"Recenzja filmu "Wiedźmin" na podstawie powieści Andrzeja Sapkowskiego."


     Powiadają że im starsze wino tym lepsze. Tak samo sprawa się ma z powieściami ASa polskiej powieści fantasy. Sam Sapkowski przecież młodością już nie grzeszy, a i jego "potomek" literacki liczy sobie około 15 lat. Nie na darmo również pan Andrzej zasłużył sobie na przydomek AS. Czy jednak film na podstawie utworów Sapka jest mistrzowski? Ekranizacja ta była przeze mnie oglądana oczami prawdziwego fantasty i tak proszę popatrzeć na ten tekst.
     Najpierw może o tym, co wymagałem od tego rodzaju obrazu. Wymagałem pełnego zaangażowania i tego żeby był jak najbardziej zgodny z tym co pisał AS. Mówiąc krótko położyłem na niego piętno ksiąg najlepszego polskiego pisarza. Kiedy zaś rozeszły się pierwsze plotki i w moje drżące ręce wpadły kadry z "Wiedźmina" załamałem się. Scenariusz nagięty do granic możliwości na komercyjny sukces, zupełnie niezgodny z tym co pisał Sapek. Czarna broda Geralta, który przecież stracił pigment włosów i ostatnia wada, najgorsza- Geralta gra Żebrowski… Film ten przez społeczność fantastów jeszcze przed jego "poczęciem" został uznany czarną owcą. Ja również tak uważam, ale czy słusznie? Teraz przechodzę już do prawdziwej recenzji i porównań zgodności ekranizacji z utworami Pana Andrzeja.
     "Wiedźmin" został kręcony na podstawie nowelek Sapkowskiego zebranych w dwóch tomach o tytułach: Miecz przeznaczenia i Ostatnie życzenie. Pierwsze duże zaskoczenie dla mnie to to, że nie kręcono całej Sagi, ale przeciętny widz tego nie zauważy. Fabuła przedstawiona całkiem sensownie również tylko dla widzów, którzy wcześniej nie przeczytali Pięcioksięgu. Dla mnie i dla każdego fantasty to po prostu paranoja! Jedyne zgodne z prawdą jest to że Geralt pojawił się na dworze Lwicy z Cintry (królowej Calanthe) kiedy jej córka wychodziła za mąż za Dunnego zwanego Jeżem i nasz kochany mutant po uratowaniu mu życia zażyczył sobie praw popularnej "niespodzianki". Pawetta zgineła na morzu koło wysp Skellige, zaś Dunny… Tutaj nie wyjawię dalszej prawdy, gdyż chcę zachęcić wszystkich do przeczytania Sagi. Dalej wszystko to co przedstawiono na dużym ekranie jest czystą fikcją! Jednak tu należy się mały plus dla kinowego utworu, za bardzo zgrabne przedstawienie scenariusza. Fabuła mimo swej nieprawdziwości trzymała się kupy i za to chwała ekipie tworzącej. Ogółem fabuła wyszła nijako i nie dam za nią plusu ani minusu.
     Przejdźmy teraz do aktorów. I tutaj moje przekonanie że wysłużony już Żebrowski nie będzie umiał zaprezentować Geralta okazało się mylne. Aktor ten umiejętności w swoim fachu posiada ogromne w porównaniu z całą polską "elitą". Zagrał mutanta bardzo przekonywująco i z pasią. Może, a nawet powinien podobać się w tej roli! Ja znowu jako zażarty fantasta widzę pewne różnice między nim, a osobą stworzoną przez Sapkowskiego. Otóż brakowało mi w nim duszy. Zagrał świetnie, ale tylko zagrał. Geralt w Pięcioksięgu był czymś więcej niż tylko najemnikiem, potrafiącym miotać zbereźnymi tekstami na prawo i lewo. Był człowiekiem. Żebrowski nie oddał w pełni dylematów wiedźmina, nie pokazał że ma on uczucia. Brak było niesamowitych dialogów rodem z utworów ASa oraz jego znakomitej narracji. No cóż, to w końcu tylko film… Jego zachowanie i miłość do Yennefer potraktowana była przedmiotowo, a tak być nie powinno. Reszta przewijających się na planie- dno panowie, dno. Nie pokazano na dużym ekranie istoty czarodziejek, przez co Yenna była raczej bezbarwna. Nie pokazano ich knowań, ani praktycznie niczego. Jedyne czego nie bano się pokazać to samego Geralta. Krasnoludy zaś powinny być bardziej barczyste, co po raz kolejny przez przeciętnych widzów pozostanie niezauważone. Jedynym zaś elfem jaki na ułamek sekundy pokazał się na planie okazał się beznadziejnie wystylizowany człek. Ja nigdy nie czytałem o elfach jako brzydkich, niesmukłych, głupich człowieczkach na dodatek z WĄSAMI i uszami o rozpiętości na dwa kilometry! Tu pojawiła się odpowiedź na pytanie czemu nie sfilmowano całego wiedźmina. Gdyż panowie, którzy go tworzyli, nie mieli zielonego pojęcia o światach fantasy, o panujących w nich regułach, architekturze, zwyczajach i polityce. Kolejny raz potraktowano społeczność fantasy z przymróżeniem oka, czyli jak dzieci. Nic na to nie odpowiem, bo jestem zbyt kultularny.
     A teraz to co krytycy lubią najbardziej, czyli wykaz błędów. Sceny walki wykreowane ładnie. Zapewne tak jak chciałby tego AS, gdyż tego typu rzeczy traktował bardzo technicznie. Mimo wszystko naliczyłem trzy niedociągnięcia. Dwa mogą zostać pominięte przez niektórych, ale jedno jest bardzo wyraźne i uporczywe. Może najpierw te najgorsze. Otóż walki z ludźmi kadrowane były idealnie. Scena kiedy Geralt walczy na sądzie bożym z rycerzami zakonu, a potem zabija Falwicka i słynne już "Nie chcę miecza, wezmę sobie od nich" jest perfekcyjna. Najlepszy moment w całym filmie, aż czuć ten klimat Sapka. O ile walki człowiek-człowiek były dobre, to o tyle walki z potworami są beznadziejne. Dwa machnięcia mieczem, kamera tylko i wyłącznie na Geralta i koniec. Oto ten wielki "szczegół". Następne dwa są natury pomyłkowej. Nie wiem jak można rzucać ważącym około 5 kilogramów mieczem dwuręcznym w pełnym końskim biegu i na dodatek trafiać w poruszającego się na koniu przeciwnika… Wiedźmini są silni, ale bez przesady. Ostatnia tego typu wada jest następująca. Każdy mutant wchodzi w amok, na filmie widać to po nieludzkich oczach, po zażyciu specjalnego stymulantu (czyt. narkotyku), który wyostrza refleks. Jakoś nie widać było że wiedźmin cokolwiek zażywał. I ostania wada, nie licząc "złej" fabuły, jest taka iż blizna na twarzy głównego bohatera zmienia się wraz z każdą sceną. Wygląda to śmiesznie, niemniej jest mało prawdopodobne żeby ktokolwiek, oprócz czujnych obserwatorów, zdołał zauważyć ten szkopuł (teraz to się zmieni hehe).
     Podsumowując "Wiedźmin" odniósł sukces komercyjny, bo na taki tylko liczył. Niestety nadal ważniejsze są pieniądze od sztuki, trzeba się z tym pogodzić. Wszystkim ekranizacja Dzieła Andrzeja Sapkowskiego mogła się podobać, zaś fantasci odczuwają lekki niedosyt. Nam (fantastom) pozostaje tylko poczekać na amerykańską ekranizację najlepszej powieści świata, najlepszego pisarza świata, która zapowiada się zgoła odmiennie niż nasza rodzima produkcja. Mówię tu o "Władcy pierścieni" profesora J.R.R. Tolkiena zwanego przez społeczność fantastów i fantastyków Mistrzem. To będzie coś. Nie to co "Wiedźmin".

=red HAMter= Członek SMMF

>>Powrót do AMFILM<<