::::::::RECENZJE::::::::LORD OF THE RINGS: THE FELLOSHIP OF THE RING::::::::autor: Przemo
J.R.R. Tolkien to pisarz przez wielu uważany za niedościgłego
mistrza fantasy. Jego największe dzieło, trzytomowa powieść zatytułowana „Władca Pierścieni”, to
monumentalny obraz zmagań dobra ze złem. Wartka, pełna przygód akcja genialnie łączy się ze światem Śródziemia.
Dopracowany w najmniejszym szczególe świat wraz z jego mieszkańcami składają się na niesamowity klimat
Tolkienowskiego dzieła. Książka ta ma miliony fanów a w Wielkiej Brytanii uznana jest za największe dzieło
literackie XX wieku. Dlatego właśnie nakręcenie filmu na podstawie „Władcy Pierścieni”
było tylko kwestią czasu. Pierwsza część trylogii, w reżyserii Petera Jacksona, nosi nazwę „Drużyna Pierścienia”,
a swoją światową premierę miała 19 grudnia.
Tyle kosztem wstępu. Muzykę do „Lords of the Rings – The Fellowship of the Ring” skomponował Howard Shore. Jest to stosunkowo mało znany kompozytor. Dla nas jego wcześniejsza twórczość kojarzyć powinna się m.in. z „Philadelphia”, „se7en”, „Striptease”, czy „The Cell”. Jeśli dodać do tego pozycję „Silence of The Lambs/Milczenie owiec” to zauważyć można, iż Shore ma spore doświadczenie w budowaniu nastroju niepewności i grozy.
Jak jednak jego doświadczenie muzyczne ma się do przedstawianego „Władcy Pierścieni”? Moim skromnym zdaniem wena twórcza pana Howarda Shore`a osiągnęła apogeum właśnie w tym albumie. Wierzcie mi, nie piszę tego tylko dlatego, że jestem Tolkienowym maniakiem.
Pełne pogody i ciepła utwory (Concerning Hobbits, Many Meetings) mieszają się tu z dramatyzmem (The Prophecy, The Shadow Of The Past) i patosem (The Ring Goes South, The Bridge Of Khazad Dum). Nie powinienem jednak szufladkować piosenek w ten sposób. Tu każda jedna melodia to osobne arcydzieło. Na szczególną uwagę zasługuje „The Black Rider”. Utwór ten zaczyna się spokojnym przygrywaniem fleta, szybko jednak dochodzą rytmiczne skrzypce wprowadzając atmosferę sielanki i zabawy. Muzyka, coraz bardziej dynamiczna, przyspiesza i nagle zanika. Chwilę później narasta już w zupełnie innym klimacie. Dochodzą trąbki i werble wprowadzając nastrój przerażenia i grozy. Całość potęgują wspaniałe chórki, które wykrzykują niezrozumiałe dla mnie słowa. Trzeba dodać, że chórów jest bardzo dużo (żeńskie, męskie, mieszane a nawet chłopięce). To one są głównym motorem mistycyzmu w owym albumie. Ich śpiew rozbrzmiewa w wielu językach Śródziemia.
Dużym plusem jest tu również swego rodzaju różnorodność.
Autor nie ograniczył się do jednego motywu przerabianego na wiele sposobów. Istotnie, znajdziecie motyw główny, który
pobrzmiewa tu i tam, ale nie dominuje on całej ścieżki dźwiękowej. Dzięki takiemu zabiegowi muzyka tak szybko się
nie nudzi.
Jest jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz, o której wcześniej nie wspomniałem. Dwie piosenki do „Władcy Pierścieni” skomponowała i zaśpiewała Enya. Obecność tej, popularnej ostatnio, piosenkarki zauważymy w utworach „The Council Of Elrond - Aniron (Theme For Aragorn And Arwen) oraz „May It Be”. Jako ciekawostkę dodam, że ten pierwszy utwór śpiewany jest w języku Elfów.
Płyta warta jest swojej ceny. Dla miłośników twórczości Tolkiena jest to pozycja obowiązkowa, dla fanów Howarda Shore`a – również. Innych powinien zachęcić powyższy artykuł. Płyta bez wątpienia skłania do refleksji; sprawia, że chce się jej słuchać. Dla mnie jest jedną z najbardziej cenionych ścieżek dźwiękowych, jakie posiadam.
SPIS UTWORÓW:
*Piosenki wykonuje Enya
OCENA: 5/6