Lot nad kukułczym gniazdem.

   Piractwo komputerowe porównywane było przez Smuglera do np. kradzieży samochodu, mi jednak przypomina ono coś zupełnie innego. Wyobraźcie sobie taką scenę: chłopak wychodzi ze sklepu, jedną ręką chowa resztę do kieszeni, w drugiej trzyma batonik, idzie do szkoły aby pograć na boisku w kosza, po chwili rozwija swoje słodkie co nieco, zjada je i mimo, że kosz znajduje się dwa metry dalej wyrzuca papierek na chodnik i idzie dalej, zastanawiając się z kim dzisiaj będzie grał. Tym dla mnie właśnie jest piractwo komputerowe. Lenistwem?! Zapyta ktoś. A ja odpowiem: Nie, nie lenistwem. Przyzwyczajeniem, sposobem bycia. Postaram się to wyjaśnić.

  Przygodę z grami komputerowymi zacząłem od ATARI 800 XL, chodziłem wtedy do drugiej, trzeciej klasy (nie pamiętam), był to już wtedy przestarzały model, ale także pierwszy komputer jaki widziałem, także pierwszy "na bloku" więc trochę osób do mnie przyłaziło. Czasami w AR spotyka się listy zaczynające się tak " Pamiętam/Grałem w takie gry jak: Robbo, Spy vs Spy, Boulder Dasch, Kickstart więc jestem prawdziwym weteranem/dinozaurem komputerowym. " Trochę mnie one śmieszą bo sam znam te gry, a uznaję siebie za młodzika w tym fachu, grać mam zamiar do późnej starości. No ale miałem pisać o piractwie. Razem z atarynką było ponad 80 dyskietek, dwustronnych, na każdej stronie ok. sześć gier, policzcie sobie ile tego było. Co ciekawe na niektórych grach napisane było: "Printed in N. Sacz" (czy coś w tym stylu), na początku byłem zdziwiony: "To w Sączu jest firma robiąca gry?". Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że są to wszystko piraty, no ale jak ktoś napisał, wtedy (tzn. gdy ten gość kupował gry) nie było w Polsce oryginałów (chociaż taki Robbo- polska gra, ale może już się przyzwyczaił do kupna piratów). Oryginałów miałem około dziesięć, sam je kupiłem, ale w sklepie, gdy mówiłem, że chce zobaczyć gry na ATARI słychać było śmiech innych kupujących więc zrozumiałem, że spasowało by rozejrzeć się za lepszym sprzętem, niestety skok jakościowy nie był za wysoki bo zakupiłem GameBoya.

  O GB nie będę się rozpisywał bo nie spotkałem się z piratami na tą konsolę.

  Pewnego dnia w szkole kolega był odwrócony do mnie tyłem (bez skojarzeń) i miał odsłonięte (bez skojarzeń mówię) karczycho, a że gustowaliśmy w chamskich zabawach szybko to wykorzystałem, lekko pod denerwowany kolega obrócił się na pięcie i z bojowym okrzykiem ("Kuuurwa Legus") wyprowadził cios nogą, odskoczyłem, jednak moja ręka była wolniejsza. Efekt? Skręcony kciuk u lewej ręki. Z odszkodowania wpadło trochę kasy i postanowiliśmy z bratem, że sprzedamy GB i kupimy PlayStation. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy (tj. opchneliśmy GB), jednak nie przewidzieliśmy, że moja mama może robić problemy. Powiedziała, że nie pozwala mi wydać kasy na takie głupoty i kto mi pozwolił sprzedać GB za którego zapłacił tata. Kasa za GB została przeznaczona na zaliczkę, a ja nie chciałem jej stracić no i pałer szaraka mnie zabił więc skombinowaliśmy z bratem resztę kasy, mamie wmówiłem, że oddałem soniaka i było OK. Jednak tak naprawdę konsola siedziała u mnie pod łóżkiem, ja czekałem do pierwszej, drugiej  w nocy i z czarno-białym telewizorem na łóżku i kołdrze na głowie oddawałem się zabawie zwanej giercowaniem. Po ok. dwóch miesiącach wszystko się wydało ale konsola została. Szaraka nigdy nie przerobiłem gdyż złościło mnie stwierdzenie, że popularność zdobył tylko dzięki piratom. Tylko, że większość osób które znałem używały piratów, a w ankiecie PSX Extreme na pytanie w ankiecie czy masz przerobionego soniaka odpowiedź wyglądała tak: 49,5-tak, 49,5-nie i 1% się nie wypowiedział, czyli jakby na to nie patrzeć nie za dobrze. Co najsmutniejsze, gdy sprzedawałem konsolę właściciel wypożyczalni zapytał czy jest przerobiona, gdy odpowiedziałem, że nie powiedział, że nic nie szkodzi, on ją przerobi, to mnie zamurowało, przecież jemu powinno zależeć na tym, aby grać na oryginałach, bo kto będzie u niego wymieniał gry za 30zł jak za 10-15 będzie miał pirata na własność. Rozwiązanie wydaje się jedno: głównym dochodem nie była kasa z wypożyczania gier, a z rozprowadzania piratów. Ale dlaczego sprzedałem coś co nie licząc snu i szkoły zajmowało mi 95% życia? Otóż pewnego wieczoru rodzice oświadczyli, że kupują komputer. Moja reakcja: "Eeeeeeeeeeee, po co?". Lubiłem męczyć każdą grę dopóty, dopóki nie zobaczyłem wszystkiego, a moja wiedza o PieCach wyglądała tak, że byłem przekonany, że każą grę da się zainstalować na twardym i grać bez kompaktu (o słodka naiwności), więc pożyczyłbym pare gierek od znajomych i w sumie nie przeszedłbym żadnej. Minął jakiś czas, zapomniałem o kupnie blaszaka, skończyłem podstawówkę i całe wakacje spędzałem na graniu, to był czas kumpel przyjeżdżał do mnie rano, graliśmy do 15, jadłem obiad i grałem, do wieczora, w końcu mama zaczęła wyganiać mnie na podwórko, jeden kumpel załatwił mały telewizorek, drugi konsolę i graliśmy u mnie w piwnicy, ale najfajniej było gdy mój brat wyjechał z tatą do Hiszpanii: robiłem sobie mocną kawę (wiecie, że jak wsypie się do kubka 0,33l kawy do mniej więcej połowy objętości to ma się dwa wyjścia, albo nasypać tyle cukru, że kawa będzie przypominała miód, albo pić kwaśną, nie gorzką tylko kwaśną, dziwne) i grałem do 6 rano, potem kładłem się do łóżka, czekałem, aż mama pojedzie do pracy, przychodził kolega i znowu granie wytrzymałem tak dwie noce, trzeciej gram w Gran Turismo (nie lubię wyścigów, ale GT jest genialne, wszystkie ściagałki z PieCa, nawet razem wzięte nie dorastają mu do pięt, a każdego kto się z tym nie zgodzi wyzywam na pojedynek), oczy mi się zamykają i nagle budzi mnie głośne "buuuuuuuuuuuuuuuuuuuu" to palec zleciał mi z gazu i silnik zaczyna wyć, po paru nieudanych, próbach zdania testu dałem sobie spokój i o ok.3 położyłem się spać. Niestety wszystko co dobre się kończy i w połowie wakacji pojawił się komputer.

   Konsolę pożyczyłem koledze i graliśmy znowu do 15, tylko że jak wracał do domu to się nie nudził tylko grał na konsoli. Po jakimś czasie, aby mieć kasę na biurko sprzedałem konsolę (czego żałuje). Co ciekawe tego samego dnia którego otrzymałem komputer kupiłem swój pierwszy numer CDA (ten z Falloutem 2), ale czytałem je już wcześniej i wiedziałem, że jest najlepsza jeśli chodzi o PC, i prawdą jest, że czyta je wiele osób, które ni posiadają kompów i nie zamierzają ich posiadać. Piraty pojawiły się u mnie na samym początku (pożyczone), ale miałem zamiar kupować oryginały, jednak zmieniłem zdanie pod wpływem pewnego wydarzenia, które sprawiło, że piractwo uważam zasposób bycia. W nowej klasie zapewne każdy szuka kolegów o podobnych zainteresowaniach, więc gadałem trochę o grach. Pewnego dnia na przerwie oglądałem z kolegą CDA i doszliśmy do Airfixa on mówi, że mu się podoba i chyba go kupi, mi też się on podobał, więc się pytam czy jakby co to mi go pożyczy, on na to, że ok, idziemy dalej: Tony2 ta sama sytuacja co poprzednio, ale on wyskakuje czemu sobie sam nie kupie?. Zrobiło mi się głupio bo jak na PSX kupowałem grę to zawsze pożyczałem ją kumplom z bloku (dwóm), a oni robili to samo, czyli za 200zł miałem 3 gry a nie 1. Tu także wydało mi się to dziwne, ale w domu uświadomiłem sobie, że on mówił o piratach, ja grając do tej pory na oryginałach stwierdzenie "kupię sobie grę" rozumiałem jako wycieczkę do sklepu i pozbycie się 150-200zł, on nie posiadając żadnych oryginałów (nie liczę tych z CDA) to samo stwierdzenie rozumiał jako wycieczkę do kolegi rozprowadzającego piraty i zostawienie u niego 10-15zł. Od tego czasu zacząłem kupować piraty u znajomego. I tu mała wstawka: w AR pare razy czytałem, że kupując kopie finansujemy ruską mafię, możliwe ale raczej nie w moim i moich znajomych wypadku, ja w piraty zaopatrywałem się u znajomego i z tego co wiem wszyscy tak robią, bo w Nowym Sączu chyba nie ma giełdy komputerowej (piszę "chyba" bo moja znajomość miasta ogranicza się do tras dom-szkoła i dom kościół). Skoro już jestem przy piractwie w AR to napiszę jak się odnosiłem do tej akcji. Większość piratów która tam pisała stwierdzała, że: piraci to współczesne Chude Robiny, a producenci gier są be i jedyne co robią to okradają naiwniaków którzy kupują oryginały, odpowiedzi zawsze były takie same, tj. miażdżyły piszących, chociaż chyba niepotrzebnie, bo nie czytając odpowiedzi już miałem wyrobione zdanie o piszących. Co dziwne nalewałem się z nich, a więc uważałem, że robię źle, a robiłem to samo, ale wtedy o tym nie myślałem. Aż pewnego dnia dotarło do mnie, że robię to czego się obawiałem: mam dużo gier np. Herosi 3, a większości nawet nie przeszłem, tego samego dnia podjąłem trzy postanowienia: po pierwsze koniec z piratami, po drugie codziennie na nauke poświęcam pól godziny, trzeciego nie pamiętam. Jak łatwo się domyślić 2 i 3 postanowienia nie udało mi się urzeczywistnić, a pierwsze tylko w połowie bo na dysku mam nadal dwa piraty, zgadnijcie jakie, podpowiem wam, że obydwa są od Microsoftu, ktoś stwierdzi, że mogę zainstalować sobie Linuxa, ja może bym sobie z nim poradził, ale moja mama też korzysta z komputera (pasjans rula), o rodzeństwie już nie wspominam (a zresztą wspomnę brata który przepisywał do worda z encyklopedii [komputerowej oczywiście] coś o Szekspirze, dlaczego przepisywał zamiast skopiować? bo gdy klikał prawym klawiszem myszy pojawiały mu się jakieś opcje encyklopedii [menu, szukaj, następna strona-coś w tym stylu], Ctrl+A, Ctrl+C, Ctrl+V to dla niego czarna magia). To chyba tyle, art tradycyjnie (u mnie) gdzieś w połowie zatracił sens więc napiszę o co mi chodziło (jakby ktoś nie wyczytał tego z tekstu umieszczonego powyżej, albo jakby się okazało, że zapomniałem tego napisać): piractwo w Polsce jest już zasilno zakorzenione w świadomości młodzieży i co gorsze dorosłych, aby akcje typu tępienie piractwa w AR odniosło skutek na większą skalę (mimo to popieram je), F.O.T.A. rula!, szarak rządzi a PieCe nie mają duszy (ostatnio gram tylko na SNES-ie Fajnale 4-6 i Chrono Trigger RULA po wsze czasy, nie liczy się grafa a miód!!!). Koniec.

kotecek

[np. To Live Is To Die, Ballada o dwóch siostrach, Yellow Submarine, Big In Japan]

P.S. Mały dopisek do arta o "One": książka na podstawie której napisano ten utwór to "Johny got his gun" Daltona Trumbo,

P.S.2. Pewnie zastanawiacie się czemu dałem taki tytuł? No więc kiedyś przeglądałem starsze AR i był tam list, a jego fragment brzmiał mniej więcej tak (cytuje z pamięci): ...dlaczego tyle trąbicie o walce z piractwem? Przecież i tak nie zdołacie nikogo przekonać. Po co próbować?... Odpowiedź szła w tym stylu: był kiedyś taki film w którym bohater porwał się na coś niemożliwego mimo, że wszyscy mówili mu, że nie ma szans, gdy mu się nie udało i wszyscy się z niego śmiali powiedział: "Ja przynajmniej spróbowałem". O ile się orientuje ten film to właśnie "Lot nad kukułczym gniazdem", a ten list też trochę wpłynął na to, że olałem piraty, na dodatek gdy rodzice powiedzieli, że kupują kompa, a ja zapytałem po co? oglądałem właśnie ten film, i wkurzony brat który chciał komputer wyłączył mi telewizor (jest starszy o 3 lata i to wykorzystuje).

{Ja zaś z uporem maniaka przypominam, że "Lot..." to nie tylko film (fakt, wspaniały), ale przede wszystkim niesamowita książka!!! Jedna z lepszych powieści w historii - polecam ją absolutnie każdemu! - Qn`ik}