Czekał na mnie. Stał tam, na platformie lądowniczej i czekał... a więc naprawdę mnie kochał! Jak mogłam w niego zwątpić... przecież wyznawał mi to wiele razy od tamtego dnia, w którym się spotkaliśmy...
Wtedy byłam tylko głupią dziewczyną... dopiero co zwiałam z rodzinnej planety i szukałam pracy... ale nigdzie mnie nie chcieli. Nie dziwiłam się im. Byłam tylko kolejną uciekinierką, bez wykształcenia i specjalnych zdolności.
Podczas szukania pracy musiałam jakoś na siebie zarabiać. Pozostało tylko jedno wyjście...
... zostałam prostytutką. Nie, nie szczycę się tym, ale też nie brzydzę. Muszę przyznać, że zarabiałam naprawdę sporo... ale nie byłam zadowolona ze swojego życia. Mimo, iż żyłam w luksusie, byłam tylko jeszcze jedną dziwką... dopóki nie poznałam Fetta...
- Witaj! – przywitałam się z zamaskowanym mężczyzną, wychodząc ze swojego statku, „Ostrza”.
Nie odpowiedział. Był milczący. Jak zawsze. Po prostu przytaknął głową, odwrócił się i ruszył w stronę wejścia do kasyna. Ruszyłam za nim, zastanawiając się, jaki plan tym razem wymyślił.
Szybko przeszliśmy przez kasyno i turbowindą zjechaliśmy na niższe piętro, do komnat mieszkalnych.
Jego pokój był skromny ale zarazem bezpieczny. Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam z zaciekawieniem na Fetta.
- Dobrze, że jednak dostałaś wiadomość... Dengar i Bossk mieli chrapkę na mojego informatora, ale poradziłaś sobie.
- No cóż, Dengar jest głupcem. Ale to już wiesz lepiej ode mnie.
- Tak, to prawda. – Fett zdjął swój plecak i położył go na ziemi. – Ale przejdźmy do rzeczy... spotkanie przedstawicieli Gildii Łowców Nagród już za... 2 standardowe jednostki czasu. Musimy się przygotować, jeżeli akcja ma wypalić...
- Co mamy zrobić? – zapytałam się.
- Dostałem zlecenie tylko na jednego członka gildii... na Montafa Hu’ttala. Tylko on może zginąć, nikt więcej...
- I zapewne będzie świetnie broniony...
- Niekoniecznie. Hu’ttal jest nikim w gildii, zwykłym pionkiem. – to mówiąc Fett otworzył szufladę i wyjął z niej pudło.
Otworzył je i kontynuował:
- Jednak komuś na nim zależy, komuś niezwykle wpływowemu i bogatemu.
- Czyli...
- Zlecenie dostałem od Cradosska, szefa Gildii Łowców.
- Ojca Bosska?
- Nie inaczej. Ale jest w tym coś dziwnego... coś, co mnie niepokoi!
- Tak, masz rację. Bo dlaczego Cradossk wynajął ciebie, ma przecież wokół siebie tylu innych zaufanych i tańszych łowców. I drugie pytanie... co chce przez to osiągnąć?
Spojrzałam na Fetta z zaciekawieniem. Ty już wiesz, co?
- Tego właśnie nie wiem. – czyżby on czytał w moich myślach? – I do tego jesteś mi ty potrzebna. Odpowiedzi na te pytania musi znać sam Montaf. Zanim go wyeliminujemy trzeba go będzie... „przesłuchać”.
- Zaczekaj, Fett. Chyba nie chcesz, żebym...
- O tak, o to chodzi...

Czekałam już pół godziny i nic. Spojrzałam na zegarek – prom Hu’ttala powinien zaraz przylecieć...
Plan był prosty i zarazem genialny. Najpierw ja wchodzę do akcji – zaczepiam Hu’ttala i po krótkiej rozmowie idę z nim do łóżka. Nie ma szans, żeby się nie zgodził – włożyłam na siebie bardzo mało ubrania, bez ukrytej skromności muszę rzec, że brzydka nie jestem, no a biedny Montaf jest na pewno zmęczony i zdenerwowany przed występem. Z pewnością wyzna mi wszystko, co będę chciała wiedzieć... a po wysłuchaniu jego relacji zadecyduję, czy zabić go czy nie. Możliwe bowiem, że Cradossk coś uknuł, jakiś spisek mający zniszczyć reputację Fetta...
...albo jego samego.
Prom wylądował na pobliskiej platformie. Zaraz poznałam Hu’ttala – tak jak mi opisał Fett, był grubym szatynem z zarostem, zgarbionym i ogólnie – obrzydliwym. Czas rozpocząć przedstawienie, pomyślałam.
Kiedy Montaf przechodził obok mnie, zaczepiłam go:
- Ho, ho... co to za przystojny mężczyzna mija mnie tu w Chmurnym Mieście – jesteś może aniołem? A może gorącym diabłem... – aby wymóc na grubasie efekt oblizałam językiem wargi, obrzucając go niebezpiecznym wzrokiem.
Tak jak się spodziewałam, zatrzymał się i spojrzał na mnie. Najwyraźniej spodobało mu się to, co mówiłam, bo odpowiedział:
- Przy tobie jestem tylko biednym małym człowieczkiem... – zrobił debilną minę, po czym uśmiechnął się. – Może...
- Jestem gotowa...
- Oczyw... – Montaf spojrzał na swego ochroniarza, potężnego i głupiego świniaka. – Ale wiesz, śpieszę się na obrady i...
- Nie martw się kotku, jestem szybka.
- Skoro tak mówisz...

Jakie to wszystko żałośnie głupie... przecież tak samo wyglądało nasze pierwsze spotkanie – to jest moje i Fetta. Zaczepiłam go, jak wychodził z jakieś knajpy. Wtedy byłam głupia... żałośnie głupia. Nie wiedziałam, kim jest ten mężczyzna w zbroi. Po prostu wydawał mi się odpowiedni. Zaczepiłam go i postąpiłam tak samo jak z tym głupkiem, który teraz leżał obok mnie. I o dziwo... Fett zgodził się. Zabrał mnie na swój statek i tam... stało się.
Kiedy później leżeliśmy obok siebie, wyznał mi, kim jest. Wyznał mi, że nazywa się Boba Fett, jest tym legendarnym łowcą nagród i zabije mnie za to, że widziałam go bez zbroi.
Wtedy rzuciłam się do ucieczki, ale on złapał mnie za nogę. Myślał, że pójdzie ze mną łatwo, ale mimo iż nie byłam inteligentna, to jednak potrafiłam się bronić. Kopnęłam go z całej siły w brzuch i potem w głowę. Chciałam uciec, ale jednak on nie stracił przytomności. Złapał mnie i powalił na ziemię i już myślałam, że mnie zabije, ale on tylko powiedział...
- Niezła... niezła jesteś... – sapnął gruby Hu’ttal. Odwrócił się na drugą stronę. Tak jak myślałam, był w słabej formie i szybko się męczył. Położyłam się obok niego i zapytałam:
- Co to za zebranie, na które tak się śpieszysz, aniołku?
- Ech, tam... tam takie. Uff...
- Co dokładnie?
- Och... po prostu zebranie... mojej firmy... mojej kochanej firmy! – mówiąc to Montaf rozryczał się. – Co ja gadam, przecież ja nienawidzę Gildii!
- Pracujesz dla Gildii Łowców Nagród... łau!
- Tak... niestety...
Przytuliłam się do niego... powoli dochodziłam do sedna sprawy.
- Nie lubisz swojej pracy?
- Och, nienawidzę jej! A teraz, kiedy odkryłem spisek mojego szefa... tego oślizgłego jaszczura.... sprawy mają się jeszcze gorzej! Och, gdybym go wtedy nie podsłuchiwał!
- Co usłyszałeś?
- Usłyszałem, że ma zamiar... że ma zamiar zniszczyć paru swoich wrogów na tym zebraniu. Innych członków Gildii i tego zasranego Bobę Fetta!
A więc o to chodzi, uśmiechnęłam się w duchu. Stary Cradossk ma zamiar wyeliminować paru swoich wrogów z Gildii... i jednocześnie zniszczyć Fetta oraz niekompetentnego pracownika, Hu’ttala. Cha, nie uda mu się, o nie!
- Posłuchaj aniołku, może już skończymy. Nie mam ochoty słuchać twoich ryków i przeżyć. Płać i idę...
Hu’ttal spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Myślałam, że zacznie na mnie wrzeszczeć, ale nie zrobił tego. Wyjął z kieszeni marynarki parę kredytów i dał mi je do ręki.
Ubrałam się i wyszłam z mieszkania. Idąc, wyobrażałam sobie, jak Hu’ttal odkrywa, że zostawiłam mu swoją torebkę. Nie myśli nawet, żeby pobiec za mną i mi ją oddać. Zaciekawiony otwiera ją, spostrzega bombę i po trzech sekundach....
B U M !!!
Nie, ja z pewnością nie jestem aniołem. Raczej diabłem...

Fett nie był zdziwiony. Powiedział, że tego się właśnie spodziewał i że potwierdziłam jego przypuszczenia.
- Dobrze wykonana robota. – Cha, a kto mnie tego nauczył? Po tym jak złapał mnie, stwierdził, że mam talent i że mogę zostać łowcą, tak jak on. Na początku zgodziłam się tylko by nie zginąć, ale potem spodobało mi się życie u boku Fetta. Pokochałam go, a on wyćwiczył mnie i dzięki temu stałam się jego prawą ręką. Kiedy tylko było jakieś trudniejsze zadanie do wykonania, wzywał mnie, bym mu pomogła, tak jak teraz. Chociaż cały czas się tego wypierał, wiedziałam, że mnie kocha.
- Phi, bułka z masłem. Co robimy teraz...? – zapytałam.
- Teraz... planujemy. Zrobimy Cradosskowi małą niespodziankę...

Froblib

froblib@poczta.onet.pl