::::::::RECENZJE::::::::PEARL HARBOR::::::::autor: gombo

 

Pearl Harbor było dumą Amerykanów. Do czasu... Sielankowy spokój amerykańskiej bazy wojskowej zburzył zmasowany nalot japońskich samolotów. Setki maszyn zrzuciły setki bomb zadając Ameryce dotkliwy cios. Po latach ów dramat wraca na ekrany kin. Rezultat – średnie kino akcji z doskonałymi efektami specjalnymi. Dlaczego średnie? Obejrzyjcie sami, to się przekonacie (zwłaszcza, jeśli chodzi o zakończenie, moim zdaniem oklepane i naiwne). Nie jest to mianowicie recenzja filmu, więc o nim nie napiszę już ani słowa więcej, a chciałbym Wam zaprezentować moje odczucia, co do ścieżki dźwiękowej z „Pearl Harbor”. Autorem muzyki jest Hans Zimmer, który ostatnio zasłynął z takich filmów, jak „Gladiator” czy „Hannibal”. Muzykę z „Gladiatora” słyszał chyba każdy fan soundtracków, a „Hannibal” bardziej niż muzyką wsławił się ohydnymi scenami zjadanego mózgu. Tak czy inaczej Zimmer pokazał nam, że potrafi robić muzykę filmowej, co też potwierdził w Pearl Harbor.

Gdy pierwszy raz przesłuchałem płytę zacząłem kręcić nosem. A jak ja zaczynam kręcić nosem, to musi być coś nie tak (oczywiście, tylko i wyłącznie w moim odczuciu). Co mnie tak zniesmaczyły? Trzy pierwsze utwory (nie licząc piosenki) to właściwie wykorzystywanie jednego i tego samego motywu. Co z tego, że wszystko jest pięknie i ładnie zagrane przy użyciu fortepianu i charakterystycznych dźwiękowo dla Zimmera skrzypiec. Gdzieś tam wplecione są całkiem niezłe chórki pojedyncze i grupowe, ale panie Zimmer to za mało...Czwarty kawałek zaczyna się całkiem obiecująco, ale już po chwili wkraczamy znowu w oklepany temat.

Druga część soundtracka jest bardziej udana. Zawiera nazywaną przeze mnie tzw. muzykę akcji. Wszystko otwiera Attack. Słyszymy bębny, shakuchahi (japońskie flety), znane chociażby z produkcji Jamesa Hornera. Muzyka staje się bardziej dynamiczna, później przechodzi w dramatyczną wokalizę i znowu znajomy temat, troszeczkę zmodyfikowany i zagrany przez instrumenty dęte. Akompaniament żeński w końcówce Attack wyraża cały tragizm i grozę sytuacji, w jakiej znaleźli się zaatakowani żołnierze.

  War zaczyna się stonowanymi skrzypcami, które grają całkiem nowy temat. Później grupa chóralna wykonuje jakąś pieśń, która z powodzeniem mogłaby się stać hymnem. Nie jestem tylko pewny, w jakim języku była ona śpiewana (może łacina?), ale bardzo ładnie się tego słucha.
December 7th jest klasycznym podkładem pod obraz typu wojennego. Dużo instrumentów sekcji dętej, werble, klimat patriotyzmu i wszechobecny patos. Zimmer zmienia doskonale tempo wykonania z szybszego na wolniejsze, fantastycznie zawiesza muzykę w miejscu, by po chwili uderzyć pełną mocą orkiestry. Tak, to jest najmocniejszy punkt całej ścieżki dźwiękowej.
Płytę zamyka Heart Of Volunteer, w którym słyszymy cały przekrój wszystkich motywów, ale co mnie zachwyciło w nim, to pojedyncza trąbka, a za nią, dobrze znany już Wam motyw z pierwszych utworów. Kolejno: ciekawe połączenie werbli i chórów, a na zakończenie fortepian, skrzypce + wokaliza solowa.

Podsumowując, Zimmer dowiódł, że liczy się w światku muzyki filmowej i zamierza odstawać od reszty. Jednak za otwarcie soundtracka należy mu się dwója, za resztę piątka. Średnia wychodzi 3,5, a że nie dajemy połówek, dlatego też podciągnę ocenę ogólną do czwórki, za niezłą kompozycję „There You`ll Be” wykonywaną przez Faith Hill.


SPIS UTWORÓW:

1. „There You`ll Be"* 
2. Tennessee
3. Brothers
4. ...And Then I Kissed Him
5. I Will Come Back
6. Attack
7. December 7th
8. War
9. Hearth Of Volunteer

*Piosenkę wykonuje Faith

OCENA: 4/6