-2)        W kwestii zabijania ludzi jeszcze nie narodzonych, problemem wyjściowym powinno być określenie, od kiedy mamy do czynienia z człowiekiem. Wydaje się pewne, że podczas ciąży istnieje zarówno okres, w którym na pewno mamy do czynienia z czującym i myślącym człowiekiem, jak i czas, gdy zarodek to po prostu zarodek i nic więcej. Jeden z pierwszych listów z działu feminizm poruszał ten temat, ale Qn'ik zastopował autora, że jakoby nie w tym tkwi istota rzeczy, dodając następnym razem, że momentu "uczłowieczenia" płodu, praktycznie ustalić się nie da. Tymczasem jeśli chcemy czegoś prawnie zakazywać albo na coś prawnie zezwalać - owo "coś" musi być dokładnie określone. Inaczej znów damy tylko asumpt do narzekania na złe prawo. Tak więc prawo powinno w jakiś sposób określać termin graniczny między zarodkiem, a człowiekiem. Do jego upływu zarodek jest częścią ciała kobiety i nikt nie może czynić jej zarzutów, choćby się go pozbyła - tak jak nikt nie lamentuje nad... ściętymi przez fryzjera włosami (jeśli kogoś drażni porównanie z paznokciem). W dniu dzisiejszym z pewnością nie może to być termin poczęcia, bo tego obecnie wystarczająco dokładnie ustalić się nie da. Przyjmijmy PRZYKŁADOWO, wyłącznie na potrzeby tego tekstu, że jest to ok. 1 miesiąc po zapłodnieniu.
   Dalszym problemem jest to czy i w jakich sytuacjach pozwalać na zabijanie już człowieka, choć jeszcze nienarodzonego (tzn. dokonywanie aborcji po tym terminie)? Co do społecznej użyteczności dopuszczenia zabicia dziecka poczętego, a nienarodzonego, uważam że istnieją przypadki, w których jest to korzystne, z punktu widzenia społeczeństwa.
        Czy uznajecie prawo każdego do obrony koniecznej, choćby ta obrona wiązała się z pozbawieniem życia drugiego człowieka? Ja tak. Dlatego kobieta ma prawo bronić się przed zabójcą także w postaci jej własnego dziecka, bez względu na to, że ono temu niewinne i nieświadome zagrożenia, które stwarza. Oczywiście kobieta powinna otrzymać wszelką możliwą pomoc, jeśli zdecyduje się urodzić nawet w takiej sytuacji. Jednak prawo nie może wymagać od ludzi bohaterstwa i nakazywać takich zachowań. Kwestia ta wydaje mi się oczywista.
{obecna ustawa w pełni na to zezwala, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety}
        W przypadku poczęcia w wyniku zgwałcenia chyba najostrzej uwidacznia się konflikt pomiędzy interesem matki i dziecka. Co więcej, żaden kompromis nie jest tutaj możliwy - któremuś z nich dać musimy pierszeństwo. Któremu? Moje stanowisko skłania się ku uwzględnieniu raczej interesu kobiety. Bo wyobraźcie sobie, że w sposób okrutny, obrzydliwy i poniżający zaszczepiono wam na karku pasożyta. Żywicie go, nosicie, chronicie, nie mogąc ani na chwilę zapomnieć o krzwdzie która was spotkała. Poświęcacie swoje zdrowie, aby on mógł żyć. Nic innego bowiem nie możecie zrobić, bo przecież pasożyt też ma prawo do życia. Przykład jest groteskowy celowo - wyolbrzymienie w krzywym zwierciadle pozwala czasem widzieć lepiej. Poza tym z czysto biologicznego punktu widzenia dziecko, jak każdy owoc w przyrodzie, można uznać za swoistego pasożyta organizmu matki. Wysysa jej "soki", nic nie dając w zamian; przedłuża istnienie gatunku.
Natomiast ci, którzy tak ochoczo nakazują kobiecie w takiej stytuacji "tylko" urodzić dziecko, a potem je oddać do domu dziecka, niech zastanowią się czym jest dla kobiety ciąża. To nie tylko latanie przez 9 miesięcy z brzuszkiem większym niż zwykle i drobne niedogodnośći związane z bólem pleców pod wpływem noszonego ciężaru. Ciąża powoduje nieodwracalne zmiany hormonalne, ogólne osłabienie i wyczerpanie organizmu matki - to z niego żywi się dziecko - czasem wręcz zmiany zwyrodnieniowe. Jakże częste są powikłania podczas ciąży czy porodu nawet u zdrowych kobiet (w jednym z wrocławskich szpitali szacowane na 8 przypadków na 10), kończące się nieraz trwałymi negatywnymi skutkami. Urodzić, to nie to samo co splunąć, oj nie. Pamiętajcie o tym zwłaszcza wy młodzi mężczyźni, tak radykalnie wypowiadający się na ten temat.
Natomiast za słuszne, w tym wypadku, uznaję ograniczenie możliwości spędzenia płodu przez zakreślenie kobiecie terminu, w którym powinna się zmieścić, aby to uczynić (przy czym uważam, że może on przekraczać ów termin graniczny zarodek/człowiek, tylko jeśli to KONIECZNE - powinien być możliwie krótki). Termin ten powinien być wyznaczony tak, aby umożliwiać zmieszczenie się w nim kobiecie, która podjęła taką decyzję bez nadmiernego zwlekania.
{obecna ustawa przyjmuje tu termin 12 tygodniowy od poczęcia}
Niezwykle istotna jest tu szeroko pojęta pomoc dla zgwałconej kobiety ze strony Policji, lekarzy, psychologów i jej upowszechnienie. Tak, aby zmniejszyć strach i wstyd przed ujawnieniem przestępstwa, którego ofiarą padła; żeby, przez fachowe doradztwo, pomóc jej w podjęciu świadomej decyzji czy dziecko urodzić.
   Na koniec zapytam: czy uznalibyście za korzystne prawo nakazujące ludziom poświęcanie własnego zdrowia, że o wartościach materialnych (jak np. utrata pracy) nie wspomnę, w związku z sytuacją, w której znaleźli się bez swej woli, ani winy; więcej - w sytuacji przed wystąpieniem której państwo powinno ich chronić? {argumentu tego nie można odwrócić na korzyść dziecka poczętego, bo do chwili urodzenia nie ma ono podmiotowości prawnej}
         Wreszcie kwestia dopuszczalności aborcji w sytuacji, jak mówi nasza ustawa "dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu". Tutaj, mimo wahania, przychylam się do stanowiska, że nie ma sensu "produkować" ludzi niezdolnych do samodzielnego życia. W społeczeństwie bardziej zorientowanym na interes grupowy nie budziłoby to takiego oburzenia, z jakim spotykamy się choćby na łamach ~AM. Przeciwnicy zabijania dzieci nienarodzonych zauważają jedynie ICH prawo - prawo do życia. Indywidualizm jest tak rozpowszechniony w cywilizacji Zachodu, że wydaje się być jedynym słusznym punktem widzenia. Niekoniecznie jednak tak jest. Ja dla odmiany proponuję optykę nieco inną - spójrzmy na to np. z punktu widzenia rodziny takiego dzieciaka. Czy rodzice muszą godzić się na przyjęcie takiego krzyża; na wywrócenie ich życia do góry nogami i podporządkowanie go jednemu celowi - opiece nad wysoce niepełnosprawnym dzieckiem (nie wiem czy wyobrażacie sobie ile to kosztuje czasu i wysiłku tak osobistego, jak i materialnego). Czy jest sens obarczać ich tym do końca ich dni w sytuacji, gdy od początku wiadomo, że ten nienarodzony jeszcze człowiek, nie ma szans na funkcjonowanie w społeczeństwie. Oczywiście mogą oni podjąć to wyzwanie - wtedy pomoc im w zbożnym dziele, ale czy muszą? Może chcieliby spróbować jeszcze raz - wychować zwyczajne dziecko.
Zarzucicie mi hitlerowskie metody? Że może niby wszystkich niepełnosprawnych zabijać, niż na nich łożyć? Będzie to trochę niesprawiedliwe, bo niezgodne z moimi intencjami, ale niezupełnie bezpodstawne. Na zarzuty takowe odpowiadm poniżej (przy eutanazji), analizując, też istotne, skutki ogólnospołeczne czy wręcz ogólnoludzkie utrzymywania przy życiu takich osób.
         Natomiast aborcja z tzw. względów społecznych, u nas jest obecnie zakazana, bo przepis ją dopuszczający został uznany za niezgodny z konstytucją. I dobrze. W innym wypadku traktowana ona będzie jako "antykoncepcyjna" metoda pokoncepcyjna. Gdyby dopuścić jej przeprowadzanie po terminie granicznym zarodek/człowiek, oznaczałoby to zezwolenie na zabijanie w celu usunięcia niewygodnych skutków bezmyślności co poniektórych. Tymczasem korzystne, z punktu widzenia nas wszystkich, wydaje mi się kształtowanie, choćby przez wymuszanie (choć to nie jest sposób najlepszy), postawy odpowiedzialności za własne czyny. Życie jest zbyt ważne, abyśmy mogli godzić się na jego lekceważenie. {przy czym zdaję sobie sprawę, że i zabieg usunięcia ciąży do splunięcia nijak porzyrównać się nie da i grozi kobiecie groźnymi skutkami, z bezpłodnością włącznie; jednak jego umożliwienie sprzyja myśleniu "po fakcie", zamiast przed nim.}
Co do argumentów za zabijaniem nienarodzonych dotyczących ulżenia ich przyszłym cierpieniom, to też czasem mi się wydaje, że lepiej żeby dzieciak nie żył niż miałby być przypalany żelazkiem czy zaniedbany tak, że prusaki przegryzają mu błonę bębenkową (autentyk - raport "Polityki"). Tyle tylko, że sądzę, iż dopuszczenie aborcji ze względów społecznych takim zjawiskom nie zapobiegnie. Bo czy uważacie, że takie sytuacje zdarzają się częściej dzieciom, których matka znajdowała się w trudnych warunkach życiowych lub osobistych i chciała ciążę usunąć, ale nie mogła tego zrobić, bo prawo jej zabraniało? Ja nie.
Poza tym dopuszczenie aborcji nie jest dobrą metodą walk z takimi patologiami, ba - nie jest nią w ogóle.
   Powiedziałem "i dobrze"... ale tylko wtedy, gdy zapewnimy NORMALNY (a nie prokościelny bełkot, że cyt. "kobieta jest źródłem zamkniętym i zapieczętowanym" itd) i POWSZECHNY program edukacji seksualnej młodzieży (choć i niektórym dorosłym uświadomienie w sprawach pszczółek i motylków by się przydało), realizowany już ZANIM stanie się ona zdolna fizycznie do prokreacji. Chodzi o to żeby traktować seks jako zwyczajną sprawę w życiu każdego (bo tak przezecież jest), ale aby uświadomić jego wagę. Nie straszyć, nie zabraniać, ale wskazywać, jak istotna jest to decyzja, ile odpowiedzialności wymaga, jak ważne jest, by nie zrobić tego byle jak i z byle kim. Program taki MUSI zawierać prawdziwe i wyczerpujące informacje na temat środków SZTUCZNEJ antykoncepcji. Watykańska ruletka, w różnych jej odmianach, jest bowiem metodą trudną w stosowaniu i stosunkowo mało skuteczną. W przypadku młodych dziewczyn wręcz z założenia jest ona nieskuteczna, ze względu na ich nieuregulowaną gospodarkę hormonalną - nieprzewidywalność cyklu.
Wreszcie konieczne jest rozpowszechnianie i dotowanie środków antykoncepcyjnych (chociaż niektórych rodzajów). Tak, aby każdy wiedział o nich wystarczająco dużo i aby każdy mógł sobie na nie pozwolić. Inaczej zawsze istnieć będzie presja na dopuszczenie zabijania dzieci niechcianych (jeśli się nie zapobiega powstawniu problemów, trzeba je rozwiązywać po ich powstaniu). W pewnym sensie słuszna, bo jak wymagać odpowiedzialnego rodzicielstwa od kogoś, kto tej odpowiedzialności nie miał szansy się nauczyć? Dlatego edukacja seksualna powinna być obowiązkowa i powszechna, realizowana nie tylko w szkołach, ale i poza nimi - wszędzie tam, gdzie można dotrzeć do młodych ludzi. Sarkania religijnych rodziców puśćmy mimo uszu. W razie czego, to nie oni będą cierpieć, ale młodociani rodzice i nowy, mały człowiek.
Powrót do wstępu