Poniedziałek. Kolejny poniedziałek. Kolejny dzień w szkole. Kolejne lekcje, pytania, "nauka".

Wstaje rano i zadaje sobie pytanie: "Na kiego grzyba mi to wszystko?" , "Po co ja tam chodzę?".

Myju, myju, śniadanko, "pa pa" i do szkoły. Odwalam 6 godzin i do domu. "Cześć, cześć", "Jak było w szkole?", "SUPER, w życiu się tak nie bawiłem", obiadek, nauka, kolacja, lulu. Kolejny dzień się skończył. Codziennie to samo. Monotonne życie płynie sobie wolno. 

Wtorek. Kolejny wtorek. Kolejny dzień w szkole. Kolejne lekcje, pytania, "nauka".

Dziś będzie zmiana, mam 7 godzin.

Każdy dzień podobny do poprzedniego. Te same twarze kolegów, nauczycieli(niektórzy tak tępi, że aż głowa boli). 

Mam już dosyć, a przecież to dopiero październik. Dopiero drugi miesiąc zdobywam wiedzę.

Już 4 lata chodzę do liceum, w tym roku czeka mnie matura (NOWA). Jak sobie pomyślę to aż mnie skręca. Nic to jednak. Uczę się pilnie przez całe ranki... polskiego ze swej czytanki.

Zdobywam wiedzę, bym potem mógł przelać ją na papier na maturze.

Dostanę się na studia (Mam nadzieję), a to oznacza kolejne 5 lat. Jak wszystko pójdzie gładko to będzie już 17 lat nauki. Nie narzekam jednak (wcale). Zbieram się codziennie do kupy i maszeruję grzecznie do szkoły. 

Wyrabiam 100% normy, kurczak nawet nie choruję (powód do zmartwień?).

Środa. Kolejna środa. Kolejny dzień w szkole. Kolejne lekcje, pytania, "nauka".

Znowu zmiany - 6 lekcji. 

Jedyną radością dzisiejszego dnia jest (Boże co ja piszę) lekcja historii. Jak sobie wyobrażę jakąś bitwę to od razu mi lepiej. Na fizyce też źle nie jest, lubię nawet ten przedmiot(może to dlatego, że muszę pisać z niego maturę?). Popołudnie zapowiada się ciekawie - jutro klasówka z biologii. 

Czwartek. Kolejny czwartek. Kolejny dzień w szkole. Kolejne lekcje, pytania, "nauka".

Cóż za radość me serce wypełnia. Tak to biologia. 1.5 godziny pisania o układzie nerwowym, mięśniowym i szkieletowym. Może źle zrobiłem wybierając klasę o profilu bio-chem. Cóż pomyłki się zdarzają, najlepszym przykładem jest moja polonistka. Swoją drogą Bóg stworzył świat w 7 dni, nauczycieli (moich na pewno) stworzył on jednak 8 dnia. 

Piątek. Kolejny piątek. Kolejny dzień w szkole. Kolejne lekcje, pytania, "nauka".

"Tak pani profesor. Oczywiście, że umiem. Tak z wielką chęcią odpowiem na pani pytania.

Przecież odpowiedź była poprawna? Co to znaczy, że niekompletna, mówię to co pani mówiła nam we wtorek. Tak rozumiem, przepraszam i dziękuję. Postaram się poprawić" 

Weekend. Fajnie że już weekend, najbardziej cieszę się z klasówki z chemi w poniedziałek.

Poniedziałek. Kolejny...

Co ja tu robię? Ludzie zatrzymajcie ten pociąg!! Ja wysiadam!

Miś Eryk