A long time ago in a galaxy far, far away...

O Mrocznym Widmie powiedziano i napisano wiele. Ja sam dzieliłem się swymi uwagami na łamach Action Mag'a. Mimo, iż od premiery Epizodu I minął już przeszło rok wciąż nie mogę spojrzeć na najnowszy film Lucas'a jak na część Sagi. Phantom Menace wydaje się być inny, nie pasujący do reszty. Kolejne dwa obrazy najpewniej będą utrzymane w podobnym tonie, wyraźnie odcinając się od pozostałych części. Czy ta wyjątkowość czyni Widmo gorszym? A może powiew świeżości dobrze robi skostniałemu światkowi fanów? Czas spojrzeć prawdzie w oczy i przekonać się kto wyszedł zwycięsko z pojedynku Mroczne Widmo versus Trylogia. Phantom Menace - godny następca czy czarna owca?
Przez lata oczekiwań na kontynuację era preimperialna pozostawała legendą, mitem. Urywki informacji porozrzucane po wszystkich filmach były rozchwytywane przez żądnych nowych wrażeń widzów. Teraz ten mit stał się rzeczywistością, ale fani czują się jak ryby wyjęte z wody. Dlaczego? Ponad dwadzieścia lat obcowania z Rebelią i Imperium sprawiło, iż zaakceptowanie w miarę stabilnego rządu, ze stolicą i przedstawicielami jest niezwykle trudne. Rycerze Jedi demonstrują pełnię swych możliwości ludziom, którzy przez lata poznawali tylko skromną, niedouczoną namiastkę tego zakonu. Nowa sytuacja polityczna, w której nie tak łatwo zorientować się kto wróg, a kto przyjaciel zmienia całkowicie podejście do obrazu. Czasy blastera dopiero nadchodzą. Teraz zamiast pchać się na pierwsze linie frontu należy rozpatrzyć konsekwencje swych czynów, przemyśleć działania przed ich podjęciem. Nie wysadza się już wrogów z ich stacjami bojowymi, nie zrzuca do głębokich szybów - teraz odbiera im się koncesje handlowe. Gwiezdne wojny słyną ze swego moralizatorskiego charakteru, ukazywania dobra i zła. Nowa część wywiązuje się z tego zadania najlepiej. Nie jest to wciąż realizm, ale bardziej przypomina świat prawdziwy. Oczywiście, pachołki, Darth Maul, dowódcy centrum sterowania droidami, otrzymują zasłużoną karę. A prawdziwi źli? Chowają się w cień zdobywając przywileje lub przynajmniej nie tracąc zbyt wiele. Możliwe, że Sebulba nie ginie, by nie straszyć młodszej widowni, ale kto by się przejął kolejnym efektownym fajerwerkiem? Po prostu zazwyczaj prawdziwym świniom wszystko uchodzi na sucho, a poczucie sprawiedliwości musi zadowolić się jedynie pionkami. Z takiego obrazu wyłania się świat ponury, pełen zła i korupcji otaczającej bezradny rząd, który, miast ratować państwo, nadużywa władzy, by wyszarpać ile się da nim wszystko się zawali. Ten kto był w kinie wie, że tak nie jest. Nastruj ponurych czasów psują kryształowi bohaterowie, baśniowe wnętrza. Taki jest charakter Gwiezdnych wojen, ale Imperium Kontratakuje, mimo iście rajskiego Cloud City (nie tłumaczyć!) i dobrze znanych pozytywnych bohaterów, daje obraz wszechświata ponurego, gdzie prawi i szlachetni są ścigani z jednego krańca galaktyki na drugi, a po drabinie kariery wspinają się tylko osoby pozbawione skrupułów i podlizujące przełożonym. Niestety, opisywana w czarnych barwach epoka jest w rzeczywistości bardziej różowa niż powinna. Jednak może taki świat ma przygotować widza do kolejnych dwóch części, gdzie strach i terror na dobre zadomowią się w kosmosie, a wspominając pałace z Naboo będzie można odczuć co znaczy "raj utracony". Jeśli tak, to zapowiadają się wspaniałe odcinki, gdzie bohaterowie zaszczuci przez siły zła z łzą w oku wspominać będą stare dobre czasy. Bez znajomości pozostałych epizodów nie można wydać obiektywnego osądu. Trzeba nieco poczekać.
Fabuła Mrocznego Widma zbiera tęgie baty. W skali dzisiejszych filmów należy przyznać, że zasłużenie. Jednak na tle pozostałych części Sagi nie prezentuje się tak blado jak przyjęło się uważać. Lucas powraca do korzeni ukazując Nową Nadzieję w innych realiach i lepszej oprawie. Typowy film przygodowy nie pozwala nudzić się przeciętnemu widzowi, a fan po uważniejszym przyjrzeniu się może docenić pewne niuanse. Nie rozpisując się zbytnio odsyłam do tekstu "Darth Toki kontratakuje", gdzie odkrywam wiele ciekawych tajemnic. Wtórność wobec pozostałych epizodów. Często wymieniany argument przeciwko Widmu blednie znacznie, gdy przypomina się Powrót Jedi. Czyż George nie stosował już podobnego zabiegu? Dziś wszyscy przechodzą obok tego faktu obojętnie, a za parę lat i Phantom Menace nie będzie już tak raził pozszywanym scenariuszem. Gwiezdne wojny od samego początku są filmem postmodernistycznym - zlepkiem motywów z wielu kultur, w tym masowej. Nie można więc winić Epizodu I, jeśli akceptuje się pozostałe części. Trochę konsekwencji. Remis.
Pisząc o postaciach Gwiezdnych wojen wpierw trzeba wspomnieć o trzech kategoriach - czarnych charakterach i bohaterach drugoplanowych oraz epizodycznych. To właśni oni w dużej mierze stanowią o sile epizodów i pozostają w pamięci na długo po opuszczeniu sali kinowej. Przeciętny fan na swojej osobistej liście ulubieńców zazwyczaj wymieni na dość wysokich pozycjach Darth'a Vader'a, łowców (ze szczególnym uwzględnieniem Boby Fetta) i kogoś z Kantyny czy pałacu Jabby. Chyba nie ma na Ziemi człowieka, która na widok Darth'a Maul'a nie powiedziałaby "Hej! Ja go skądś znam". O gigantycznej kampanii reklamowej pisać nie będę, gdyż to temat na oddzielny tekst. Jednak sam filmowy występ Maul'a ukazuje go w dość dobrym świetle. Gwiezdne wojny doczekały się wreszcie prawdziwie dynamicznej postaci, pewnej siebie i znającej swe miejsce w ustalonym porządku czyli typowego osobnika, z którym może utożsamiać się przeciętny nastolatek. To, w połączeniu ze zniewalającą aparycją, daje ciekawego drania. Jego zwierzchnik nie pozostaje gorszy. Imperator wyewoluował od starca posługującego się podwórkowymi sztuczkami, by rozwścieczyć Luke'a do bezwzględnego, daleko wzrocznego i podstępnego intryganta, który swym podwójny życiem zyskuje wysoką pozycję i olbrzymią władzę. Doskonały wzór dla starszych fanów, szczególnie proimperialnej większości. Pozostaje jeszcze Sebulba - wredny i pewny siebie typowy czarny charakter, który jest, moim zdaniem, najlepiej wyglądającym komputerowym stworem. Jak ktoś lubi Formułę 1 i nieczystą walkę to znalazł ulubieńca. Każdy odcinek Gwiezdnych wojen zawiera scenę pełną obcych. Nowa Nadzieja - Kantyna, Imperium Kontratakuje - łowcy nagród, a Powrót Jedi - pałac Jabby. W Widmie taki charakter mają posiedzenia Rady Jedi i wyścig Boonta. O ile Kenobi i Jinn spełniają oczekiwania pokładane w Jedi, o tyle Rada rozczarowuje. Jest tam kilka ciekawych pomysłów (Plo Koon), ale połowa władców Mocy wywołuje głośny śmiech. Nie lepiej jest z rajdowcami, którzy prócz Sebulby i sprawdzonych pomysłów (krewny Ree Yees'a) wyglądem kojarzą się z kreskówkami.
Wśród postaci drugoplanowych brakuje nowego Chewbaccy czy Lando Calrissiana. Pomocnicy, którzy odwalają czarną robotę byliby mile widziani, a tak mamy jedynie R2 D2 i Jar Jar Binksa. Kapitan Panaka rozczarowuje obojętnością, choć jego konflikt z Jedi mógłby nieco ożywić tę postać. Nowa opowieść potrzebuje osoby, która potrafi zachować dystans do otaczającej rzeczywistości i trafnie ją podsumować krótkimi, zapadającymi w pamięć uwagami. Wszyscy mili i uprzejmi, podporządkowują się rozkazom i nie okazują temperamentu, co czyni ich sztucznymi. Zadziwia również zimna krew straży pałacowej, która mimo, iż dotychczas pełniła funkcję czysto reprezentatywną, w obliczu inwazji Federacji Handlowej jest w stanie zachować zimną krew i wykonywać swe obowiązki z odwagą i precyzją godną najwytrwalszego weterana.
Olbrzymia popularność Han'a Solo raczej się nie powtórzy. Bohaterowie pierwszego planu są mało wyraziści. Nie potrafią się znaleźć w futurystycznym otoczeniu. Aktorzy wywiązują się ze scenariusza, ale nie dają swym postaciom pasji, która zjednałaby im publiczność. Talent aktorski Liam'a Neeson'a jest odczuwalnym, ale tworzy on między Jinn'em, a publiką dystans i w rezultacie nie wiadomo czy napisać Qui Gon w miejscu na xywkę czy mówić o nim "Pan". Najciekawsza postać jest jednak wzorowana na księżniczce Lei. Jednak Amidala bije swój pierwowzór na głowę. Przede wszystkim grana jest przez młodą, acz doświadczoną i zdolną aktorkę Natalie Portman. Gdyby nie władczyni Naboo naprawdę trudno byłoby się przejąć tragedią jej ludu. Jednak nie przekonuje na płaszczyźnie kontaktów z Anakinem, gdzie bardziej pasuje na starszą siostrę niż na ukochaną. Mimo wszystko urzeka pewnością siebie i chęcią działania. Widać, że lepiej sprawdza się blisko swych poddanych w walce, a nie na płaszczyźnie politycznej i dyplomatyczniej, gdzie daje się wodzić za nos senatorowi Palpatine. Mimo zetknięcia się twarzą w twarz z biurokratyczną machiną niszczącą Republikę pod koniec filmu wciąż wierzy w siłę Senatu i nawet nie domyśla się podstępnych działań Kanclerza. Trochę to dziwi wobec jej niemalże szaleńczego powrotu na Naboo, do którego skłania ją właśnie bezsilność Republiki tak pod rządami Valorum, jaki i Palpatine'a.
Bohaterowie Gwiezdnych wojen często sprawdzają się w akcji, ale nie potrafią popisać się elokwencją. Amidali nie udaje się pozyskać Senatu porywającą mową, a Qui Gon doskonale włada mieczem świetlnym, a nie potrafi przekazać nauki Jedi tak Obi Wan'owi, jak i Anakinowi. Ciekawym wątkiem jest męska przyjaźń łącząca mistrza i padawana, lecz Kenobi nie umie okazać odrzucenia, gdy Jinn zaczyna traktować go jak zbędny ciężar uniemożliwiający trening młodego Skywalkera.
Rycerza Jedi trudno darzyć przyjaźnią. Można go szanować, doceniać poświęcenie, ale ścisła reguła zakonu, ogrom odpowiedzialności i przytłaczające obowiązki budują mur, odgradzający przeciętnych widzów od Jedi. To nie Luke Skywalker czy Obi Wan Kenobi zjednują sobie publikę. W centrum uwagi zawsze jest Han Solo, Lando Calrissian, Chewbacca i inni. Są to postacie zachowujące dystans do otaczającej rzeczywistości. Nie czują Mocy, jej nakazów i zakazów i, co za tym idzie, nie odrzucają typowo ludzkich uczuć - smutku, gniewu, strachu, a to czyni ich bardziej prawdziwymi. Trudno utożsamiać się z osobami, które zawsze kierują się szlachetnymi pobudkami i podejmują właściwe decyzje. Są to dobre wzory do naśladowania, ale nie postacie realistyczne. Zamiast uczyć pewności siebie, wytrwałości w dążeniu do celu, przełamywaniu przeciwności losu tak jak Han Solo, ukazują idealnych ascetów, którym nigdy się nie dorówna.
Spoglądając z innego punktu widzenia na postacie Mrocznego Widma dochodzi się do wniosku, że oprócz bohaterów komercyjnych (Anakin, Jar Jar) przeważają osoby bardziej wymagające i trudniejsze w odbiorze, ale dzięki temu ciekawsze. Obi Wan jest z pozoru chłodny jak na Jedi przystało i nie wykorzystuje kilku ciekawych okazji do rozwinięcia swgo charakteru, ale po uważnej obserwacji odkrywa się porywczość, brak doświadczenia, dążenie do wykazania się swymi umiejętnościami, zaimponowania mistrzowi i brawurę, które osłabiają go w pojedynku na miecze świetlne, ale czynią ciekawszym dla widza. Niedostępność Rycerzy Jedi sprawia, że trudniej ich polubić, ale jeśli już to uczynimy to zyskują przewagę nad swojskimi i łatwymi do przełknięcia bohaterami. Oprócz Jedi jedną z takich osób jest Shmi Skywalker, która zachwyca grą aktorską wyrażającą pragnienie dobra dla syna (możliwe tylko przez opuszczenie Tatooine) i dążenie każdej matki do jak najdłuższego obcowanie z synem, nieoddawanie go światu. Wspomniana powyżej królowa Amidala mimo nawału zajęć i problemów potrafi znaleźć chwilę na rozmowę, uśmiech. Ma zarówno dobre jak i złe cechy, które stara się maskować energicznością i uporem. Pisząc o Amidali nie sposób wspomnieć o jej sobowtórze - Padme. Kiedy już widz zorientuje się czy ma w danej scenie doczynienia z królową czy z uzurpantką, może dostrzec kilka zabawnych scen wynikających mi. z nadużywaniem przez Padme pozycji (np. rozkaz wyczyszczenia R2 D2 po ucieczce z- Naboo).
Nie da się ukrycie, że siła filmu tkwi w jego stronie technicznej - dekoracje, kostiumy, efekty. Wszystko to składa się na kompletną całość zrealizowaną z dbałością o szczegóły, a jednocześnie z wielkim rozmachem. oszołamiające kreacje i wnętrza tworzą obraz pięknych światów Rebubliki, a zarazem siedlisko nieprawości i zwyrodnienia - Tatooine. Jednak gdzieś w pogoni za pięknym efektem wizualnym gubi się duch Gwiezdnych wojen. Gdyby nie rycerze Jedi to zamiast napisu Star Wars Episode I możnaby było umieścić dowolny inny tytuł i nikt nie zarzucałby takiemu filmowi podobieństwa do pewnej Trylogii. Tatooine nie jest już zapadłą dziurą, a tętniącym życiem ośrodkiem życia. To, że przebywa tam głównie element z marginesu społeczeństwa raczej nie rzuca się w oczy. Gdyby na podróżnych z Naboo napadło paru rzezimieszków od razu widz poczułby, że to faktycznie nie jest miejsce na wieczorne spacery. Ale jest to zażut słuszny jedynie w odniesieniu do wszystkich filmów, gdyż patrząc na Mroczne Widmo jak na odrębną całość, faktycznie dostrzega się kontrast między pozostałymi dwoma planetami, a ojczyzną Anakina. Znika też gdzieś kanciastość, toporność myśli technicznej, a na jej miejsce przychodzą urządzenia eleganckie i nowoczesne. Pewien niedosyt braku kontynuacji stylu dawnej Trylogii jest jednak w pełni zamierzony. Tatooine, Yavin IV, Hoth, Bespin, Dagobah, Endor - to wszystko miejsce odległe od centrum galaktyki, głównie mało cywilizowane, a niedawny symbol szerokiego świata - Bespin - dziś okazuje się być małą kolonią górniczą mającą niewiele wspólnego z cywilizacją przez duże C. "Mroczne widmo" zaś z miejsca zabiera nas do centrum uniwersum, miejsc pięknych i światowych, gdzie wszyscy są modni i "na czasie". Dlatego nie czuje się klimatu lat Galaktycznej Wojny Domowej. Taka inność jest bardzo ciekawa, daje wiele możliwości i odświeża Star Wars, żyjące dotychczas na obrzeżach wszechświata. Czas wejść w świat kultury, polityki i dyplomacji. Lepiej się z nim oswoić, bo zostaniemy w nim jeszcze parę lat!
Na szczególną uwagę zasługuje planeta Naboo, która zdecydowanie odcina się od pozostałych światów Gwiezdnych wojen. Po raz pierwszy w historii Sagi otrzymaliśmy tak szczegółowo pokazany glob. Wiele rodzajów zwierząt -wodnych i lądowych, bagna, lasy liściaste, rozległe równiny, głębokie morza. Wciąż na całej planecie panuje jeden klimat, ale jest to dobry krok w kierunku w miarę realistycznego ekosystemu. Również dwie współistniejące rasy inteligentnych form życia prezentują się ciekawie. Patrząc na Gungan nie można sugerować się postacią Jar Jar'a, gdyż jest to zrównoważona, hierarchiczna społeczność ze swoimi nietuzinkowymi rozwiązaniami technicznymi, będąca swoistym pomostem między prymitywnymi ludami używającymi zwierząt jucznych, a wysoko rozwiniętą cywilizacją. Również ludzka społeczność Naboo prezentuje się ciekawie, gdyż mamy okazję przekonać się wygląda typowy świat Republiki.
Elementem najbardziej kojarzącym się z Trylogią (oprócz Jedi i Tatooine, oczywiście) są pojazdy kosmiczne. Większość projektów wzbudza podziw głównie prostotą wykonania i nietuzinkowym kształtem. Pojazdy z Naboo dobrze pasują na parady i do gwardii honorowej, ale w walce się nie sprawdzają (za słabe lasery). Tymczasem maszyny Federacji to typowa masówka łatwa w budowie i transporcie, ale skazana na porażkę w pojedynku jeden na jeden. Inne są zaś statki rodem z Republiki, które są duże i majestatyczne, a jednocześnie budowane z myślą o wygodzie użytkowania i długoletniej eksploatacji. Najbardziej zawodzi jednak niszczyciel Federacji, który bardziej nadaje się na orbitalną stację bojową, niż na okręt liniowy. Pojazd klinowatego kształtu znacznie lepiej wywiązałby się z zadania i potwierdził przyszłe losy Federacji Handlowej w siłach zbrojnych Imperium.
Jak statki kosmiczne to oczywiście i gwiezdne bitwy. Te jednak nie wykorzystują potencjału współczesnych środków technicznych. Powrót do korzeni, Nowej Nadziei okazuje się być chybiony. Przede wszytstkim walce brakuje scenariusza - ot klasyczna rzeźnia, aż tu zjawia się Anakinek i rozwala szczytowe osiągnięcie federacyjnej myśli technicznej, a to wszystko dzięki szczęściu\Mocy (niepotrzebne skreślić). Może Powrót Jedi nie zachwyca fanów, ale bitwie o Endor nie można odmówić efektowności, napięcia i dynamiki. Mroczne Widmo w tej akurat sekwencji nie posiada żadnego z powyższych elementów.
Odwrotnie rzecz się ma z pojedynkami na miecze świetlne, które zniewalają widowiskowością. O dziwo technika w tej dziedzinie nie poszła tak bardzo do przodu, a jedynie choreografii (Nick Gillard) i mistrzowi sztuk walk (Ray Park) zawdzięczać można efekt końcowy. Ruchy szermierzy są płynne i daje się odczuć lata praktyki we władaniu mieczem. Sęk w tym, iż wśród wspaniałych pchnięć i uników zatraca się dramatyzm pojedynku. Co prawda napięcie w końcowych minutach walki Qui Gon'a, gdy jego uczeń obserwuje pojedynek zza pola siłowego, ma dobrze wywarzone napięcie (jakiś czas przed premierą dowiedziałem się, że Jinn zginie, ale mimo wszystko miałem nadzieję, że jakimś sposobem uda mu się ujść z życiem), ale brakuje dramatyzmu cechującego przede wszystkim starcie w Powrocie Jedi. Po raz kolejny strona wizualna bierze górę nad klimatem filmu.
Tam, gdzie efekty specjalne i pojazdy Mrocznego Widma nie może również zabraknąć rajdu racer podów. Z początku trochę zbyt duża ilość wybuchów psuje cały efekt, ale gdy na scenie pozostają już tylko Anakin i Sebulba, robi się ciekawiej. Może naprawianie pojazdu przez wciskanie przycisków w swej naiwności kojarzy się trochę za bardzo ze Star Trek, ale przymykając na to oko (i na fakt, że za sterami siedzi "faworyt" publiczności) uzyskujemy ładny i efektowny przykład użycia komputerów. Irytować może trochę głos komentatora dodany dla kudzi, którzy mają problemy ze zorientowaiem się co jest grane (czyli głównie małe dzieci).
Wspominając o stronie technicznej filmu nie można zapomnieć o kostiumach, które wzbudzają gorące dyskusje wśród fanów, nawet tych, którym film się podobał. Sporna kwestia ubioru i uczesania Amidali jest w dużej mierze sprawą gustu, lecz starając się zachować chociaż szczyptę obiektywizmu należy zaznaczyć, iż te suknie i fryzury doskonale komponują się ze stylem planety Naboo, zaproponowaną architekturą i wystrojem wnętrz. Poza tym biała "maseczka" ma na celu maskowanie różnic między królową, a jej sobowtórem. To, w połączeniu z zakapturzonym strojem Padme daje odpowiedni efekt. Bowiem nawet na zbliżeniach, gdy obie panie są obok siebie, podobieństwo nie rzuca się tak w oczy i trudniej jest się domyślić, gdzie aktualnie znajduje się Natalie Portman. Choć muszę przyznać, że sekwencje z Tatooine i szturmu na pałac przypadły mi do gustu bardziej niż pozostałe sceny z królową Amidalą.
Inną kwestią są roboty bojowe Federacji, które wizerunek jest bardzo niejednolity. Oglądając sceny z trailerów ukazujące przygotowujące się do bitwy droidy czuje się do nich respekt, szacunek. wydają się być potężną i majestatyczną siłą zbrojną, której wizerunek jawnie kłóci się z tępymi, idącymi na rzeź robotami. Swoją drogą ich użycie do filmu w jawny sposób wynikało z charakteru Trylogii, która scen krwawych nie zawiera. Taki stan rzeczy musiałby się diametralnie zmienić w przypadku konfrontacji Rycerzy Jedi z ludźmi (chyba, że tylko mi się wydaje, iż rozcięty na pół człowiek broczy krwią "na lewo i prawo". Moim zdaniem dobrze się stało, iż zamiast istot żywych do boju stanęły maszyny, gdyż Lucas, pragnąc uniknąć krwi i przemocy, walki Jedi z armią Federacji pokazałby w równie sztuczny sposób co podczas starcia na barce Jabby.
O ile battle droids mogą się nie podobać, o tyle droidikasy najzwyczajniej muszą zaskarbić serca fanów. Szybkie i zwinne, tak różne od topornych maszyn Imperium, lecz nie mniej groźne działają hipnotyzująco na widza. Cudowne sceny toczących się robotów sygnalizujące nieliche kłopoty znacznie wzmaga dramatyzm sytuacji. Generator pola siłowego zainstalowany w robocie jest dosyć naciągany, ale jak lepiej poskromić Jedi. Do głowy przychodzi mi tylko cortosis i ysalamiry, ale znając Lucasa można się spodziewać, że nigdy nie potwierdzi w swoich filmach chociażby jednego wątku z tzw. Expanded Universe.
Jeśli już mowa o publikacjach jedynie bazujących na Gwiezdnych wojnach to z przykrością należy przyznać, że te, które opierają się na Mrocznym Widmie prezentują się raczej blado na tle reszty publikacji. Opowiadani z serii Uczeń Jedi i powieść Planeta życia nie są zbyt ciekawe i kierują się głównie do młodszych odbiorców. Wydumane, nawet jak na Star Wars, pomysły, brak interesujących postaci nie rokują zbyt dobrze tym pozycjom. Nawet sprawdzeni twórcy (np. Dave Wolverton) nie mogą się odnaleźć w nowej rzeczywistości i rozwinąć wielu ciekawych pomysłów. Fabuła gry Starfighter również nie powala na kolana i sukcesu Dark Forces raczej nie powtórzy.
Reasumując należy zauważyć, że wraz z przejęciem najlepszych cech Nowej Nadziei i pozostałych części Mroczne Widmo zapożycza również parę błędów. Film wydaje się być komercyjny widowiskiem jednak i fan znajdzie tu wiele dla siebie. Nie mowa tu tylko o stronie technicznej obrazu, która stoi na wysokim poziomie, acz miejscami zbyt dominuje na ekranie, gdy inne sceny potrzebują więcej cyfrowych retuszy, a o fabule, bohaterach i świecie przedstawionym. Problem stanowi zupełnie odmienny charakter uniwersum Epizodów I-III, ale w zestawieniu ze światem targanym wojnami, pełnym korupcji i zdrady z części następnych okazuje się być ciekawym. Nie da się ukryć, że w pełni The Phantom Menace będzie można zrozumieć i odczuć po zamknięciu Sagi, dlatego zapraszam wszystkich malkontentów przed telewizory i magnetowidy. Premiera Epizodu II już za czternaście miesięcy, więc trzeba się przełamać i pokochać Mroczne Widmo. Bo jest za co.


Darth Toki darktoki@wp.pl
PS. Pozdrawiam wszystkich, którzy po wyjściu z kina wyrobili sobie pewną (głównie negatywną) opinię o filmie i każdy element Mrocznego Widma opisywali właśnie pod kontem tych pierwszych wrażeń, które i w moim przypadku początkowo nie były najlepsze. Pewnie nie zmienią oni zdania po przeczytaniu moich dwóch tekstów, ale przynajmniej będę mógł powiedzieć, że próbowałem. Szczególne wyrazy uznania dla Troy'a, który skrytykował mój pierwszy artykuł, mimo iż było to w miarę obiektywne porównanie faktów z fabuły The Phantom Menace do Trylogii.