Czasami jak nic szczególnego nie ma do roboty, lubię sobie podumać. Kładę się na wygodnym wyrku, na uszy zakładam słuchawki, odpalam spokojną, nastrojową płytkę (np. Dido albo Vangelis). "Lepiej sobie popykać w Kfaka". Jasne że lepiej - tylko trzeba jeszcze mieć niezłego kompa, mój dziadek pentium200mmx niezbyt rozumie się z tymi nowymi, wybajerowanymi grami. A tak bym sobie potrzaskał w Fallout: Tactics - eh, life is brutal... :(
Ale ja nie o tym. Ostatnio tak leżąc zerknąłem na półkę z książkami ustawioną w mym pokoju. Część z nich to literatura popularno-naukowa, reszta to beletrystyka i literatura poważna - czyli lektury (nie odbiło mi do tego stopnia by z własnej woli czytać np. Żeromskiego). Zacząłem się zastanawiać jakie ciekawe lektury na przyszły rok przygotuje nam pani polonistka. Znając jej wielkie zamiłowanie do tego, co niezrozumiałe, pewnie będą one równie przyjemne w czytaniu co te z zeszłego roku.
Jako że jestem osobą potrafiąca (sic!) i lubiącą czytać książki, postanowiłem wypisać na kartce listę lektur szkolnych, które mi się podobały (przeczytałem wszystkie lektury - z wyjątkiem jednej noweli bodajże Prusa, której tytułu nie pamiętam, ale to było jeszcze w podstawówce, a ja chorowałem). OK, nic prostszego. Wziąłem więc kartkę, długopis i... po chwili je odłożyłem, gdyż nic mi nie przychodziło do głowy. Przecież to niemożliwe, tyle było tych książek...! Po długiej, naprawdę długiej chwili wyodrębniłem następujące tytuły: "Krzyżacy" H. Sienkiewicza. Jak to? Jeden tytuł? No właśnie. W liceum sprawa wygląda tak samo: na tą chwilę jedyną lekturą, którą "dało się czytać" było "Quo Vadis", również autorstwa Henryka Sienkiewicza. Co jest? Czy to ja jestem takim idiotą nie potrafiącym docenić piękna Prawdziwej Literatury? Być może, ale pragnę nieśmiało zauważyć, że nie jestem odosobniony w swej opinii na temat lektur.
Moim skromnym zdaniem umieszczanie w spisie lektur książek takich, jak np. "Syzyfowe prace" Żeromskiego (8 kl. podstawówki) albo "Ludzie bezdomni" tegoż autora bądź też "Lalka" Prusa z całą pewnością nie zachęci polskiej młodzieży do czytania książek - wręcz przeciwnie. Przeciętny młodzianin po przebrnięciu przez taką "Lalkę" rzuci ją w kąt i ze łzami w oczach spojrzy na kolejną, równie ambitną lekturę. I pomijam już fakt, co oni karzą biednym nastolatkom robić po przeczytaniu lektury. Dziesięciostronicowe charakterystyki bohatera albo rozprawki na temat "czy XXX postąpił dobrze na stronie 357 i jaki to miało wpływ na otoczenie?". I po co to wszystko? Cóż, najwyraźniej komuś na górze się wydaje, że nastolatek po przebrnięciu przez piekło, którym niewątpliwie są niektóre lektury i związane z nimi praktyki stosowane w szkołach, będzie młodym intelektualistą. Nie ważne, że gdy usłyszy jedno z kluczowych słów "lektura", "Żeromski", "Prus" lub "poezja" chce mu się za przeproszeniem rzygać.
Pragnę również zauważyć, że panom z oświaty nie przyszło do głowy, by próbować jakoś zachęcić młodzież do czytania książek. Wiadomo, że lwia część nastolatków uwielba fantastykę. Niestety, wielu z nich tylko w wydaniu filmowym. No i po co mają sięgać po książki Dicka, skoro mogą sobie szybko i łatwo obejrzeć film w tv? A wystarczyłoby im pokazać, ile tracą, umieścić w spisie lektur choćby jedną, wartościową książkę s-f lub fantasy Dicka, Lema, Tolkiena albo Pratchetta - niekoniecznie kosztem tych ambitnych tworów Prusa czy Żeromskiego. Skoro tak zależy panom z oświaty, żeby młodzież "zaliczyła" "Lalkę" i "Ludzi bezdomnych", dlaczego nie zależy im, aby po przeczytaniu tych książek nastolatek sięgnął po kolejne?
Kończe z nadzieją, że ktoś jeszcze coś na ten temat powie/napisze. Kto wie - może nawet ktoś się ze mną zgodzi. ;)
Ubique - ubique2@wp.pl