Hannibal

Dla każdego, kto ma do czynienia z kinematografią czy beletrystyką, nie będzie dziwne stwierdzenie, że kontynuacje są zazwyczaj gorsze od swoich pierwowzorów. Ale na szczęście zdarzają się takie sequele, które odnoszą większy sukces i są bardziej udane niż oryginały. Lecz do tego wąskiego grona - moim zdaniem - nie należy film Ridleya Scotta, którego tytuł dumnie panoszy się w nagłówku niniejszej recenzji.
Może się zdarzyć, że osobnik czytający te słowa, nie wie jakiego filmu dalszą częścią jest wspomniany "Hannibal". Takiemu czytelnikowi powiem dwa słowa: "Milczenie owiec". Jeżeli wciąż błysk zrozumienia nie pojawił się w oku danej persony, oznacza to, iż powinna ona czym prędzej wybrać się do najbliższej wypożyczalni kaset video i zaopatrzyć się we wspomniany tytuł, o jakże wymownych inicjałach MO.
"Hannibal" opowiada historię agentki FBI Clarice Starling, która po dziesięciu latach od ostatniego spotkania z tytułowym bohaterem, wciąż o nim myśli i nadal jest nim w pewien sposób zafascynowana. Dr Lecter w tym czasie jest kustoszem biblioteki florenckiej, ale wydaje się nie rezygnować ze swoich specyficznych zwyczajów, a zwłaszcza z diety, której fundamentem jest ludzkie mięso. Swoje prywatne śledztwo w sprawie Lectera prowadzi bogaty i wpływowy milioner, który od ostatniego z nim spotkania, porusza się na wózku inwalidzkim, a jego twarz wygląda, jakby przejechało po niej coś bardzo ciężkiego. Bogacz, korzystając ze swoich rozległych kontaktów i finansowej siły przebicia, uzyskuje nowe informacje i reanimuje dochodzenie FBI. Po pewnym czasie agentka Starling wpada na trop ściganego, a we Florencji tamtejszy policjant przypadkowo dowiaduje się kim jest człowiek pracujący na stanowisku kustosza i z myślą o ogromnej nagrodzie od wspomnianego wyżej krezusa rozpoczyna nań polowanie.
Moje uczucia do "Hannibala" są idealnie ambiwalentne. Po wyjściu z kina byłem raczej zawiedziony, choć kilka elementów filmu podobało mi się, lecz gdy samotnie wracałem do domu, a noc, cisza i atmosfera mistyki stworzyły odpowiedni nastrój, mój umysł znalazł wiele elementów, które podczas seansu przeoczyłem.
Ważną w filmie Ridleya Scotta wydaje się być kwestia chciwości i zdrady. Reżyser porównuje włoskiego policjanta, bezwzględnego, dążącego po trupach do schwytania dr Lectera, do znanego skądinąd Judasza. Lojalnością i uczciwością nie mogą się też poszczycić pracodawcy Clarice Starling, przyjmujący łapówki i zagrywający niezgodnie z prawem li tylko dla dobra własnej kariery.
Najbardziej sugestywna nie była dla mnie jednak scena ukarania chciwca, ale inna, którą zatytułowałbym "O władzy, czyli że w każdym z nas czai się zło". Zaczyna się ona następująco: Hannibal ucieka z agentką FBI z pomieszczenia, w którym znajdują się zabójcze zwierzęta, a kilka metrów nad nimi siedzi na wózku wiadomy milioner, mający za plecami swojego lekarza. Lecter krzyczy do tego drugiego: "Czemu go nie popchniesz" Zawsze możesz zrzucić winę na mnie!?, a medyk, człowiek - wydawałoby się - nie do końca zepsuty (o czym świadczyć mógłby choćby fakt, że nie chciał oglądać torturowania Hannibala), czując, że ma władzę, że życie jego przełożonego, osoby wręcz nieprzyzwoicie majętnej, leży w jego rękach, spycha go na dół ze złośliwym uśmieszkiem przywodzącym na myśl idiomatyczne "Schadenfreude", gdzie tamten ponosi straszliwą śmierć. Genialna psychologia!
A takich momentów kojarzących mi się z narracją Dostojewskiego ze "Zbrodni i kary" jest w filmie znacznie więcej, że wspomnę chociażby gierki, które tytułowy bohater przeprowadza z chciwym włoskim policjantem. Niemniej jednak w dziedzinie badania umysłu człowieka wyższe noty przyznaję "Milczeniu owiec". Do końca życia nie zapomnę scen rozmów z zakładu psychiatrycznego, tego napięcia, tej cudownej atmosfery mieszaniny grozy i mistyki, jaką roztaczali wokół siebie dyskutujący Anthony Hopkins i Jodie Foster.
A propos Jodie Foster, to wolałem ją w roli agentki Starling. Była ona bardziej naturalna, a hardość granej przez nią postaci wydawała się być powodowana wrodzoną siłą charakteru, podczas gdy w przypadku Julianne Moore wyglądało to na skutki przesadnej pewności siebie i narcyzmu. Jednak w tej kwestii zdania są podzielone i znaleźliby się ludzie nie zgadzający się ze mną.
Jest jednak element, który mnie w "Hannibalu" raził - wszechobecna przemoc, przybierająca tu rozmiary gargantuiczne, przekraczająca wszelkie, nawet najbardziej liberalne granice dobrego smaku. Nie mówię, że należałoby zakazać projekcji tego filmu z powodu brutalności, bo wiem, że to tylko fikcja, obraz, a wszystkie zmasakrowane zwłoki, dyndające flaki czy inne smakołyki są jedynie realnie wyglądającymi rekwizytami. Niemniej jednak to, co w mniejszych ilościach mogłoby być dobrym tłem do filmu, nadającym klimat i specyficzny ton, tutaj przyjmowało charakter niemal groteskowy i w ogromnym stopniu kolidowało z klasą, manierami i wytwornością Lectera.
Do plusów najnowszej produkcji Ridleya Scotta można by zaliczyć również świetny czarny humor, czy doskonałą kreację tytułowego bohatera, którego - pomimo jego zwyczajów - nie da się nie polubić. Dr Lecter jest człowiekiem posiadającym styl, niecodziennie inteligentnym, z którym można by rozmawiać godzinami, a na pewno nie zaznałoby się nudy.
Ogólnie uważam "Hannibala" za niezły film, dość dobrą kontynuację pierwowzoru, lecz nie jest to arcydzieło, które polecałbym każdej napotkanej osobie. Produkcję tę zobaczyć warto, ale nie powinno oczekiwać się odeń dorównania "Milczeniu owiec".

Phnom Penh ( phnom_penh@poczta.onet.pl )

_____________________
Postanowiłem dodać na temat tego filmu coś od siebie. KICHA!!! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to absolutnie nieprofesjonalne określenie i bez odpowiednich argumentów brane pod uwagę być nie może.
Zacznijmy od faktu, że jest to sequel "Milczenia Owiec". Jak na drugą część tego filmu [który bądź co bądź jest naprawdę bardzo dobry] to zdecydowanie brakuje mu klimatu. Nie ma grozy, na szkodę dla filmu została ona zastąpiona obrzydliwą dawką przemocy. Szczerze mówiąc jedyne dreszcze jakie mnie przeszly podczas oglądania tego filmu to były te kiedy się zorientowałem, że droga do łazienki jest zbyt daleka i jeśli mój żołądek nie wytrzyma niektórych scen to nie będzie ciekawie. Jednym słowem film bardziej wywołuje obrzydzenie niż straszy.
Jedynym ratunkiem dla filmu jest Sir Anthony Hopkins [teraz należy go tytułować], który mimo nieciekawego scenariusza i braku klimatu, zagrał wspaniale. Do tego jednak, że aktor ten ma talent zdążyłem się już przyzwyczaić i nie było to dla mnie szokiem. Choć powiem szczerze, że abdsurdalna wręcz okrutność [scena z mózgiem - kto widział ten wie] nie pasuje mi do wielce kulturalnego doktora Lectera.
Przez cały czas, który poświęciłem na obejrzenie "Hannibala" zdawało mi się, że to wszystko jest takie bardzo plastikowe, takie sztuczne i takie "na siłę". Nie dość, że się strasznie na nim wynudziłem [bo niesamowicie mi się dłużył] to jeszcze zepsułem sobie humor i apetyt na resztę dnia.

troy      



>>Powrót do AMFILM<<