Command & Conquer

Gra Command & Conquer powstała w pamiętnym 1995 roku i jako następca Dune 2, pierwszej produkcji w pełni opartej na zasadach do dziś panujących w RTSach, miała przynieść nową jakość w dziedzinie komputerowej rozrywki. Od momentu wydania WarCrafta i Command & Conquer światek graczy dzieli na dwa obozy: wielbicieli fantasy, a co za tym idzie - WarCrafta i sympatyków Dowodzenia & Podbijania. Są jednak osoby, które po równo lubią obie serie i chwała im za to! Obie gry są wręcz genialne pod każdym względem i mimo upływu czasu, ludzie wciąż grają sobie w nie od czasu do czasu.
Generał Sheppard we własnej osobie. Bliżej nieokreślona przyszłość. Na Ziemię spadają meteory z tajemniczą substancją o nazwie tiberium. Powoduje ona wielkie zniszczenia w środowisku, dosłownie wysysając z ziemi sole mineralne i składniki organiczne, niszcząc roślinność i mutując zwierzęta. Jednak powstałe w ten sposób hm... "kwiaty" były bardzo cenne i ponadto łatwe do zbierania, więc nie przejmowano się tym zbytnio. O wiele więcej uwagi poświęcano trwającym właśnie konflikcie pomiędzy GDI, obrońcami starego porządku, a fanatycznymi członkami bractwa NOD. NOD, korzystając z usług terrorystów i wykorzystując media do własnych celów, sprawiła, że cała Europa i północna Afryka pogrążyły się w wojnie. I to od Ciebie zależy, którą stronę wybierzesz i poprowadzisz do zwycięstwa. Czy powstrzymasz charyzmatycznego, ale szalonego przywódcę NOD, Kane'a, czy też weźmiesz udział w jego krucjacie przeciwko uciskowi biednych i sprawisz, że na świecie zapanuje pokój (bractwo, jedność, pokój - jak mówi Kane - jak jest naprawdę, zobaczcie sami)?
Jest to jeden z pierwszych RTSów, więc nie należy się spodziewać jakiś rewelacyjnych rozwiązań. Ot, zbieramy wyżej wspomniane tiberium i za zarobione środki budujemy budynki lub jednostki. A jednak, gra zdobyła na całym świecie miliony zwolenników. Wprowadzała bowiem dynamizm, no i przede wszystkim multiplayer, których po prostu brakowało w Dune 2. Każda minuta jest na wagę złota. Wystarczy chwila nieuwagi, aby przeciwnik wjechał ci do bazy jednym APC z inżynierami, którzy zajmą całą bazę. A wtedy leżysz i kwiczysz.
Jeśli chodzi o sposób walki, to do dyspozycji mamy kilka typów jednostek naziemnych i dwa typy jednostek latających. Sterowania jednostkami nawodnymi w grze nie uwzględniono - można tylko patrzeć, jak komputer wysyła je na pewną śmierć w jednej z misji GDI, a szkoda, bo wzbogaciłoby to i tak ubogi arsenał. Właściwie wszystko sprowadza się do wpakowania na chama do bazy wroga APC wypchanego inżynierami wraz z eskortą składającą się z czołgów (ew. wcześniejsze bombardowania Orcami). Od czasu do czasu będzie można wezwać nalot dywanowy lub strzał z działa jonowego na orbicie.
Grafika na owe czasy była niezła, a filmiki (które zajmują zdecydowaną większość płytek) musiały kiedyś zapierać dech w piersiach (warto wspomnieć, że od tego momentu w każdym RTSie Westwooda występują żywi aktorzy). Ale 640x400 to nie to, co tygryski lubią najbardziej. Na szczęście wszystko jest dość szczegółowe: widać rakiety i wybuchy, obracające się wieżyczki czołgów i kamienie, z których zbudowany jest most.
Ale muzyka jest kapitalna! Do dziś wiele najnowszych tytułów może pozazdrościć takiej dynamicznej i wpadającej w ucho muzyki. Muszę wam powiedzieć, że wszystkie następne gry Westwooda z tej serii miały o klasę gorszą udźwiękowienie (co nie znaczy, że złe).
Do efektów dźwiękowych nie można się przyczepić. Odgłosy dział, wybuchające czołgi oraz krzyki ginących na polu walki żołnierzy - taki dzisiejszy standard.
Kupić tej gry dzisiaj się nie opłaca, chyba, że chcielibyście posłuchać muzyki, bowiem gra jest wyjątkowo krótka (15 misji dla GDI i 13 dla NOD) i szybko ją skończycie. Lepiej już pograć w chociażby Red Alert 2. Ale jeśli ktoś z kumpli akurat ma, to mówię wam - nie zaszkodzi zobaczyć.

© Cichq <cichq@wp.pl>

P.S. Na koniec jeden link.