielu, jak można się domyślać w większości kiepskich kontynuacji, z którymi sam pomysłodawca miał niewiele wspólnego. Ale jak już wspomniałem produkcja była wybitna w swoim gatunku. Zderzając ją z dzisiejszymi wymaganiami widzów i możliwościami reżyserów zauważamy oczywiście, że film ma wartość jedynie historyczną i sentymentalną.
Ostatnie zdanie może być jednocześnie podsumowaniem całego rozważania na temat starszych produkcji... Mimo, że wydaje to się być oczywiste, spotykałem się z opiniami typu: Carpenter to niby mistrz horroru, a Halloween wrażenia na mnie nie zrobił...
A zaglądając jeszcze bardziej w przeszłość, tj. w czasy pierwszych prób straszenia widza na ekranie nie ma już chyba wątpliwości... Pierwsze opowieści o mumiach, Draculli, Frankensteinie są teraz naprawdę bardzo zabawne i sympatyczne, a w TV mają zielone kółeczko:)
[scream]
^
|
|