DLACZEGO PRAWO CHRONI PRZESTĘPCÓW?

Wielu z czytelników ~AM dało w swych wypowiedziach wyraz przekonaniu, że polskie prawo jest złe, bo chroni przestępców. Ofiary zaś nie mają żadnych praw.
Padają tu przykłady uchylania się oskarżonych od odpowiedzialności poprzez zapadanie na ciągle nowe "choroby", udawanie psychicznie chorych, umarzania postępowań z braku dowodów (gdy "wszyscy" wiedzą, że mamy do czynienia z przestępcą) itd., a skazywania np. osób, które zraniły/zabiły atakującego je złodzieja. 
Czy polskie prawo rzeczywiście chroni przestępców? Odpowiem przewrotnie: nie, nie chroni, ale korzystają oni z jego ochrony.
Wszystkie te krytykowane regulacje prawne mają na celu ochronę Ciebie czytelniku, mnie - nas wszystkich; nie przestępców, a niewinnych właśnie. Przed czym chronić niewinnego, pytasz?
Pytanie takie pojawia się tym częściej, im bardziej władza w państwie ma charakter demokratyczny i im bardziej praworządnie działa. Taka władza, ograniczona w działaniu prawem, a w tworzeniu prawa zasadami demokracji i prawami człowieka, wydaje się być stosunkowo słaba i niegroźna.
Ale to właśnie przed nią chronią nas zasady prawa karnego: domniemania niewinności, rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego, prawa do obrony, ograniczenia sposobów uzyskiwania dowodów popełnienia przestępstwa (nie można np. torturować oskarżonego czy aplikować mu środków chemicznych w tym celu) itd. Gdy rządzący nie nadużywają swej władzy (tzn. gdy nam się wydaje, że jej nie nadużywają), ochrona ta może wydawać się zbędna. Przecież prokurator powinien oskarżać tych, których faktycznie podejrzewa o popełnienie przestępstwa i przeciwko którym ma prawdziwe dowody, że przestępstwo popełnili. Sąd zaś powinien skazywać tych tylko, którzy popełnili przestępstwo. Powinien... Ale pamiętajmy, że władza degeneruje tych, którzy ją mają. Jeśli nie będzie mechanizmów chroniących przed nadużyciami, to wcześniej czy później do nich dojdzie. A gdy się rozpowszechnią trudno je będzie powstrzymać - zbyt wielu ludziom, ważnym ludziom, by to szkodziło. Stąd potrzebna nieustanna prewencja, nawet jeśli wydaje się ona zbędna.
Zapytajcie dziadków, jak to było jeszcze nie tak dawno, gdy UB, SB mogły wszystko, a obywatel nic.
Sfingowane procesy, ludzie trzymani latami w więzieniach i aresztach bez sądu, morderstwa na zlecenie władzy, szpiegowanie niemalże każedego, pociąganie do odpowiedzialności za działalność niezgodną "z duchem narodu niemieckiego" czy "ze świadomością rewolucyjną"... Tak było jeszcze za ich życia - tutaj, gdzie teraz mieszkamy.
Czy uważacie, że np. Chińczykom nie przydałyby się wspomniane wyżej zasady prawa karnego?
Lecz niestety, jeśli chcemy, aby to nam udowadniano winę, a nie byśmy musieli dowodzić swej niwinności, jeśli chcemy móc się bronić przed oskarżeniami, chcemy nie zostać skazanymi, gdy nie ma całkowitej pewności, że popełniliśmy przestępstwo, musimy pogodzić się z tym, że te uprawnienia będą wykorzystywane i nadużywane przez przestępców próbujących wymigać się od odpowiedzialności.
W ten sposób choć prawo nie ich chroni, korzystają oni z jego ochrony.
Prawo powinno być oczywiście tak skonstruowane, aby możliwości nadużyć były jak najmniejsze. Ale cóż może prawo jeśli świadkowie będą kłamać (to bardzo trudno udowodnić), lekarze będą wystawiać zaświadczenia o nieistniejących chorobach oskarżonego, biegli - fałszować wyniki ekspertyz, a niekompetentni sędziowie popełniać będą błędy powodujące konieczność ponownego rozpoznania sprawy. Istotnym problemem są ludzie wykonujący nakazy prawa (czy też właśnie ich nie wykonujący).
{patrz tekst " To nie prawo jest do dupy, a ludzie" - powinien być gdzieś w tym ~AM} 
Zatem możemy ograniczać prawa oskarżonych w postępowaniu karnym. Z pewnością ułatwi to i przyspieszy procesy. Możemy dopuszczać "niekonwencjonalne" sposoby uzyskiwania dowodów winy - ułatwi to jej wykazanie. Czyniąc to powinniśmy jednak pamiętać, że kiedyś, może zupełnie przypadkowo (a może właśnie zupełnie nieprzypadkowo), i my mamy szansę stanąć na ławie oskarżonych.
Proszę nie uważać, że naoglądałem się "X-Files" i mam jakąś antyrządową paranoję. Paranoicznie brzmi to bowiem w "normalnych" czasach. Problem w tym, że czasem czasy bywają nienormalne.
Poza tym taka procedura ma na celu wszechstronne wyjaśnienie sprawy i przede wszystkim uchronienie osoby niewinnej przed niesłusznym skazaniem. Możemy zmienić priorytety, dać pierwszeństwo temu, aby żaden potencjalny przestępca nie uniknął odpowiedzialności - na własne ryzyko.
Wreszcie słów kilka o kontrowersyjnych instytucjach świadka koronnego i świadka incognito.
Ta pierwsza wydaje się być wyrazem bezsilności państwa w tępieniu przestępczości zorganiozowanej. Właśnie za względu na brak innych możliwości przeciwdziałania jej, wybiera się mniejsze zło, uwalniając niektórych przestępców od odpowiedzialności w zamian za informacje, pozwalające schwytać i skazać innych. Niektórzy twierdzą, że jest to co najmniej dwuznacznie moralnie. Dla mnie kwestia jest poza dyskusją. Przestępstwo ujdzie płazem jednemu, ale dzięki temu wielu więcej trafi za kratki. Bez świadka koronnego nie tylko nie ponieśliby oni najprawdopodobniej żadnej odpowiedzialności, ale popełnialiby dalsze przestępstwa. Również koszty ponoszone na świadka koronnego są niewspółmiernie małe w porównaniu do strat ponoszonych przez państwo z powodu działalności przestępczej, którą można w ten sposób przerwać.
Świadek incognito zaś jest właśnie dobrym przykładem ograniczenia prawa do obrony. Świadek taki (podobnie jak i każdy inny) może być podstawiony, jego historyjka dobrze spreparowana, wreszcie i uczciwy człowiek może się mylić. Oskarżony być może mógłby tego dowieść czy podważać jego wiarygodność (np. dowodząc, że był on skazany za składanie fałszywych zeznań albo, że leczy się psychiatrycznie), gdyby tylko wiedział kim on jest. A tak, dysponuje jedynie zeznaniem, a nie wie kto je złożył. Oczywiście pozwala to uzyskać informacje od osób, które w innym wypadku milczałyby, bojąc się zemsty. Jednak ze względu na wspomniane wady, ważne by zeznania świadka anonimowego nie były jedynym dowodem winy oskarżonego.
Na koniec chciałbym się wypowiedzieć na temat prawa do obrony. Po pierwsze należy zaznaczyć, że zgodnie z obowiązującym prawem każdy ma prawo do obrony KONIECZNEJ . Problemem jest to, jaka obrona jest konieczną? Mówiąc krótko musi nastąpić zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem tzn. życie, zdrowie, mienie itd., a obrona (co do sposobu jej przeprowadzenia) musi być niezbędna do odparcia takiego występującego rzeczywiście zamachu. Oceniając niezbędność obrony bierze się pod uwagę przede wszystkim współmierność środków obrony do niebezpieczeństwa ataku.
Moim zdaniem takie rozwiązanie prawne jest co do zasady dobre. Krytykowana zasada współmierności jest potrzebna. Bez niej bowiem próbującą nas okładać laską staruszkę moglibyśmy potraktować i siekierą. Cóż, atak - obrona. Odpowiada wam to? Ja skrytykowałbym raczej praktykę sądową, zbyt wąsko interpretującą pojęcia konieczności obrony oraz niezbędnych i współmiernych jej środków.
Sądzę, że wymaganie od zaatakowanego dokonywania rozbudowanej oceny sytuacji i doboru odpowiednich do zagrożenia środków i sposobów obrony jest błędem. Przekonanie takie wydaje się być powszechne. Podzielił je też częściowo ustawodawca NAKAZUJĄC sądom odstąpić od wymierzenia kary w przypadkach, gdy przekroczenie granic obrony koniecznej było wynikiem strachu lub wzburzenia, usprawiedliwionych okolicznościami zamachu. W pozostałych przypadkach sąd nie musi, ale może to uczynić.
Sądzę, że należy domagać się nie tyle zmiany prawa, co zmiany sposobu jego stosowania.
Natomiast pomysły prawnego rozszerzania granic dozwolonej obrony m.in. na zaprezentowanej przez Qn'ika zasadzie "gość wszedł na mój teren - zginął", uważam za chybione. Takie, nie do końca przemyślane pomysły, formułowane pod wpływem emocji, mają to do siebie, że sprawdzić się mogą jedynie odnośnie pomysłodawcy. Wierzę, że Qn'ikowi chodziło o to, że chce mieć prawo do bronienia się przed osobnikiem, który wdarł się do jego domostwa i stanowi dla niego zagrożenie, bez względu na konsekwencje dla życia i zdrowia napastnika. W takiej sytuacji - pół biedy (aczkolwiek i tu należy się zastanowić czy nie powinieneś celować w nogi, a nie w głowę; życie człowieka ma chyba jakąś wartość i nie powinno się zabijać, gdy równie dobrze można by tego nie robić?).
Ale wyobraźmy sobie sytuację: mamy regulację prawną pt. "mój dom, moją twierdzą" i co... i rolnik będzie mógł zastrzelić turystów, którzy zgubili szlak, przemykających przez jego pole; dziadziuś ogrodnik będzie mógł obciąć rękę dzieciakowi, który zamachnął się na jego własność, wsuwając ją przez ogrodzenie i próbując ukraść jabłko z jego drzewa. Wreszcie można by było wtedy montować w domu rozmaite pułapki "na złodzieja" - a co będzie jak wpadnie w nią strażak, który wszedł do naszego domu by gasić pożar wybuchły pod naszą nieobecność?
Nie ma takiego uprawnienia, które nigdy nie zostanie nadużyte albo źle użyte - trzeba o tym pamiętać, gdy chce się je przyznawać.

Prośba do Qn'ika.
Nie mam nic przeciwko temu, że się dopisujesz do tekstów, to czyni je nawet ciekawszymi. Proszę jedynie o to byś przestał to robić w sposób: "tego nawet nie skomentuję". Jest to nieuczciwy chwyt erystyczny. Sugeruje jakobyś miał jakieś oczywiste i powalające przeciwnika argumenty. Tymczasem ja niekiedy nie mogę doszukać się tych "oczywistych", a te które ewentualnie znajduję wcale nie wydają mi się "powalające". Zatem: nie zgadzasz się - argumentuj, nie chcesz argumentować - milcz, proszę. To daje Tobie i adwersarzowi względnie równe szanse. 

Davero van Rat
mailto: vanrat@wp.pl

{"tego nawet nie skomentuję" używałem (ostatnio w ogóle rzadko się dopisuję do tekstów) sporadycznie - i tylko wtedy, gdy rzeczywiście widziałem, że autor nie ma pojęcia o czym pisze - może podasz przykłady; będę miał szansę się bronić. Co zaś się tyczy wszelkich wypaczeń wynikających z "mój dom - moją twierdzą", wiem o nich. Jednakże pewnych rzeczy uregulować się nie da przez prawo - każdy przypadek zabicia tudzież zranienia człowieka na czyimś terenie winien być rozpatrywany osobno - na co niestety nie ma środków. Ja nie jestem za różnymi ogrodzeniami pod prądem, czy minami przeciwpiechotnymi w ogródku - ale jeśli widzę człowieka wybijającego mi szybę w domu i idącego z nożem na moją rodzinę - chciałbym mieć ten komfort psychiczny i wiedzieć, że jeśli go zabiję, jego rodzina mnie nie oskarży. A teraz niestety ja nie miałbym szans, obrona konieczna? No jak to - on miał tylko nóż, a ja do niego z np. dubeltówki? I czemu nie biłem po nogach? Dlaczego nie oddałem 23 strzałów w powietrze? Odpowiedź jest prosta - kocham swoją rodzinę i to, na co zapracowałem; ktoś kto mnie chce tych rzeczy pozbawić z mojego punktu widzenia nie ma prawa żyć.
Qn`ik}