Sztuka róż – w ogrodzie kwiatów mroku

 

Był, a nawet wciąż jest, zespół nazwany Moonlight. Ostre gitary, dużo klawiszy, świetny, żeński wokal. Dwie pierwsze płyty bardzo dobre. Trzecia raczej mierna, czwartej, która niedawno się ukazała, nawet nie słuchałem. Pomyślałem sobie, że z tymi obiecująco zapowiadającymi się zespołami pewnie tak już musi być. Błyszczą pomysłem, starają się go rozwinąć a potem, z braku następnego, dołują. Rozczarowało mnie to, bo mimo sentymentu do głosu I sposobu śpiewania wokalistki Moonlight, odechciało mi się ich słuchać a zaczęło mi brakować czegoś świeżego, utrzymanego jednak w podobnych klimatach. Szczególnie, że dwóch pierwszych płyt ktoś ośmielił się mi nie zwrócić a do trzeciej podchodzę raczej bardzo nieśmiało I możliwie rzadko.

 

Stała się światłość

Niedawno, bo rok temu usłyszałem coś, co po długiej posusze przywróciło moją wiarę w polski rynek muzyczny. Brzmiało zupełnie inaczej niż Moonlight, ale muzyka I wokal, które dane było mi podziwiać przykuły mnie na długi czas do jednego miejsca. Sprawiły, że bez przerwy powtarzałem w głowie słyszane utwory. Taki, mniej-więcej, był efekt pierwszego spotkania z zespołem Artrosis I ich debiutanckim albumem.

 

Ukryty Wymiar

Narodziny Artrosis miały miejsce w roku 1995, w Zielonej Górze a rodzicami są Magda “Medeah” Dobosz I Maciej Niedzielski. Ich pierwszy album ujrzał światło dzienne w roku 1997 na oddziale położniczym wytwórni Morbid Noizz. Do tej pory zastanawiam się, jak do tego doszło, że usłyszałem go dopiero trzy lata po premierze.

Już pierwszy utwór wprowadza słuchacza w niesamowity, trochę orientalny klimat. Pierwsze klawisze gra oczywiście Maciek, bez zbędnego kombinowania I przesadzonej wirtuozerii rozpoczyna utwór. Po krótkim wstępie, ciężko I dostojnie, równocześnie wkraczają gitara I perkusja. Właśnie, dwa słowa na temat tego ostatniego instrumentu. Na próżno szukać wam w składzie Artrosis etatowego pałkera. Za działanie sekcji perkusyjnej odpowiedzialny jest Maciej, który zdaje się, programowanie automatu perkusyjnego opanowane ma do perfekcji. Bynajmniej, nie jest to wadą zespołu, gdyż bębny brzmią porządnie I niejednostajnie. Słychać, że Maciek odpowiednio zadbał o urozmaicenie tej sekcji. Po wyżej wspomnianych, w utworze pojawia się głos Magdy I tym samym przejmuje główną odpowiedzialność za klimat kompozycji. W tym utworze jednak nie usłyszymy żadnego tekstu. Głos Magdy brzmi jak instrument prowadzący. Nadaje melodię I tworzy niepowtarzalną atmosferę. Brzmi na przemian agresywnie I delikatnie, chwilami nawet smutno. Pierwsza kompozycja jest jednak dopiero rozgrzewką przed prawdziwą ucztą, która czeka na słuchacza w dalszej części albumu.

Tytuł kolejnego utworu brzmi “Czarno-białe sny”. Nadmiar odwagi nakazuje mi stwierdzić, że jest to najostrzejszy utwór w historii tego zespołu. Szybki z mocną gitarą I agresywnymi klawiszami. Agresywnie, niemal piskliwie brzmi też głos Magdy. Nie drażni jednak, mimo wysokiej tonacji. Słychać, że wokalistka starała się najlepiej jak to możliwe dostosować sposób śpiewania do charakteru tekstu. Trzeba przyznać, że udało jej się to bezbłędnie. Wokal zawiera odpowiednią ekspresję I ładunek emocjonalny. Jest wściekły lecz nie drażni uszu. Wręcz przeciwnie, człowiek ma ochotę na powtórkę.

“Taniec”, w kolejności trzeci na płycie jest już spokojniejszy. Gitara I klawisze przeplatają się ze sobą, natomiast Magda śpiewa w sposób bardziej urozmaicony, starając się zmieniać ton głosu. Na zakończenie serwuje nam beztekstową I bardzo umiejętnie zaśpiewaną wokalizę, gdzie trochę “bawi” się swoimi strunami głosowymi.

Teraz coś dla fanów twórczości Tolkiena, czyli utwór o tytule “Nazgul”. Na początek spokojne klawisze prezentujące linię melodyczną utworu. Sam utwór jest dynamiczny I szybki, przy czym łatwo wpada w ucho. Świetnie zaprogramowana perkusja nadaje kompozycji odpowiedniego rytmu I rozpędu. W tym przypadku pokusiłbym się o stwierdzenie, że utwór bardzo dobrze oddaje klimat tolkienowskiej twórczości.

Apokaliptyczna “Siódma pieczęć” jest dla odmiany w pierwszej części spokojna I mroczna, później nabiera bardziej “rozpaczliwego” charakteru. Wysokie partie wokalne mogą na początku trochę drażnić. Trzeba jednak przyznać, że są dobrze dopasowane do tekstu. Atmosfera zawiesista, lecz wciągająca jak najlepsza historia grozy. W trakcie słuchania bez wysiłku pojawiają się w wyobraźni czarne anioły I wizja apokalipsy, o których śpiewa Medeah. Świetny numer.

Po nim można zatonąć w “Rzece istnień”. Płynie spokojnie z mówionym tekstem. Tym razem jednak słyszymy niski męski głos. Utwór może nie jest tak porywający jak “Czarno-białe sny”, jego spokojny charakter skłania jednak do chwili refleksji I jednocześnie jest bardzo dobrą chwilą wytchnienia przed kompozycją dedykowaną “Żywiołom spętanym”.

Kolejny utwór, który zaczyna się od ciężkich i jednocześnie melodyjnych klawiszy. Równie ciężko brzmi gitara, głos wokalistki brzmi spokojnie, jest bardziej stonowany. Dopiero w dynamicznym refrenie objawia się cała moc tego utworu. Szczególnie polecam przysłuchanie się partii wokalnej, która po prostu porywa.

“Epitafium” rozpoczyna się bardziej dynamicznie, mi osobiście jednak, bardzo kojarzy się z poprzednim utworem. W zasadzie, po “Żywiołom spętanym” jest jednym z najchętniej słuchanych przeze mnie utworów na tej płycie. Z początku ciężki, po chwili zmienia się w utwór melodyjny I, odważę się stwierdzić, wręcz delikatny. Prawdopodobnie ktoś mnie za to przeklnie, ale ponownie uważam, że największa zasługa leży po stronie wokalistki, która swój sposób śpiewania idealnie dopasowuje do charakteru tekstu I muzyki. Tutaj również polecam część zwaną refrenem a w szczególności “beztekstową”, brzmiącą trochę operetkowo, bardzo melodyjną wokalizę.

Niestety, nie ma rzeczy bezbłędnych I tak też sprawa wygląda w przypadku tej płyty. Znalazł się na niej utwór, którego osobiście nie znoszę. Jest nim “Góra przeznaczenia”. Uważnemu słuchaczowi szybko skojarzy się z “Tańcem”, przynajmniej partia wokalna. Ta wypadła tutaj miernie I mało przekonująco. Tekst zdaje się źle zaśpiewany, niezgrany z muzyką, której w sumie nie można zbyt wiele zarzucić. Pod względem instrumentalnym kompozycja bardzo ciekawa, szkoda tylko, że wokalistka tym razem się nie postarała.

Odrobinę bardziej zaawansowani wielbiciele metalu określanego mianem gotyckiego na pewno pamiętają “Szmaragdową noc”, a przynajmniej powinni, bo teledysk z tym utworem znalazł się parę lat temu na CD-ku dołączonym do magazynu Thrash’em all (tak, chyba właśnie do niego). Niech mi się ziemia pod nogami rozstąpi, jeśli nie jest to najlepszy numer na tej płycie. Długi wstęp urozmaicany jest na przemian klawiszami Maćka Niedzielskiego I partiami smyczkowymi, zagranymi przez gościnnie występującą Magdalenę Stelmaszyk. Trzeba przyznać, że musi znać się na swoim fachu, bo jej partie zaaranżowane są rewelacyjnie. Utwór nie brzmi tak ciężko jak poprzednie. Rzekłbym nawet, że dzięki smyczkom nabrał pewnej lekkości a przy tym brzmi bardziej smutno. Według mnie, najlepsza partia wokalna na tej płycie. Po prostu rewelacja.

Teksty

Większość napisana przez człowieka nazywającego siebie Vincent the Crow. Dwie sztuki (“Czarno-białe sny” I “Taniec”), to dzieła Magdy Dobosz, natomiast “Żywiołom spętanym” napisał niejaki J. K. Weintraub. Mimo tego, że V. the Crow postarał się całkiem nieźle, wolę jednak teksty Magdy. Niektóre z tekstów Vincenta sprawiają wrażenie pisanych trochę na siłę. Tak, jakby nie zawsze słowa chciały mu się układać zgodnie z jego wymaganiami. Nie dotyczy to jednak wszystkich tekstów. Świetnie czyta się I brzmi “Epitafium” oraz “Szmaragdowa noc”. Gorzej wypada “Nazgul”, którego, mimo niewątpliwych starań autora, od strony słowa pisanego nie da się nadmiernie lubić. To wszystko jednak jest kwestią gustu. Kto posłucha/poczyta, ten sam oceni.

Ogółem

Mimo tego, że jest to płyta debiutancka, słychać, że muzyka Artrosis ma w sobie to specyficzne “coś”. Z jednej strony jest łatwa w odbiorze, szybko wpada w ucho, utwory są melodyjne I klimatyczne. Nie brakuje w niej jednak mroku, tak bardzo charakterystycznego dla rocka/metalu gotyckiego I ciężkich, chwilami wręcz przytłaczających riffów gitarowych. Gdybym usłyszał tą płytę cztery lata temu, powiedziałbym, że ten zespół, jeśli się postara, może mieć przed sobą wielką przyszłość. Jeśli kogoś interesuje, co powiedziałbym na ten temat w chwili obecnej, niech czyta dalej. Chociaż, wydaje mi się, że o wiele lepszym wyjściem jest po prostu zaopatrzenie się w płyty tego zespołu.

 

Historii ciąg dalszy

Gorące przyjęcie na Castle Party, największej polskiej imprezie muzyki niezależnej w roku 1996. Niemal doskonały debiutancki album w roku 1997. To dopiero początek możliwości Artrosis. Ze spokojnym sumieniem można powiedzieć, że to zaledwie rozgrzewka. Niedługo, bo zaledwie rok trzeba było czekać na kolejne wydawnictwo spod szyldu Sztuki Róż. Wydawcą ponownie był Morbid Noizz. Ten album jednak diametralnie różni się od swojego poprzednika, nie tylko brzmieniem, ale też samą muzyką, klimatem, tekstami… W stosunku do debiutu, wielki krok do przodu.

 

W imię nocy

Odmienność tej płyty sprawia, że opisanie jej jest co najmniej trudne. Mimo tego, że już sam początek pierwszego utworu, który nosi tytuł –jak na ironię- “Ukryty wymiar”, jest bardzo charakterystyczny dla Artrosis. W czym, w takim razie, tkwi problem?

Na pierwszej płycie mieliśmy do czynienia z oddzielnymi kompozycjami, które, mimo tego, że typowe dla danego wykonawcy, różniły się od siebie atmosferą, klimatem. Emocje w trakcie słuchania były zróżnicowane, jeden utwór wprawiał w silne ożywienie, pobudzał, inny znów skłaniał do refleksji. “W imię nocy” mimo tego, że nie jest koncept-albumem, sprawia takie wrażenie. Jest spójny zarówno pod względem muzyki, jak I warstwy tekstowej. Dzięki instrumentalnym patentom, jeden utwór gładko I niemal niezauważalnie przechodzi w drugi. Nie znaczy to jednak, że całość brzmi jednostajnie. Każdy dźwięk na tej płycie jest zaskoczeniem I dowodem na to, że można nagrać doskonały materiał unikając autoplagiatu. Kompozycje brzmią świeżo I nowatorsko. Gitara jest wręcz potężna. Klawisze, mimo tego, że czasami przemykają gdzieś na granicy słyszalności, są wszechobecne I wciągające. Ponownie słychać, że Maciek Niedzielski jest zawodowcem. Jego patenty są urozmaicone, o wiele bardziej rozbudowane niż na pierwszej płycie. Można pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie one są głównym budulcem atmosfery na tej płycie. Gitara natomiast dodaje całości odpowiedniej mocy. Niepodważalne wrażenie spójności, zróżnicowanie kompozycji I klimat, który znów sprawia wrażenie, że są ze sobą powiązane. Wydawałoby się to niemożliwe, a jednak to prawda. Płyta jest dużo spokojniejsza od poprzedniczki, nie brakuje jednak na niej utworów dynamicznych, mocnych. Muzyczne pomosty łączące poszczególne utwory sprawiają, że tej płyty nie da się słuchać “na wyrywki”. Tym samym też, niemożliwe jest wyrwanie I opisanie poszczególnych utworów tak, jak to zrobiłem w przypadku jej poprzedniczki. Jak już wspomniałem, kompozycje są bardzo zróżnicowane. Na tej płycie dochodzi jednak do czegoś, co ja z czystym sumieniem nazwę doskonałym absurdem. Nie będąc koncept-albumem, właśnie jako taki zapada w pamięć, jako jedna, nierozerwalna całość. W czym tkwi tajemnica? Ta muzyka żyje własnym życiem, można powiedzieć, że ma duszę. Łączy w sobie piękno, smutek, mrok, energię a nawet złość (utwór “Crazy”, czy też “Do zła”) I lęk. Jest to coś, czego nie da się opisać w kilku prostych słowach. Na pewno nie jest to muzyka, której można słuchać przy sprzątaniu. Wymaga uwagi, zresztą sama, bez większego wysiłku ją zdobywa. Rewanżuje się za nią w sposób bardzo wdzięczny, pobudzając wyobraźnię I -na pewno nie ma w tym przesady- budząc w słuchaczu emocje I odczucia o wiele większe I głębsze, niż można by było się spodziewać po muzyce, jak by nie patrzył, heavy metalowej. Mimo swojego tytułu, jest prawdziwym Ukrytym Wymiarem. Wymiarem, w którym żyje Noc.

Słów kilka o słowach

Nie byłbym sobą, gdybym nie poświęcił oddzielnego akapitu tekstom. Istnieją dwa powody, dla których warto to zrobić. Pierwszy, to fakt, że wszystkie napisała Medeah. Drugi, to sposób w jaki zostały napisane I ich charakter. Ten, trzeba przyznać, jest mocno emocjonalny, co w tego typu muzyce (mam na myśli ogólne pojęcie “metalu”) jest raczej rzadko spotykane. Nie chodzi mi o zwykłe pisanie I miłości, złości czy nienawiści. Teksty napisane przez Magdę zawierają w sobie coś, co bardzo ładnie nazywa się głębią emocjonalną, sprawiają też wrażenie bardzo osobistych. Mimo tego, że nie mówią niczego wprost, są bardzo zrozumiałe I łatwe w odbiorze. Zarówno smutek, jak I piękno, które można odnaleźć na “W imię nocy” są w dużej mierze zasługą tekstów napisanych przez Magdę Dobosz.

 

Pośród kwiatów I cieni

Album ten jest owocem zmian, które zaszły nie tylko wokół, ale też I w samym zespole, w roku 1999. Jest to rok przełomowy dla Artrosis. Najważniejszą zmianą było zerwanie z Morbid Noizz I podpisanie nowego kontraktu z Metal Mind Productions. Zaowocowało to też zmianą studia nagraniowego I realizatora. Nowa produkcja została nagrana w wrocławskim Fonoplastykonie przy udziale Marcina Borsa. Kolejnym przełomem w karierze zespołu był występ na Metalmanii, największej dotychczas imprezie metalowej w Polsce. Na tym jednak nie koniec, gdyż zmianie uległ również skład zespołu. Pojawił się nowy człowiek, Rafał Grunt, który zastąpił dotychczasowego gitarzystę. Wszystkie te zmiany sprawiły, że trzecia płyta brzmi zupełnie inaczej niż jej poprzedniczki. Można powiedzieć, że album ten prezentuje nie tylko nową twarz, ale też nową jakość muzyki tworzonej przez Artrosis. Przede wszystkim, od razu zauważalna jest znaczna poprawa brzmienia, za które odpowiadał nowy realizator.

Mimo tego, że obydwaj gitarzyści, poprzedni I obecny, prezentują podobny sposób grania, patenty Rafała Grunta sprawiają wrażenie lepiej dopracowanych I urozmaiconych. Już pierwsze dźwięki otwierającego album utworu “Nieprawdziwa historia cz.1” każą spodziewać się materiału zupełnie innego, niż ten prezentowany na poprzednich dwóch płytach. Przede wszystkim, jest to chyba najszybsza płyta w historii Artrosis. Większość utworów, to kompozycje dynamiczne, których główną siłą napędową są gitarowe riffy. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, klawisze grają tu drugoplanową rolę, są tylko działającym w tle uzupełnieniem. Po raz pierwszy też daje się wyczuć “sztuczność” perkusji. Bynajmniej jednak nie jest to wadą, gdyż jej brzmienie bardzo dobrze komponuje się z pozostałymi instrumentami. Ponownie zastosowano pomysł z łączeniem utworów. Tym razem jednak, granice pomiędzy poszczególnymi numerami nie są tak bardzo zatarte. Wyraźnie słychać w którym miejscu kończy się jeden I zaczyna następny utwór. Jedynie w przypadku “Nieprawdziwej historii cz.2” można mieć złudzenie, że pierwszy numer jeszcze się nie skończył. Druga część jednak, w przeciwieństwie do pierwszej, szybkiej I dynamicznej, jest kompozycją spokojniejszą, gdzie w kilku miejscach wokal nabiera wręcz operetkowego charakteru. “Biała karta”, trzecia na płycie zaczyna się spokojną partią klawiszową. Gitara ogranicza się do prostych, delikatnych solówek, rytmicznym riffem uderza dopiero w refrenie, gdzie zastosowano też świetny patent z nałożeniem na siebie partii wokalnych, zaśpiewanych w różnych tonacjach. Daje to niesamowity efekt rozszczepienia, jakby wokalistka śpiewała “podwójnym głosem”. Czwarty numer jest krótką, zaledwie dwuminutową kompozycją instrumentalną, będącą wstępem do utworu “A ja”. W jego przypadku ośmielam się stwierdzić, że jest naprawdę wyjątkowy. Spokojny, z dynamicznymi, gitarowymi wstawkami. Przede wszystkim jednak, pięknie zaśpiewany. Prosty tekst jest uzupełniony niesamowitym brzmieniem głosu wokalistki, która świetnie radzi sobie z wysokimi tonacjami. Dodaje to tej kompozycji dodatkowego smaczku. Mimo tego, że w czasie trwania niewiele się zmienia, utwór nie nuży. Wręcz przeciwnie, sposób, w jaki został zaśpiewany sprawia, że przychodzi ochota na powtórkę. Dodatkowym smaczkiem jest gdzieś tam w tle przemykający bas. “Morfeusz” jest utworem, który mocno się wyróżnia. Na początku można nawet stwierdzić, że mocno odstaje od całości materiału i do niej nie pasuje. Jest najszybszym I, można powiedzieć, najostrzejszym kawałkiem na tej płycie. Chyba też jedynym, w którym najwięcej do powiedzenia mają klawisze. Niezbyt dobrze wygląda od strony wokalnej. Jest to jedyna kompozycja w karierze Artrosis, w której wokal może naprawdę drażnić a szkoda, bo instrumentalnie jest naprawdę ciekawy. Jego zakończenie gładko przechodzi w początek utworu tytułowego, do którego został też nakręcony teledysk. Jak większość materiału na tej płycie, jest na zmianę spokojny I dynamiczny. Jest też jednym z ciekawszych numerów na tej płycie. Po nim dość nagle rozpoczyna się “Kolejny rozdział”, który brzmi jak kontynuacja tytułowego “Pośród kwiatów I cieni”. Szybki I również dobrze zaśpiewany, jest też dość urozmaicony. Na koniec niezauważalnie przechodzi w drugą na tej płycie kompozycję instrumentalną. Jest dłuższa, bardziej urozmaicona I ciekawsza od swojej poprzedniczki. Można też powiedzieć, że ma swój własny charakter, jest oddzielnym utworem, którego już nie można potraktować jak wstępu. Bardzo ciekawie I przyjemnie brzmi gitara a melodia przez nią grana może się kojarzyć z niektórymi patentami, które można usłyszeć na płytach Dream Theater. W tym utworze Rafał świetnie sprawdza się też jako gitarzysta solowy. Grana przez niego solówka nie jest zabójczym wyścigiem palców po gryfie, jest jednak bardzo dobrze, umiejętnie zagrana z jednoczesnym zachowaniem melodii. Następny, to od samego początku szybki I dynamiczny, “Dwie drogi”. Po “Morfeuszu” jest chyba najbardziej wyróżniającym się utworem na tej płycie. W przeciwieństwie do niego jednak wokal, mimo delikatnej nutki agresji, nie drażni. Trzeba przyznać, że brzmi, jakby ukazywał inną twarz wokalistki. Tutaj też zastosowano patent z “podwójnym głosem”. W tym utworze brzmi to równie ciekawie, ale jednak inaczej. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że trochę demonicznie. Ostatnim utworem jest “My”, który ponownie urzeka partią wokalną. Nie połączony z poprzednim zaczyna się spokojnie I dość ciężko. Później przyspiesza, przywodząc na myśl “Do zła”, który jest ostatnim numerem na poprzedniej płycie Artrosis. Mimo tego, że obydwa kawałki kończą się w podobny sposób, nie mają ze sobą nic wspólnego.

Ciekawostki I dodatki

Jedną z takich ciekawostek na tej płycie jest to, że pozornie połączone ze sobą kompozycje zachowują swoje odmienne charaktery, więc wrażenie spójności nie jest aż tak silne. Jest kilka charakterystycznych miejsc, w których ta ciągłość się urywa. Trzy pierwsze utwory utrzymują podobny klimat, ale dwa kolejne brzmią już zupełnie inaczej, budząc w słuchaczu inne emocje. Nie ma więc wątpliwości co do tego, że są to odrębne kompozycje, z których każda ma swój własny nastrój. Całość jest bardzo dynamiczna. Pod względem brzmienia jest to najlżejszy album w karierze Artrosis. Natomiast, po raz drugi wykorzystany pomysł łączenia utworów z jednoczesnym zachowaniem odmiennych charakterów każdego z nich, umiejscawia tą płytę gdzieś pomiędzy pierwszym I drugim albumem. Nie ma jednak wątpliwości, że w karierze tego zespołu jest to kolejny, nowy krok, który udowadnia, że potrafią nagrać świeżo I dobrze brzmiący materiał bez powielania swoich pomysłów.

Bardzo miłą niespodzianką jest wydanie wersji digi-pack. Poza dwoma, bonusowymi utworami, otrzymujemy też prezentację multimedialną z dyskografią, historią zespołu I wywiadem z Magdą. Na płycie został też umieszczony teledysk do nakręcony do tytułowego utworu oraz spora ilość zdjęć. W połączeniu z jedenastoma utworami jest to naprawdę dużo więcej, niż można by było się spodziewać za cenę, którą trzeba za ten krążek zapłacić.

 

Do czterech razy sztuka?

Trzy świetne albumy, trzy niespodzianki. Zjawisko niepokojące o tyle, że nie wiadomo jak długo dany zespół zdoła utrzymać wysoką formę, zaskakując za każdym razem nowymi pomysłami I nie tracąc przy tym swojego charakteru. Do niedawna istniały trzy twarze Artrosis. Powstało pytanie: Jaka będzie czwarta? Szczególnie, że nowy album zbliżał się coraz większymi krokami. Niedługo przed premierą, na oficjalnej stronie zespołu pojawiła się okładka z datą premiery I zapowiedzią czwartej płyty, która miała wytyczyć nową, nieznaną dotychczas w karierze Artrosis ścieżkę. Odpowiedź na wszelkie pytania I wątpliwości nadeszła 24 kwietnia, roku 2001.

 

Fetish

Widząc w internecie okładkę tej płyty, zastanawiałem się jaki ona może mieć związek z samym tytułem. Widok kobiety, która po części składa się z podzespołów elektronicznych jest dość osobliwy I rzadko kiedy kojarzy się z czymś więcej niż sztuka abstrakcyjna. Taki widok z pewnością może skłonić do refleksji, jednak nie zawsze musi to być reakcja natychmiastowa. Związek, którego z początku nie potrafiłem się dopatrzeć, okazał się bardzo widoczny już w trakcie słuchania pierwszego, tytułowego, utworu. W przypadku tej płyty pojęcie fetyszu zostało rozszerzone o przywiązanie, wręcz uzależnienie od rzeczy martwych, elektroniki. Przytaczając słowa wokalistki, niektórym z tych przedmiotów ludzie przypisują właściwości nadprzyrodzone czy też magiczne.

Ostatnie określenie chyba najlepiej pasuje do muzyki zawartej na najnowszej płycie Artrosis. Materiał ten brzmi całkowicie inaczej niż dotychczasowe ich kompozycje. Jedyne, co nie uległo zmianie, to klimat. W tym przypadku można powiedzieć, że muzykom udało się stworzyć naprawdę zawiesistą atmosferę, która utrzymuje się przez czas trwania całej płyty. Wszystko to dzięki naciskowi, który został położony na instrumentach klawiszowych. “Fetish” jest albumem, na którym Maciek Niedzielski prezentuje naprawdę wielki potencjał tkwiący w tym sprzęcie. Pokazuje prawdziwe bogactwo dźwięków, jakie można z niego wydobyć. W tym momencie wypadałoby, żebym skupił się przede wszystkim na tym niewątpliwie świetnym muzyku i kompozytorze. Nie da się ukryć, że jego aranżacje mają w sobie coś niepokojącego. Mimo prostoty melodii stworzył kompozycje bez reszty przyciągające uwagę słuchacza. Można powiedzieć, że jest to prawdziwa magia dźwięków. Ośmielił bym się nawet powiedzieć, że w dużej części jest to właśnie jego płyta. Rafał Grunt, którego możliwości mogliśmy poznać już przy okazji słuchania “Pośród kwiatów i cieni” postanowił ograniczyć rolę gitary na najnowszej płycie. Tym razem pełni ona rolę uzupełniającą. Wyciszona, trochę bardziej przesterowana groźnie tylko pomrukuje dopełniając całości. Zamiast atakować dynamicznymi, rytmicznymi riffami gra spokojne, melodyjne solówki. Mimo to, instrument ten jest obecny na tej płycie, co w niektórych momentach jest wyraźnie słyszalne. Z pewnością jest to dowód na to, że nawet kilka prostych riffów potrafi bezbłędnie wpłynąć na klimat muzyki. Równie wielkie zmiany dokonały się również w sposobie śpiewania wokalistki. Medeah eksperymentuje nie tylko z brzmieniem głosu, ale też motoryką. Co najważniejsze, eksperymenty te są bardzo udane. Można odnieść wrażenie, że każdy z utworów został potraktowany indywidualnie. Słychać, że każdy tekst został zaśpiewany z sercem. Odpowiednio dopasowany sposób śpiewania dodatkowo wpływa na odbiór treści słów, co w powiązaniu z niesamowitą muzyką brzmi wręcz potężnie. Zapewne nie będzie to już pierwszy raz, ale muszę użyć słowa “ponownie”. Ponownie odwołano się do pomysłu łączenia utworów różnymi patentami muzycznymi. Mimo zawierających różne treści tekstów, brzmią one jak nierozerwalna całość. Tak też odbiera się całą płytę “Fetish”. Mimo tego, że kilka utworów bardzo wyraźnie odznacza się na tle całości, niemal niemożliwością jest przesłuchania jednego bez przesłuchania całości.

“Fetish” jest płytą bardzo specyficzną. Sposób w jaki zostały zbudowane kompozycje bezapelacyjnie dyskwalifikuje ją, jako płytę metalową. Brzmienie i klimat sprawiają jednak, że jest to płyta ciężka, której wyrzucenie z tej szufladki było by nieporozumieniem.

Kilka słów na zakończenie

Jestem pewien, że w tym tekście nie udało mi się w oddać w pełni uroku muzyki Artrosis. Ciężko jednak opisać coś, co jest w stanie pochłonąć człowieka nie tylko formą, ale też i treścią. Słuchając ich płyt można mieć różne skojarzenia. Możliwe, że wspomniałem o tym już raz, zrobię to jednak ponownie. Ta muzyka po prostu pobudza wyobraźnię. Odbierana przez jeden z najważniejszych ludzkich zmysłów trafia wprost do serca i tam już zostaje. Muzykom tego zespołu zarzuca się gwiazdorstwo. Z pewnością nie jest to cecha, którą odbiorcy chętnie obserwują u artystów. W wielu przypadkach jest to jednak zrozumiałe. Również w tym. Porównując pierwszą płytę z ostatnią, wyraźnie słychać jak bardzo rozwinął się ich warsztat muzyczny. To już nie jest metoda prób i błędów, którą można zaobserwować u wielu muzyków. Nie jest to też skupianie się na raz już sprawdzonym, jednym pomyśle bez odkrywania nowych możliwości – zwane inaczej autoplagiatem. W tym przypadku mamy już do czynienia z pełnym profesjonalizmem. Wciąż jednak byłby on bez znaczenia, gdyby ta muzyka nie była tworzona z sercem i pasją.

 

Eddie

eddi@GO2.pl