Nauczyciele, czyli "the thing that should not be"
Już pierwszy tekst o nauczycielach miał zostać przeze mnie skomentowany, ale mi się nie chciało. Teraz jak mi przyjdzie coś do głowy, od razu będe pisał, żeby nie zostać uprzedzonym przez kogoś innego, np. przez jakieś dwa miesiące chodził mi po głowie tekst o klonowaniu, w końcu go napisałem, wysłałem, a po dwóch dniach kupiłem AM-15, patrzę: Klonacja, przeczytałem, na szczęście nie o tym samym, ale zaraz jest p.s., o rany!, Szwinda w jednym peesie napisał tyle co ja w całym arcie, dobrze, że nie w, AM14, którego nie posiadam, bo wyszło by na totalny plagiat, no, ale mówi się trudno. W tym chyba nikt mnie nie ubiegnie, bo wątpie, aby któryś z piszących do AM chodził ze mną do szkoły.
Wstęp do arta już mam (ten u góry-dla niekumatych), teraz trzeba napisać wstęp do głównej części arta, a więc: chodziłem do pierwszej klasy liceum ekonomicznego, a po wakacjach będe chodził do drugiej klasy (a matematyczka mówiła, że mnie nie przepuści: Buchacha!). Opisywał będe wam moją byłą nauczycielkę od geografii (napisałem "byłą" bo wszyscy mówili, że ma odejść, ale mam nadzieję [Nadzieja matką głupich, ale życie bez nadziei było by beznadziejne], że tak się nie stanie.). Dlaczego napisałem, że chodzę do ekonoma? Bo zastanawiam się czego w takim przeciętnym ekonomie uczą się przeciętni nauczyciele na przeciętnej lekcji geografii. Mi wydawało się, że będzie o takich duperelach jak czego dany kraj ma dużo a czego mu brakuje (chodzi o bogactwa naturalne), jaki ma przemysł, co importuje, a co eksportuje, lub będzie to zwykła geografia w stylu podstawówki. Podobne wnioski podsuneła mi książka do geografii, o wymownie brzmiącym tytule: "Geografia społeczno-gospodarcza Polski i świata", ale co tam tylko nauczyciele bez powołania i tacy którzy nie znają się na swym przedmiocie korzystają z książek lub programu nauczania, nasza nauczycielka nie poniżyła by się na tyle, aby kazać nam otworzyć książkę, dzięki temu moja śmierdzi jeszcze nowością po roku "używania". Już nie będe wspominał o takich duperelach jak dyktowanie przez całą godzinę z prędkością karabinu maszynowego, by potem po sześciu takich lekcjach pytać wszystkiego, albo posiadanie pupilków i antypatii, przecież to normalka, ale nie skończę tu arta, zostały mi do opisania najlepsze kawałki. Na jednej lekcji robiliśmy DEGUSTACJE WODY MINERALNEJ. Czujecie blusa? Rozmowa o pracę:
-Umie pan obsługiwać excela?
-Nie bardzo...(to nie jest, żadna aluzja do poziomu informatyki u mnie w szkole)
-Przykro mi, ale chyba się...
-Ale umiem rozpoznać mineralną po smaku i zapachu!
-Trzeba było tak od razu mówić. Przyjmujemy pana!
A jak wyglądała taka lekcja? Kazała nam przynieść na "zatydzień" wodę mineralną, ale nie byle jaką tylko wyznaczoną. Ja np miałem: Mieczysława, Józefa i Jana. Jedną z tych wód nabyłem (po ciężkich poszukiwaniach), a po telefonie do rozlewni wody mineralnej okazało się, że pozostałych dwóch wogóle nie "butelkują" i aby ją zdobyć musiałbym udać się do Krynicy. Oczywiście olałem to. Jak ktoś powie, że też by raz w roku chciał napić się wody mineralnej, zamiast się uczyć to dodam, że niektóre wody cuchneły (to do picia), a potem przez dwie lekcje pisaliśmy na co dana woda jest "lekarstwem ", gdzie występuje i takie duperelki, oczywiście trzeba było się potem tego "naumieć" (to do uczenia się). Była jeszcze wigilia geograficzna, zostaliśmy wybrani do niej na ochotnika, i też jak dla mnie była szczytem bezsensu, ale o tym nie będe się rozpisywał, napiszę natomiast o tym jak pytała kiedyś mojego kolegę: najpierw standardowo wiadomości z połowy zeszytu, potem również standardowo pokazywanie na mapie gdzie co leży, macanie kamieni (również standard) i na koniec zapytała go o jakiś wyścig jachtów czy coś w tym stylu, jednak on przy obecnym u całej klasy zdziwieniu bezproblemowo odpowiedział. Na przerwie okazało się, że jak był u ojca w szpitalu to mówili o tym w telewizji i odruchowo to zapamiętał. A co by było gdybym ja dostał takie pytanie i nie odpowiedział na nie (nie oglądam TV)? Bluzgi jak to tak nie można nic wiedzieć o otaczającym nas świecie. Następny debilizm: po zebraniu moja mama udała się do niej porozmawiać o moich ocenach. Już nie będe przytaczał opinii mojej mamy, ale usłyszałem, że podobno pytała się czy ja nie biorę jakichś "leków", bo taki zaspany na lekcjach jestem. Powiedziałem to koledze (śmiech to zdrowie), a po jakimś czasie słyszę: "XXXX (tu moje nazwisko) ty nie bierzesz przypadkiem jakichś leków?" W tym momencie mój kolega szeptem słyszalnym na pół klasy mówi do mnie : "Wstydziłbyś się, nie dość, że narkoman to jeszcze śpi na lekcji'" i zaczynamy się śmiać. Prawdę mówiąc to śmiejemy się ze wszystkiego, ze śmiesznych rzeczy i z tych mniej śmiesznych, z bezsensownych i głupich. Śmiech jest naszą bronią, śmiejemy się, aby nie zwariować. Ale nauczyciele nie lubią jak ktoś się śmieje im na lekcjach więc starają się nam dokopać. Im bardziej nas męczą tym bardziej się śmiejemy, im bardziej się śmiejemy tym bardziej nas męczą. Błędne koło. Ale mi to nie przeszkadza, a nawet gdyby przeszkadzało to i tak jeszcze tylko cztery lata. Malutko, prawda? Hihihihihi...
kotecek