Jak zdawałam prawo jazdy
Ledwie dostałam dowód osobisty a było to w czerwcu 1999 roku od razu postanowiłam zapisać się na kurs prawa jazdy szczególnie że ojciec okazał się wyjątkowo hojny i wspaniałomyślnie postanowił opłacić mi ten kurs. Ogłoszenie znalazłam na ścianie mojego liceum a rozmawiający ze mną pan instruktor był wyjątkowo sympatyczny więc nie namyślając się długo podjęłam pierwszą samodzielną decyzję - idę na kurs. Było to tuż przed wakacjami więc pomyślałam że w ciągu dwóch miesiący powinnam się wyrobić szczególnie że pan T. zapewniał mnie iż już w połowie sierpnia będę miała prawo jazdy. Teoria była zniewalająco nudna w dodatku zupełnie nie rozumiałam które auto ma pierwszeństwo - zresztą koleżanki to samo. Panu T. bardziej przypadła do gustu inteligentna płeć męska która w mig wiedziała o co chodzi i z gniewem odpowiadał /albo i nie/ na pytania mojej płci. Po tych obowiązkowych 11 godzinach teorii przyszedł czas na praktykę. W życiu nie siedziałam za kierownica a pan L. kazał mi jechać na miasto. Kolejne godziny spędziłam na parkingu gdzie non stop ćwiczyłam tunel a pan L. dziwił się jak można być takim tępym uczniem i nie umieć wjechać prosto do przodu i wyjechać do tyłu. Ja nie umiałam. Kiedy w końcu zrozumiałam o co chodzi minęło 13 godzin. Potem w wielkim pośpiechu uczono mnie koperty oraz parkowania tyłem i przodem. Na naukę zawracania oraz wyjazdu z ręcznego poświęcono 1 godzine a na mieście niby uczyłam się jeździć kiedy dojeżdżałam do parkingu. Minął lipiec i połowa sierpnia, wyjeździłam 20 godzin, pan L. postanowił iśc na urlop a pan. T właśnie z urlopu wrócił i zaczęło się. Najpierw kazał mi dokupić 4 godziny, potem kolejne i kolejne i w końcu przyszedł wrzesień i zaczęła się szkoła a pan T. wciąż nie chciał mi wydać zaświadczenia tłumacząc że nadal nie umiem jeździć i co się będę kompromitować. Postanowiłam pana T. podejść sprytem i na kolejnej xxx - tnej dokupionej lekcji zaczęłam mu tłumaczyć że potrzebuję zaświadczenie do pójścia na egzamin teoretyczny no bo zaczęła się szkoła i chciałabym zdać choć teorię. Pan T. z wielkim zatroskaniem oznajmił że da mi zaświadczenie pod warunkiem że nie pójdę na praktyczny. "Ależ oczywiście psze pana" - przytaknęłam. Zaświadczenie dostałam 5 września a 8 zdałam bezbłędnie teorię i od razu rzecz jasna zapisałam się na egzamin praktyczny. No bo co? Tyle godzin już przejeździłam a wciąż jestem w punkcie wyjścia a w końcu kiedyś muszę iść na egzamin szczególnie że ojciec zapłacił mi kurs ale dodatkowe lekcje musiałam opłacić pieniędzmi z osiemnastki. Pan T. kiedy dowiedział się że jednak zapisałam się na praktyczny najpierw na mnie nawrzeszczał a potem kazał dokupić kolejne lekcje. 16 wrzesnia miałam po raz pierwszy egzamin. Tunel wyszedł mi pięknie a parkowanie do tyłu nie wyszło wcale. Pan egzaminator był wredny i po mnie nakrzyczał. Od razu go znienawidziłam i oczywiście oblałam. Zaraz na następny dzien zapisałam się po raz kolejny na egzamin i zadryndałam do swojego instruktora. Pan T. kiedy dowiedział się co oblałam powiedział że jestem tuman i musiałabym u niego dokupić przynajmniej 10 godzin bo nie umiem jeździć ani na parkingu ani tym bardziej na mieście. Nie zdecydowałam się na tę "kuszacą" propozycję - w końcu 35 zł za godzinę to majątek a co dopiero 10 godzin. Na drugi egzamin poszłam nie wiadomo po co ponieważ od pierwszego egzaminu nie dokupiłam żadnej lekcji. Po ponownym oblaniu tego samego co wcześniej na pewien czas zrezygnowałam z kontynuowania jazdy szczególnie że pan T. nie chciał mnie widzieć na oczy a i ja nie chciałam już się uczyć u niego i płacić mu za to aby mi wymawiał iż jestem przypadek beznadziejny. Na dodatek byłam za nieśmiała aby iść do innego instruktora. Czas leciał, nauczyciele dawali w kość a ja spoczęłam na laurach. Pewnego dnia przeglądając pewną gazetę w rubryce "poznajmy się" zobaczyłam zdjęcie nie kogo innego tylko mojego pierwszego egzaminatora. Odtąd zdjęcie to nosiłam przy sobie i każdemu przyszłemu kierowcy który szedł na egzamin pokazywałam tego wrednego faceta który miał czelność na mnie krzyczeć. 18 października przypadkowo przechodziłam obok ośrodka szkolenia i zaczepiłam stojącego przed nim faceta. Przełamujac nieśmiałość zapytałam czy mogę dokupić jazdy? Facet zmierzył mnie wzrokiem i spytał się od kogo czyli od jakiego instruktora jestem? Wyjaśniłam że od pana T. Pan S. pokiwał ze zrozumieniem głową i od razu zapisał mi termin jazdy. Oczywiście musiałam dokupić kolejnych 6 godzin - jednak postanowiłam poświęcić kasę i w końcu sukcesywnie zakończyć zaczęty w czerwcu kurs. Już po pierwszej jeździe umiałam za każdym razem wjechać kopertę jednak osoba pana S. była okropnie stresująca. Facet to łapał mnie za kolano, to za sweter, opowiadał zbereźne kawały i takie same też piosenki śpiewał a w dodatku zaczął mnie dziwnie nazywać. Zacisnęłam zęby ale po trzeciej godzinie jazdy z ręką pana S. na kolanie poskarżyłam się pracującej w ośrodku pani, która okazała się być żoną pana S. i dzięki której pan S. się trochę uspokoił. 5 godzin przejeździłam na parkingu - wszystko umiałam przejechać tylko ten nieszczęsny tunel... W końcu pan S. powiedział żebym szła się zapisać na egzamin bo jeździć umiem. Co miałam zrobić? Trzęsąc się ze strachu zapisałam się na 16 listopada. 14 listopada nagle spadł śnieg. "Super" - pomyślałam - "Uczyłam się jazdy w środku lata a tu śnieg..." No ale raz kozie śmierć. Tuż przed egzaminem miałam jeszcze jedną godzinę jazdy. W pewnej chwili patrząc na zegarek oznajmiam pan S. że za 7 minut będzie egzekucja. Pan S. zbladł,
zaklął a potem wystraszony powiedział że zapomniał sobie o moim egzaminie. Od razu kazał mi się przenieść z fotelu kierowcy na fotel pasażera i zapominając o pasach przez środek miasta jechał stówą przejeżdżając na czerwonych światłach abym zdążyła na 14:00 na plac egzaminacyjny. Widząc iż instruktor pali papierosa za papierosem mówię "Co się pan tak denerwuje? Przecież to ja zdaję ten cholerny egzamin". Jednak pan S. coś burknął i chwycił za kolejnego peta. Dojechałam punktualnie. Ponieważ mojego egzaminatora jeszcze nie było poszłam porozmawiać sobie z miłym panem woźnym który po pierwszych oblanych egzaminach bardzo mnie pocieszał. Tym razem poszedłszy do niego oznajmiłam że jak dostanę tego pana - tu wyciągnęłam zdjęcie pierwszego egzaminatora - to ucieknę stąd i już. Pan woźny popatrzył na zdjęcie, uśmiechnął się, powiedział "B. jak żywy" i pokazał mi faceta który będzie mnie egzaminował. I któż to był? Oczywiście facet ze zdjęcia. Trochę się wystraszyłam bo wiedziałam że jest to były nadkomisarz policji no i miałam niezbyt przyjemne wspomnienia z pierwszego egzaminu ale byłam zbyt tchórzliwa aby cichaczem opuścić plac. Parking cudem przejechałam poprawiając tunel i kopertę. Czekając aż pojadę na miasto siedziałam wraz z grupką osób próbujac je zabawić opowiadaniami o poprzednich egzaminach i instruktorach. Dziewczyny miały ochotę mnie zabić i twierdziły że tak krakam iż
na pewno obleję. Na miasto jechałam gdy już było ciemno wraz z 3 osobami trzęsącymi się ze strachu. Ja byłam spokojna - może dlatego że zanim wsiadłam do "L" z napisem egzamin przybiegł pan woźny i wskazując na mnie powiedział do egzaminatora "O! To jest ta pana fanka która nosi pana zdjęcie w portfelu". Nie powiem - czerwona musiałam być okropnie bo czułam jak pomimo mrozu pieką mnie policzki ale uspokoiłam sie. Pojechałam jako pierwsza ucinając sobie bardzo przyjemną pogawędkę z nielubianym dotąd egzaminatorem który okazał się bardzo rozmownym i miłym człowiekiem. Bezbłędnie przejechałam dość trudną trasę i ... zdałam. Z wrażenia zapodziałam gdzieś zdjęcie pana egzaminatora. Potem przez kolejne dni miałam straszną chrypę. Dlaczego? Bo cały egzamin trwający od 14:00 do 20:00 spędziłam mając na gołych stopach tylko meszty. O skarpetach jakoś zapomniałam. W grudniu, po 6-ciu miesiącach od rozpoczęcia kursu w końcu otrzymałam wymarzony różowy kartonik który kosztował mnie i sporo pieniędzy i sporo cierpliwości i sporo czasu. Do tej pory nie odważyłam się policzyć ile mnie ten cały kurs wyniósł ale myślę że jakieś 1500 - 1600 zł. Przeklinam pana T. bo pan S. uświadomił mi że jestem dobrym kierowcą mimo iż przejeździłam z nim tylko 6 godzin i to wszystkie na parkingu. Domowym samochodem jeździłam kilka razy z bratem obok. Na zakręcie trochę mnie wybija no i z parkowaniem są małe problemy nie wspominając że zupełnie nie umiem jeździć dookoła ronda ale cóż... "praktyka czyni mistrza".
anna1981@poczta.fm