Nauczycielki od infy

 

Zacznę może od słów, iż po przeczytaniu różnych textów z AM o „informatykach” lub informatyczkach uczących w szkołach, pękałem ze śmiechu. Myślałem, że tylko mnie uczyły takie idiotki. No, ale do rzeczy :(. 

 

Informatykę miałem już w ósmej klasie podstawówki. Uczyła mnie baba (koło trzydziestki). Nie miało to jednak większego znaczenia – bo co tam wiek; liczy się wiedza :). Lekcje z nią były koszmarem. Na każdej lekcji było (żeby nie skłamać) miej więcej 4 strony A5 do pisania. Kto nie pisał – pała. Kto zapomniał zeszytu – pała. Najgorsze było to, że nawet ci co wszystko umieli – musieli pisać. A były to strony miej więcej takiej treści. Cyt: (nie patrzcie na to z przymrużeniem oka – It`s all true!!!) Aby skopiować jeden plik do innego katalogu w Norton Commander należy najpierw podświetlić ten plik w dowolnej – lewej lub prawej kolumnie, następnie naciskając klawisz TAB przejść na drugą i odszukać wybrany katalog... i tak dalej. Pod koniec semestru każdy miał już po trzy zeszyty z informatyki (80 kartkowe, żebyście mieli jasność sytuacji :((((( ). I tak z infy dostałem na koniec szóstkę, ale jaką mękę musiałem przechodzić. I na dodatek babka mówiła, że się mi to przyda. AHA! Nawet nie pytajcie jaki sprzęt profesjonalny :))) mieliśmy w tzw. szkole. Jedna 386`tka, a reszta to Makintosze (sztuk 3) – Sorry, ale nie wiem jak się to pisze.

 

Kiedy przeszedłem do szkoły średniej, zorientowałem się, że tamta babka od kompów w porównaniu z tą to małe piwo (bezalkoholowe, rzecz jasna :)))))). Pierwsze wrażenie było następujące: stara, około 50, w domu ma pewnie 286. Było co prawda trochę więcej komputerów w pracowni komputerowej (jeśli można to tak nazwać), ale rzecz miała się następująco. Siadam przy pierwszym: 486, 8 MB RAM. Patrzę: WINOWS 98!!! Wgrywa się 12 minut – z kumplem liczyliśmy z zegarkiem w ręku :((((. Siadam do drugiego sprzęta, odpalam: P200, 32 MB RAM!!! Co widzę. Kilkanaście sekund – Win. 3.11. O Boże!!! Co za debilizm. Ale czy to koniec jej głupoty? Otóż nie!

 

Akurat był sprawdzian z Worda. Każdy siedział sobie przy komputerze i miał w 45 minut napisać jakąś fajną, kolorową stronę (na czarno-białych monitorach oczywiście). Babka kazała wkleić jakieś rysunki, Wordarty i tym podobne. Dopóki pisałem, wszystko było dobrze, ale gdy chciałem wstawić sobie Clipa, to „pół godziny” Kur.. (za przeproszeniem) mi ten Clip wstawiał. Na końcu ktoś oddaje pracę, a ona się dziwi, dlaczego strona jest tak mało bogata. Mój kolega, chciał już jej powiedzieć, że w jego komputerze jest za mało RAMU na takie wybryki, ale się niestety powstrzymał :((((. Mało tego. Pewnego razu (podczas podobnego sprawdzianu) po dwudziestu minutach wyłączyli prąd. Prawie wszyscy się skarżą, że już nie zdążą do końca lekcji dokończyć pracy, a ona jakby obrażona mówi: Trzeba było sobie zapisać pracę!! To ja się zastanawiam: Ciekawe kiedy? Tuż przed wyłączeniem??? Potem zaczęła nam tłumaczyć, że ona to co cztery minuty sobie zapisuje, bo coś się może zdarzyć. Może ona ma w domu komp, gdzie co kilka minut krytyczny wyjątek jest na porządku dziennym, ale co to mnie obchodzi.

 

Ostatnia wkórw..... sytuacja miała miejsce bodajże w styczniu. Była związana też ze sprawdzianem. Był wtorek. Babka zapowiada sprawdzian z informy na poniedziałek. Wszystko jest w porządku, nikt nic do niej nie ma. Następnego dnia (środa) baba z polskiego również zapowiada spr. w poniedziałek. Wobec tego baba od infy jest tak miła i przekłada nam sprawdzian na wtorek. OK.!!!- wszyscy myślą. Ale to nie koniec. Jest poniedziałek. Nie ma baby z polskiego – zachorowała. Idziemy na infę. I co jest! – SPRAWDZIAN.

-         Ale proszę panią – krzyczy klasa – miało być jutro!

ONA: No tak. Ale przecież był przełożony, bo dziś mieliście mieć z polskiego. Nie ma pani XXXXX, no to macie z informatyki, tak jak było wcześniej mówione.

 

I co wy na to? Czy to normalne zachowanie? Moim zdaniem nie. Kończę już bo się zdenerwowałem. U mnie w klasie było jeszcze kilka takich sytuacji, ale na razie zostawmy to w spokoju.

 

 

Copyright: RSK z Gdańska