[darkgirl||novelettes::=vbeta001a=::]
Wróæ do strony głównej Opowiadania

Lup...

Lup.

Lup!

Echhh...

Powalony swiat...

LUP! LUP!! LUP!!!

Sprintem do lazienki...

LUP!! LUP!

Potem do kuchni...

Lup!

Lod na leb...

Lup.

Kefir w gardlo...

Lup...

I juz po kryzysie. Dzien jak co dzien. Znaczy sie, jak w kazdy poniedzialek, po imprezie... poniedzialek?!

Nie bede staral sie opisac, jak na sasiadow podzialal widok pedzacego zablocona ulica rozczochranego delikwenta w papuciach i nocnej koszuli, z plecakiem przewieszonym przez ramie i spodniami w reku. Nie bede! ZA NIC!!! Ekhm... Ale jak wlasciwie to sie zaczelo?

Bylo juz troche po 22. Jedynym zrodlem swiatla byl monitor komputera, gdyz swiatla uliczne dawno rozpadly sie ze starosci, a w reszcie dzielnicy nie bylo pradu, tworzacy dookola siebie chorobliwa, niebieskawa poswiate. Mozna bylo w niej dostrzec twarz czlowieka... WROC!!! ...humanoida, nie grzeszacego zbytnio pieknoscia, ze sluchawkami na uszach i niegolonym nigdy jeszcze, mysim zarostem. Jego mlodociany wiek sprawial, iz fakt ten byl stosunkowo malo widoczny, jednak wedlug tak zwanych "kolegow" wystarczajacy, by stac sie obiektem ich niezbyt wyszukanych zartow. Nasz bohater wlasnie zajmowal sie rozwiazywaniem trudnego zadania ulozenia bloczkow w tetrisie, ktora to czynnosc umilal mu nieco ochryply juz, od darcia sie przez ostatnie trzy godziny, glos wokalisty Slipknota, gdy nagle przez otwarte okno jego pokoju wleciala, ni stad ni zowad, cegla. Zaintrygowany, zdjal sluchawki i podszedl do parapetu z zamiarem sprawdzenia tego dziwnego zjawiska. Wtedy tez uslyszal dwa zdania, zdania ktore w pozniejszym okresie zawazyly ogromnym ciezarem na jego reputacji i ocenach w szkole. Jednak na razie nie mogl o tym wiedziec...

- Fazer, do jasnej cholery, rusz ta tlusta dupe! O imprezie zapomniales?!

Slowa te powoli, ale nieuchronnie wdzieraly sie do jego swiadomosci, wywolujac rosnace zdziwienie, ale i zarazem radosc. Zdziwienie, gdyz rzeczywiscie zapomnial i - co wiecej - nie mogl sobie przypomniec, a radosc dlatego, ze zawsze lubil niespodzianki. Zmiana przyodziewku na bardziej odpowiedni byla kwestia chwili. Po kilku minutach byl juz na ulicy w towarzystwie dwoch ludzi. Zegnany przez swoje psy, majace lzy w oczach, oddalil sie wraz z przyjaciolmi na znaczna odleglosc od domu. Dopiero wtedy jeden z nich zaczal rozmowe.

- Ja piernicze, stary, co tym kundlom odbilo?

Zapytany poczul sie smiertelnie obrazony, w zwiazku z czym palna kolege z niewyparzona morda w tyl glowy.

- Milcz, grzeszniku! - Ryknal przerazliwie.

- On tak na swiezym powietrzu zawsze, nie przejmuj sie. - Szepnela do ucha pyskacza druga postac.

- Acha... Fazer, masz baseball'a?

W swietle przed chwila wlaczonej latarki ukazal sie przedmiot, przypominajacy raczej bron masowej zaglady, niz narzedzie perswazii bezposredniej, jakim byl w rzeczywistosci.

- Nie, a co to jest "bejsbol"?

- Na szczescie juz niedaleko. - Mruknela z nieukontentowaniem druga postac, eee... to znaczy Zielu.

Na tego typu rozmowach i wzajemnych lajaniach zeszla im cala droga. No, nie liczac tych dwoch spalowanych kotow i tej biednej babci... hmmm... Wlasnie, gdzie szli ci trzej, niczym Chaos w ciala smiertelnikow wcielony... Tfu! to znaczy, gdzie podazali ci trzej mlodziency? Odpowiedz wkrotce stanela im przed oczyma, niczym Syrenka z pustym bakiem na srodku skrzyzowania (ie. w najmniej odpowiednim miejscu). DYSKOTEKA! W pierwszej chwili, Fazer chcial wiac jak najdalej tylko mozna (nie pamietal juz biedaczek, ze to on wyskoczyl z tym pomyslem). Na szczescie, albo i nieszczescie jak kto woli, uczynni "przyjaciele" powstrzymali go przed daniem drapaka w pierwszym momencie paniki, po czym powoli i dobitnie wytlumaczyli mu, dlaczego juz za pozno na wycofanie sie.

- Kurde stoj, palancie jeden! Jak niby wrocisz do domu? Ciemno juz!

- Wlasnie, zostan, kurde, do konca, wtedy mozesz chocby i sam wracac, bo i tak dzien bedzie...

Wreszcie, po ich poltoraminutowych zachetach, tudziez grozbach, postanowil przynajmniej zajrzec do srodka. Bilety przez najblizsze pol godziny jeszcze nie byly potrzebne, wiec ci napakowani kolesie w tych fajnych wdziankach z paskami po bokach nie robili mu wiekszych problemow. Za to, nie wiedziec czemu, robili problemy nastepnemu klientowi. Na dzien dobry, jeden z bramkarzy rozpoczal z nim zazarta dyskusje. Jego argumenty wprawdzie byly uderzajaco wrecz oklepane, ale za to jakze skuteczne! Nieprzytomnego delikwenta ochroniarze wyniesli na prog.

Wracajac do rzeczy. To co Fazer i reszta druzyny zobaczyla w srodku, przekroczylo ich najsmielsze wyobrazenia. XXXXXXXXXXXXXXX (consored! w koncu to jest Polska...) Niestety, fatamorgana (cos jak woda na srodku pustyni, lub tylko 20% bezrobocie w naszym kraju) szybko sie rozwiala i oczom herosow ukazala sie naga prawda. Na sali, procz kilku podrygujacych w rytm techno kolesi, nie bylo nikogo. Zadnych "lasek"! Zupelnie inaczej natomiast przedstawiala sie sprawa pod barem, bedacym naturalnie czescia "infrastruktury" dyskoteki. Dzika masa ludzka klebila sie w konwulsjach przed zbiornikami z piwem lub wodka. Barmanki nie nadazaly z nalewaniem, tym bardziej, ze same tez juz byly pijane. Nagle jedna z nich, stary kaszalot po czterdziestce, w pijanskim amoku wyrwala z blatu stolu zbiornik z woda (wuda ;)), wlazla z nim na stol, po czym zaczela tanczyc go go. Rozlegl sie dziki wrzask przerazonych ludzi, krzyki o zmilowanie, milosierdzie. Sniadanie, obiad i kolacja jednego z wrzeszczacych znalazla sie na twarzy plasajacej barmanki. Ona natomiast, w ramach odwetu, rzucila w denata baniakiem wodki. Zielu, bo to on byl we wlasnej osobie, spojrzal na nia nieprzytomnie, grzecznie podziekowal, po czym szybko umknal, unoszac ze soba zdobycz.

- Hej, nie podzielisz sie?!!!!... - Ryknal za nim Fazer.

- Eeee... nie? - Odparl tamten na odchodnym.

- Psiakrew... - Nie dokonczyl jednak, gdyz na sale wparowali ochroniarze i zaczeli wypraszac ludzi na zewnatrz, w celu zakupu biletu. Fazera i jego kolegi, ktorego imienia Fazer nawet nie znal, rowniez to nie ominelo. Na szczescie dla nich, ochroniarze byli dzisiaj dosc wyrozumiali. To znaczy, oni o tym nie wiedzieli, wiec po tym jak juz wyladowali na murawie (standardem w takich przypadkach jest beton) Fazer zaczal wymyslac na ochroniarzy rozne wyzwiska. Bezimienny jego kolega powiedzial tylko jedno:

- Wy Barbary Streisand! - ...tym razem wyladowal na betonie.

Wiec, Fazer zostal na lodzie. Jego druzyna zostala permanentnie zdekompletowana, no coz, na imprezach trzeba sie liczyc z dosc duzymi stratami w ludziach. Najgorsze bylo to, ze wraz z sojusznikami utracil nawazniejsza rzecz w przypadku takich operacji- po ang. intelligence. Wszelka intelligence. Zaczal miotac sie po trawniku jak zaszczute zwierze (zaprawde, wzruszajacy musial to byc widok). Wlasnie zabieral sie do zjedzenia wlasnego ogona, jak to widzial ongis na discovery, gdy pokazywali wiezione w klatkach malpy, gdy przed nim stanela ONA! Nie, nie O. N. A., tylko ONA. Tak, ONA! Wiec kto? Po prostu ONA. Fazerowi szczeka opadla do stratosfery. Na drugiej polkuli. Wlasnie mial zamiar pojsc jej szukac, gdy ONA powiedziala:

- Hej, tygrysie, wprowadzisz mnie? - Zapewne niektorzy z was slyszeli o czyms co sie nazywa "pierwszym modelem wszechswiata Friedmanna"? No coz, Fazer wlasnie udowodnil slusznosc tej teorii... Szczeka nieszczesnika miala zamiar zrobic kolejna rundke "roun'de universe", jednak nie zdarzyla, gdyz ONA podniosla oslupialego Fazera z ziemi i wziela go pod ramie. Razem skierowali sie do kasy. To znaczy, ONA, on zemdlal. Podobnie jak kasjer i ochroniarze, wiec weszli bez przeszkod. Hmmm... Weszla. Anyway, w srodku juz nikt nie mdlal, gdyz bylo ciemno, pstrokato i w ogole jakos tak metnie.To prawdopodobnie ten bialy dym z rur w scianach. Bawili sie razem doskonale az do konca, a wteeeedyyyyyy Fazer wreszcie sie obudzil :(. Tuz obok dwoch kumpli i baniaka wodki... Zielu jednak sie podzielil...

Zaczynalo switac na zachodzie, WROC! ...wschodzie. Wstawal nowy dzien...

I to by byl juz koniec tej historii, gdyby nie jedno fundamentalne dla naszego istnienia pytanie: co w tej sytuacji zrobilaby Barbara Streisand???

 Jabba the Hut- Sooo, what would Barbara Streisand do,

                         if she was here today?

                         She'd propably kick an ass or two,

                         cous'e that's what'd Barbara Streisand do...

                                                       

                                                                            The End
Wszelkie prawa zastrzelone, bo opowiadanie i tak do odbytu, wiec kto by chcial to czytac? O kopiowaniu nie wspominajac, ale jesli wola- prosze Cie bardzo, ostrzegam jednak, za skutki nie odpowiadam. Jezeli tylko na koncu znajdzie sie rowniez moja xywka- nie ma problemu :).

fazer1@interia.pl

 

 

 

 

 

[darkgirl||novelettes::=vbeta001a=::]

(C) 2001 DarkGirl||darkgirl@net.e.pl