TO NIE PRAWO JEST DO DUPY, A LUDZIE.


"Summum ius, Summa iniuria" - najwyższe prawo, najwyższa niesprawiedliwość. Jak to możliwe? Łatwiej to pojąć, gdy ma się świadomość, że litera prawa to tylko forma, którą wypełnia się treścią, stosując prawo. Wtedy dopiero nabiera ono realnego znaczenia. Dlatego w anglosaskich systemach prawnych podstawowe znaczenie ma tzw. law in action. Tworzone jest ono w dużej mierze przez sądy. Te owszem opierają się na prawie pisanym (tam gdzie ono istnieje), ale też uzupełniają je, orzekając "ex aequo et bono" - według zasad dobra i słuszności. Dzięki temu właśnie można tam wciąż odwoływać się do aktów prawnych sprzed wieków nawet, wypełniając je, w procesie stosowania prawa, ciągle nowymi, dopasowanymi do współczesnych warunków treściami.
Do tego są jednak potrzebni odpowiedni ludzie. Tacy, którzy potrafią odpowiednio przełożyć zasady dobra i słuszności na normy postępowania obowiązujące członków społeczeństwa, tak by nie budziły one ich sprzeciwu, a szacunek. Ale trzeba także odpowiedniego społeczeństwa, którego członkowie będą traktować obowiązujące ich normy jako swoje; jako dobrowolne ograniczenie swojej swobody dla wspólnej (w tym również przecież i własnej) wolności. Bo anarchia z pozoru tylko daje wolność, w rzeczywistości jest niewolą.
Oczywiście w Polsce polegamy głównie na prawie stanowionym - pisanym, stąd dużo większe znaczenie ma u nas "co i jak" jest napisane, a sądy nie mają takiej swobody. Niemniej jednak i do nas - społeczeństwa polskiego i do naszych organów stosujących prawo można odnieść powyższe uwagi. 
Ten przydługi wstęp dedykuję krytykom naszego prawa. Zdradzają oni bowiem objawy charakterystyczne dla pewnego zjawiska zaobserwowanego w Afryce, a nazwanego fetyszyzmem konstytucyjnym. Mianowicie władze niektórych nowo niepodległych afrykańskich państw, postanowiły wzorować się na ustrojach krajów europejskich, co zapewnić miało sprawne funkcjonowanie ich krajów. Do pisania konstytucji zapraszano wybitnych europejskich konstytucjonalistów, a akty prawne wychodzące spod ich piór były przedniej jakości. Gdy nie przynosiło to oczekiwanych skutków, zmieniano je i poprawiano, ale bez oczekiwanych efektów praktycznych. I jak widać pozostało tak po dziś dzień, a Afryka z pewnością nie jest oazą praworządności i dobrobytu. Plemiennej mentalności (proszę nie posądzać mnie o rasizm - to jest skrót myślowy) nie da się wykorzenić z dnia na dzień, ani nawet przez jedno pokolenie.
Tak i w naszym państwie.
W Polsce nie jest na szczęście aż tak źle (choć czasami wydaje mi się, że dryfujemy gdzieś w stronę Ameryki Łacińskiej raczej niż Europy Zach). Co dzień przecież, stykamy się z prawem, a nasze państwo funkcjonuje stosunkowo sprawnie, gdy postawić je na tle nie nawet Afryki, ale naszych sąsiadów - Białorusi czy Ukrainy. Krytycy prawa polskiego, twierdzący, że jest ono do dupy, skupiają się jedynie (o czym pisał już wcześniej Todbringer) na prawie karnym, całej reszty jakby nie zauważając. Czyżbyście więc, drodzy adwersarze, nie korzystali z prądu, gazu, ciepłej wody, bibliotek, barów, komunikacji miejskiej, przejść dla pieszych; nie wysyłali listów, nie chodzili do szkoły, do pracy, nie wyjeżdżali zagranicę itd. z tego powodu, że wszystko to nie funkcjonuje, bo jest regulowane prawem, które jest całkowicie do dupy?
Ja korzystam. Nie wszystko działa tak jak bym chciał. Ale czy to jest wina prawa, że bibliotekarka wymusza na nas darowiznę na rzecz biblioteki? Prawo jej na to nie pozwala, ale zmusza do tego biedna rzeczywistość. Przecież nawet jak uchwalicie (gdybyście byli prawodawcą) prawo zapewniające bibliotekom piękne pomieszczenia i stosy nowych książek każdego miesiąca, to od tego pieniędzy do podziału między wszystkich potrzebujących, nie przybędzie. To jest właśnie fetyszyzm prawny - uchwalmy nowe prawo i czekajmy na nieuchronną mannę z nieba, którą zapewni nam jego doskonałość!
To samo odnosi się do prawa karnego. Todbringer ma rację, pisząc, że to nieuchronność kary, nie jej wysokość, mają decydujące znaczenie dla odstraszenia od popełnienia przestępstwa. Liczy się przede wszystkim skuteczność i szybkość tzw. organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości (a więc praktyka a nie tylko papierowe konstrukcje aktów prawnych). 
Bo wyobraźcie sobie, idziecie na "giełdę używanego sprzętu komputerowego" w wiadomym celu, oglądacie te stosy karteluszek zachęcających do paserstwa czyli nabycia kradzionego softu, ale macie świadomość, że na 99% w chwilę po zakupie podejdzie do was pan w niebieskim wdzianku, płytkę zabierze, połamie i do kosza wyrzuci. I co? Straszna kara? Żadnych sądów, grzywien, konfiskat sprzętu, więzień itp. nieprzyjemności. A ile razy jeszcze zaryzykujecie i kupicie coś u pirata?
{tu wykluła mi się gigantyczna dygresja dotycząca prawa karnego. Zaburzyłaby ona kompletnie ciągłość tekstu, podzieliłem ją więc na dwa kolejne, które pt.: "Karać? Nie karać? Jak karać?" oraz "Dlaczego prawo chroni przestępców?" można znaleźć gdzies w tym ~AM. Zapraszam.}
...Ale na razie nic z tego. Abyśmy mogli cieszyc się z dobrego prawa potrzeba odpowiednich ludzi. Takich, dzięki którym administracja publiczna, Policja, wymiar sprawiedliwości - organy stosujące prawo i kontrolujące jego stosowanie, działałyby sprawnie i skutecznie. A tymczasem - niekompetencja, nepotyzm, symonia i korupcja ( tylko czekać na Lutra ;), choć jakoś nie widzę dziś tych książąt niemieckich, którzy mieliby interes w jego poparciu, gdyby się pojawił). Policjanci miast pełnić służbę wolą posiedzieć w McDonald'sie, zamiast tępić piractwo - wolą sami kupować nielegalny soft. Sędziowie szukają sposobu jak szybko ukręcić łeb sprawie - kolejna "fajka" zaliczona i statystyka się poprawi. A te urzędy, których podwoje otwierają się dla petenta z życzliwością dopiero po kopertowym "sezamie otwórz się"... Oczywiście upraszczam. 
Często tłumaczy się te, jakże częste w naszym kraju zjawiska, niedostatkiem środków materialnych. Tak, pieniędzy brakuje na wszystko. Mam jednak poważne wątpliwości co do tego czy poprawa wynagrodzeń tych ludzi i warunków ich pracy zaowocuje ich metamorfozą. Są oni wszak częścią naszego społeczeństwa nie gorszą, ale, niestety, też nie lepszą od reszty. A jacy jesteśmy? 
Rzekłbym "ryba psuje się od głowy" - problemem Polski jest brak elit. To w poważnej części smutna zasługa okresu socjalizmu. Powszechna urawniłowka doprowadziła do degradacji takich zawodów - grup społecznych jak nauczyciele, pracownicy nauki, prawnicy, żołnierze, lekarze, także urzędnicy państwowi i in. Ci ludzie w dawnych czasach (myślę o II RP) byli nie tylko elitą materialną i intelektualna kraju, ale także cieszli się powszechnym właściwie szacunkiem ze względu na swój poziom etyczny. Wydaje mi się, że to kwestia "krwi" - wychowania, środowiska, wpojonego stylu bycia, zasad. PRL szukając ludzi sobie posłusznych, wynosiła na stanowiska, honorowała, nagradzała materialnie takich właśnie - "miernych, ale wiernych". Zaczerpnęła w dużej mierze z dołów społecznych, odrzucając dawne elity jako jej niepowolne. Ci którzy zostali, upośledzeni materialnie (vide nauczyciele, personel medyczny), w nienormalnej rzeczywistości, w której wszystko było załatwiane, kombinowane, w rzeczywistości powszechnego braku logiki działań, łamanej jedynie słusznymi decyzjami politycznymi, też popadali w degrengoladę. Te nasze współczesne tzw. elity, wykształcone w tamtych właśnie czasach, nie mogą być i nie są normalne. Brak im, w moim przekonaniu, zakorzenienia w chlubnej tradycji, wielopokoleniowego kręgosłupa moralnego, wyssanych z mlekiem matki zasad etycznych. Samym też trudno było im się tego nauczyć w czasach, gdy kwestie te były, jeśli nie w jawnej, to w ukrytej pogardzie. {przy czym zaznaczam, że nie neguję także pozytywnego znaczenia umożliwienia awansu społecznego grupom dotychczas takiej możliwości praktycznie pozbawionym, twierdzę jedynie, że wielu awansowało zbyt nagle zbyt wysoko}
A więc jest jak jest i doskonałe prawo nic nie pomoże w sytuacji, gdy ci, którzy przede wszytstkim powinni go przestrzegać, nie chcą tego robić, zapatrzeni w inne - własne korzyści.
Ale, moi drodzy czytelnicy, czy to nie właśnie nasza narodowa cecha - szukanie winnych daleko od siebie? To złe prawo, to ci obrzydliwi ludzie władzy, w ostateczności Niemcy, Rosjanie, Amerykanie, Bruksela, międzynarodowa masoneria, żydokomuna. To ich sprawka! ...Nic z tego. Nie możemy ciągle zrzucać winy na tych innych, którzy w głębokiej konspiracji, za potrójnym incognito nieustannie psują powietrze na świecie. Sami także przyczyniamy się do rozlewu bezprawia. Czy nie przechodzimy na czerwonym świetle, nie przekraczamy dozwolonej prędkości, nie dajemy łapówek policjantom, gdy nas złapią, nie bazgrzemy po murach, nie rozjeżdżamy trawników, nie zostawiamy po sobie śmieci w lesie, nie wykorzystujemy pracy na czarno, aby uniknąć podatków, nie... Tak żyjąc, roznosimy tę chorobę dalej i na nastpępne pokolenia.
{jeśli teraz się śmiejecie, to raczcie przypomnieć sobie Nowy Jork, gdzie niedawne sukcesy w walce z przestępczością rozpoczęto właśnie od ęgzekwowania prawa w różnych tzw. błachych przypadkach - to doskonale kształtuje poczucie konieczności przestrzegania prawa} 
Postawa taka ma już także długą tradycję. Polacy przez wieki pozbawieni własnego państwa, żyli w państwach, które były ich wrogiem, które wykorzystywały dostępne im środki - w tym prawne - przeciwko nim. II RP z powszechną biedą, waśniami narodowościowymi, niezrealizowaną reformą rolną też nie była dla wielu Polaków krajem ich marzeń. Wreszcie PRL, w której w pełni wykształcił się etos antypaństwowy - oszukać państwo, złamać ustanowione przezeń reguły - to powód do dumy. Zresztą państwo samo nie przestrzegało własnych norm. Prawem dowolnie manipulowano, dostosowując je do potrzeb chwili, prowadząc do pozbawienia go praktycznego znaczenia i poważania wśród społeczeństwa.
Taka postawa jest ciągle obecna i dziś, zwłaszcza uszczuplenie państwowej kasy, własności publicznej nie jest traktowane jako zamach na dobro wspólne - na środki nas wszystkich, ale jako przejaw przedsiębiorczości.{ma w tym swój nie mały udział sposób traktowania sfery środków publicznych przez rządzących, którzy bez żenady rozdrapują tort, obdzielając nim siebie i resztę republiki kolesiów; ale o "elitach" było już wyżej}
Tak więc może czas już zacząć wymagać po pierwsze od siebie, a po drugie od tych, z którymi łączą nas w życiu rozmaite stosunki. Nie ignorować przypadków nieprzestrzegania prawa, ale je potępiać. Łatwo się mówi? W istocie łatwo, ale nikt nic za nas nie zrobi. Bez własnego wysiłku pozostanie tylko narzekać i czekać na wybawienie, które nie nadejdzie. Zresztą czy my go rzeczywiście chcemy? Polacy, moim zdaniem, przejawiają "moralność Kalego". Kiedy prawo, reguły współżycia w społeczeństwie wymagają czegoś konkretnie od nas właśnie - kluczymy, wijemy się jak piskorze, byle dać od siebie jak najmniej. Innych zaś oceniamy surowo. Jesteśmy zatem w dużej mierze społeczeństwem ochlokratycznym, chcemy ustanawiać normy postepowania, ale nie chcemy ich przestrzegać (ten przykry dla nas obowiązek pozostawiając "wszystkim innym").
{w demokracji - w przeciwieństwie do ochlokracji - lud jest zdolny do ustanawiania praw i gotowy do ich przestrzegania}
Wszystko to nie oznacza, że uważam, iż polskie prawo jest doskonałe. Nie, sądzę, że nie jest nawet dobre. Zresztą dobre być nie może. Dlaczego? Dlatego, że jeśli Dziennik Ustaw liczy rocznie ponad tysiąc pozycji, niemalże niemożliwym jest zachowanie spójności systemu prawa. Dopóki to się nie zmieni zawsze będą problemy. A trwać to będzie jeszcze długo w związku z transformacją ustrojową i dążeniem do członkostwa w UE.
Ponadto spójrzcie kto uchwala prawo. Czy przyglądaliście się kiedyś wywieszonym przed wyborami parlamentarnymi listom kandydatów? Elektryk, matematyk, wuefista, mechanik samochodowy, wykształcenie średnie ogólne itd. Prawników i ekonomistów jak na lekarstwo. 
Tymczasem napisać dobrą ustawę nie jest łatwo, to wymaga wiedzy i doświadczenia. Bez tego można tylko bełkotać do kamery licząc, że widz jest jeszcze mniej zorientowany w temacie niż mówca. Można też dyskutować zawzięcie o uchwale pochwalnej czy potepiającej WiN itp. Wielu naszych parlamentarzystów tylko to potrafi robić dobrze. O kwestiach prawdziwie istotnych, nie zastępczych, wiedzą zaś niewiele.
Oczywiście trudno żeby prawo dotyczące np. ochrony bobrów uchwalali sami prawnicy i ekonomiści. To biolodzy, ekolodzy itd. powinni opracować sposoby tej ochrony, ale.... ekonomista jest potrzebny m.in., aby skalkulować koszty i korzyści oraz zaproponować odpowiedni tryb finansowania (np. bezpośrednio z budżetu czy przez ulgi podatkowe) - tak, by nasze pieniądze były wydawane możliwie najefektywniej; wreszcie trzeba wiedzieć skąd i jakie środki można uzyskać i jakie skutki będzie to miało dla dziedzin, którym te środki się odbiera (pieniądze bowiem jak już, mam nadzieję, życie was nauczyło nie rodzą się samoistnie, ale aby dać je komuś, trzeba je komuś zabrać). Sądzę, że niefachowiec nie zrobi tego dobrze. I dlatego słyszymy takie kwiatki: "Są potrzeby więc środki muszą się znaleźć i już"!!! Jeśli ktoś tak mówi - tłuczcie go w łeb aż nie odszczeka, a jeśli okaże się zatwardziałym idiotą, zmuście go do stosowania tej reguły w stosunku do jego własnego majątku i obserwujcie jak wynosi się pod most;>. Prawnik zaś jest potrzebny m.in. po to, aby pilnować, by wybrany sposób ochrony bobrów był możliwy do zrealizowania środkami prawnymi, i tak je dobrać, by przepisy nie kolidowały z innymi, ale się uzupełniały, by nie były martwe przez ich złą konstrukcję. Laik tego nie potrafi. 
W rzeczywistości u nas prawo jest pisane i zmieniane pod naciskiem potrzeby chwili, zupełnie bez myśli przewodniej. Chyba, że jest nią przetrwanie z dnia na dzień. Sam rząd i parlament nie przestrzega tworzonego przez siebie prawa. Jeden przykład --> raczej świadome zaniżenie w ustawie budżetowej wskażnika inflacji - efekt: niższa waloryzacja rent, później co prawda wyrównana, ale rząd kredytuje się przez wiele miesięcy pieniędzmi emerytów. I co? I nic. 
Czasem wydaje mi się, że mętne prawo właśnie po to jest takie nieprecyzyjne, aby np. administracja podatkowa mogła je interpretowac wedle potrzeb. A na pozór wszystko jest w miarę o.k. 
Więc cóż, krytykując prawo róbcie to rozważnie. Za nim stoją ludzie - tworzący je i stosujący (w tym i my sami). Jaki pan, taki kram. A z pustego i Salomon nie naleje.
Korci mnie jeszcze jedna dygresja, ale przyrzekam już ostatnia. 
Kiedy szermuje się hasłem dobrego prawa, trzeba zdać sobie sprawę, że prawo nie może w pełni satysfakcjonować wszystkich, nigdy. Jego istotą jest SZUKANIE KOMPROMISU MIĘDZY RÓŻNYMI INTERESAMI.
To, co jest dobre dla sprzedawcy, raczej nie będzie dobre dla kupującego; co dobre dla ubezpieczonego, nie koniecznie będzie dobre dla zakładu ubezpieczeniowego; co korzystne dla organów podatkowych, nie zawsze podobać się będzie podatnikowi.
Tak być musi, bo jeśli prawo przyznaje komuś pewne uprawnienia, to jednocześnie oznacza to nałożenie na kogoś innego odpowiadających im obowiązków. Cóż bowiem warte byłoby wasze uprawnienie, gdyby inni nie mieli obowiązku respektowania go?
Stąd dobre prawo to takie, które rozsądnie waży interesy, racje, potrzeby wszystkich, nikogo może w pełni nie satysfakcjonując, ale nikogo zanadto nie obciążając. Dzięki temu jest możliwe do zaakceptowania przez wszystkich. 

Davero van Rat
mailto: vanrat@wp.pl