HA, HA, HOROSKOPY...
W 15 numerze AM ukazał się tekst Yarpena Zigrina traktujący o astrologii. Rzekomo. Jest on bowiem klasycznym przykładem krytyki astrologii, która astrologii w ogóle nie dotyczy. Autor bowiem najwyraźniej nie ma bladego pojęcia o przedmiocie swej tyrady i krytykuje tak naprawdę jedynie swoje wyobrażenia o tym, czym jest astrologia, nie zaś ją samą. W jego tekscie zaś nie ma niemalże jednego prawdziwego zdania. No, może poza tym kiedy i gdzie narodziła się astrologia (było to tak dawno, że spory na ten temat pewnie nigdy się nie skończą) i tym, że niegdyś była wykładana na uniwersytetach.
Ze względu na gorący politycznie czas, miałem zamiar popełnić do tegomiesięcznego AM tekst o współczesnych homo politicus i obywatelach dzisiejszych demokracji ("Buntu mas nie będzie"). Chyba jednak nie zdążę. Czas bowiem jak najprędzej wyjaśnić kwestię statusu bliskich mi sztuk mantycznych, a w szczególności zaczepionej już astrologii, zanim na łamach AM wybuchnie dyskusja oparta jedynie na fałszywych przesądach, wyobrażeniach i niewiedzy, a którą niełatwo byłoby z tych torów sprowadzić.
Na samym początku chciałbym jednak wyraźnie zaznaczyć, że tekst niniejszy nie ma na celu NIKOGO PRZEKONAĆ DO STOSOWANIA ASTROLOGII. Ma on na celu jedynie pokazać czym jest NAPRAWDĘ astrologia. Jakie wnioski z tego wyciągniecie - your bussines. Chodzi mi o to, aby nie powtarzały się teksty takie, jak ten Yarpena. Jeśli chcecie krytykować - krytykujcie astrologię, a nie to, co wy za astrologię uważacie.
Tekst Yarpena jest tak zdawkowy, że nie sposób zbudować rzetelnej polemiki, odnosząc się jedynie do poruszonych przez niego kwestii. Stąd postaram się powiedzeć czym jest, a czym nie jest współczesna astrologia. Do tez Zigrina odniosę się, niejako przy okazji, gdy nadarzy się po temu sposobność.
Zanim ad rem przejdę jeszcze małe dementi. Nie jestem astrologiem - nie mam własnego doświadczenia (poza umiejetność rysowania kosmogramu nigdy nie wyszedłem) - to, co wiem uzyskałem dzięki kilkuletniemu interesowaniu się sztukami mantycznymi (należą do nich astrologia właśnie, tarot, numerologia itp.) i wielu lekturom. Stąd zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej i ja, próbując te kwestię wyjaśnić, nie ustrzegę się pewnych błędów. Z góry przepraszam.
Na początek zdałoby się napomknąć o podstawach astrologii.
Jest ona sytemem wiedzy, majacym na celu opisanie człowieka, konkretnego człowieka. Myślę, że można powiedzieć, że oferuje ona instrumenty do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: "Kim jestem? Dokąd zmierzam?". Nie jest więc ona (wbrew literalnemu rozumieniu jej nazwy) nauką o gwiazdach, ale o człowieku.
Instrumentami jakimi posługuje się astrologia w tym celu są:
1)określenie położenia, istotnych z jej punktu widzenia, ciał niebieskich względem przedmiotu badania (np. człowieka)
2)jego INTERPRETACJA
Opiera się ona na założeniu, że położenie ciał niebieskich (głównie) naszego układu słonecznego nie są dla człowieka obojętne.
Wydawać by się mogło absurdalne twierdzenie, że np. Jowisz ma jakiekolwiek znaczenie dla mojego życia. Ale jednak np. plamy na Słońcu (tzn. miejsca o niższej temp.) mają wpływ na zjawiska magnetyczne na Ziemi (te zaś nie pozostają obojętne dla organizmów żywych). Ciekawym wydać się może także to, że badanie jakości transmisji fal radiowych przy różnym sposobie ułożenia planet względem siebie, przyniosło odkrycie, że zakłócenia wystepują znacząco częściej, gdy planety te pozostają względem siebie w odległościach kątowych, uznawanych przez astrologię za nieharmonijne. Może planety są czymś na kształt anten, ściągających jakieś promieniowanie kosmiczne, które tak jak pola elektryczne, magnetyczne, grawitacja, fale radiowe, światło odziałuje na to, co żyje na Ziemi? Kwestią pozostaje to "jak"?
Obiekty kosmiczne jako rezonatory kosmicznego promieniowania, to jedno z potencjalnych uzasadnień systemu symboli astrologicznych. Znam jeszcze jedno - mnie bardziej przypadające do gustu - postulat istnienia zjawiska synchroniczności, ale o nim później.
Piszę o ciałach naszego układu słonecznego, bo współczesna astrologia bynajmniej nie zajmuje się gwiazdozbiorami. Podstawowe znaczenie mają tutaj: Słońce , Księżyc, Merkury, Wenus, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton. A więc osiem (nie 5 jak pisze Yarpen) planet, gwiazda i naturalny satelita Ziemi - wszystkie jednak dla uproszczenia zwane PLANETAMI. Poza tym niektórzy astrologowie uwzględniają też planetoidy (niektóre) znajdujace się w naszym układzie słonecznym i (jeszcze rzadziej) inne niż Słońce gwiazdy.
Prawdą jest, że Znaki Zodiaku wzięły swe nazwy, którymi posługujemy się do dzisiaj, od gwiazdozbiorów, na tle których się znajdowały w czasie, gdy nazwy te były im nadawane. Ze względu na zjawisko precesji, o którym wspomina Yarpen, teraz już mają inne tło. A więc Znaki Zodiku nie są powiązane z gwiazdozbiorami? Dokładnie tak. Czym więc są?
Są one wycinkami ekliptyki. Spoko, spoko, już tłumaczę. Ekliptyka to POZORNA droga jaką Słońce przebywa wokół Ziemi w ciągu roku. Jej pozorność wynika z tego, że tak naprawdę to Ziemia krąży wokół Słońca. Z Ziemi wygląda to jednak nieco inaczej. Tym punktem widzenia posługuje się również astrologia. Nie znaczy to, że astrologowie nie przyswoili sobie jeszcze kopernikańskiego odkrycia.
System astrologiczny nie jest bowiem, wbrew pozorom, systemem geocentrycznym (który można stawiać w opozycji do heliocentrycznego). Jest ona systemem HOMOCENTRYCZNYM - patrzy w niebo z punktu widzenia człowieka (czasu i miejsca, w którym się on znajduje), bo człowiek stanowi przedmiot jej zainteresowania.
Znaki Zodiaku powstają z podzielenia owej ekliptyki (360°) na 12 równych wycinków (po 30°). Są to:
Baran, Byk, Bliźnięta, Rak, Lew, Panna, Waga, Skorpion, Strzelec, Koziorożec, Wodnik, Ryby.
Przestrzeń pierwszego z nich - Barana - rozpoczyna się zawsze w punkcie przecięcia ekliptyki z równikiem niebieskim (tzn. przedłużeną w kosmos płaszczyzną równika ziemskiego). Jej przecięcie ze zwrotnikiem Raka wyznacza początek znaku Raka, a ze zwrtonikiem Koziorożca - Koziorożca.
{Tak po prawdzie, to oprócz tak rozumianego Zodiaku tzw. zwrotnikowego, używany jest także gdzieniegdzie Zodiak gwiazdowy - syderyczny, uwzględniający wspomniane już zjawisko precesji. Wiem o nim jednak tylko tyle, że w Europie jest b. mało popularny}.
Horoskop czy inaczej kosmogram jest więc niczym innym niż mapą nieba widzianego z Ziemi w czasie i miejscu interesującego nas wydarzenia, dla którego kosmogram ów kreślimy.
Ma on kształt koła (360°) - rzutu ekliptyki na płaszczyznę kartki, z zaznaczonymi 12 Znakami Zodiaku, a także 12 Domami horoskopu (różne są systemy ich wyznaczania i brak jest szerszej zgody, co do ewentualnej wyższości jednego nad drugim).
Na tym tle zaznacza się także Planety, które pozostają względem siebie oraz względem innych istotnych punktów kosmogramu w określonych odległościach kątowych czyli Aspektach - jedne z nich mają, zdaniem astrologów, działanie harmonizujące (np.60° czy 120°), inne - dysharmonijne (np. 90° czy 180°). To właśnie przy wzajemnym ułożeniu planet pod kątem 90 czy 180° oraz 0° J.Nelson stwierdził zwiększone zakłócenia fal radiowych.
Znaczenie wspomnianych elementów kosmogramu w niezwykle treściwy i trafny zarazem sposób podają Leszek Weres i Rafał T. Prinke w swej "Mandali życia" stwierdzając, że: Planety określają rodzaj oddziałującej energii, Aspekty - jakość tego oddziaływania, Znaki Zodiaku - sposób jego manifestacji, a Domy - zakres działania.
Dopiero umiejętne powiązanie WSZYSTKICH tych elementów jest podstawą dalszych działań astrologa.
W ten sposób, z grubsza i po krótce przedstawiłem, naukowy warsztat astrologa. Naukowy, bo oparty na danych o charakterze matematycznym (do czego i po co astrologowie mieliby używać sumeryjskich tablic - o czym pisze Yarpen - nie mam zielonego pojęcia, pytajcie autora. Współcześnie używa się raczej komputerów). Jest to jednak dopiero punkt wyjścia jego pracy.
Pozwala to jednak dostrzec jak wieloma, wzajemnie powiązanymi, elementami posługuje się system astrologiczny. Tym jaskrawiej na tym tle przedstawia się gazetowy chłam zwany horoskopami. Zakładając, że te dwu/trzy zdaniowe zwykle teksciki nie są po prostu wymyślane przez autora na kolanie, to są dużym nadużyciem w stosunku do astrologii. Wyciągają bowiem z systemu jeden element -
pozycję Słońca w Znaku Zodiaku w momencie urodzenia - i na tej podstawie próbują wyciągać jakieś wnioski. Wygląda to tak, jakby próbować leczyć wszystkie choroby lewatywą. Nic dziwnego, że jeśli ktoś uważa te pożałowania godne wypociny za przykład pracy astrologa, uznaje astrologię za wierutną bzdurę. GAZETOWE "HOROSKOPY" TO JEST BZDURA, ale one nie są przykłdem zastosowania systemu astrologicznego - tak jak odcinek McGyvera nie jest wykładem fizyki czy chemii.
Dużo istotniejszą i zdecydowanie trudniejszą częścią astrologicznego rzemiosła jest jej część nienaukowa (nie dziejąca się w/g reguł, które dziś uznaje się za naukowe) - INTERPRETACJA kosmogramu. Są oczywiście pewne, wytworzone przez tradycję, reguły, określające znaczenie elementów horoskopu. Jednakże astrolog modyfikuje je i uzupełnia zgodnie z własnymi doświadczeniami, a podstawową rolę odgrywa tu INTUICJA.
To jest właśnie element, który (w dniu dzisiejszym) dyskwalifikuje astrologię jako naukę. Nieodpowiadająca współczesnym wyobrażeniom o naukowości "metoda badawcza".
Wspomnieć też należy o zbyt nikłym (statystycznie) odsetku trafnych "przepowiedni". To jednakże okaże Ci się czytelniku mniej dziwne, gdy powiem, że "przepowiadanie przyszłości" nie jest celem astrologii, ale bywa efektem niemalże ubocznym jej stosowania.
Jaki jest zatem cel wspólczesnej astrologii, która sama siebie chce nazywać (i nazywa) humanistyczną?
Jest nim określenie potencjału człowieka, jego możliwości oraz dróg ich wykorzystania, konkretyzacji. Chodzi o to, aby człowiek mógł mieć świadomość jakim potencjałem dysponuje i jak go spożytkować. Może więc ona pomóc w podejmowaniu świadomych decyzji i przewidywaniu ich skutków.
Trudno mi wytłumaczyć, nie będąc astrologiem i nie posiadając praktyki, w jaki sposób to faktycznie działa, odwołam się więc do autorytetu:
"Astrologia ma zapewnione uznanie ze strony psychologii bez dalszych oporów, ponieważ astrologia reprezentuje sumę wiedzy psychologicznej starożytności" C.G. JUNG.
Aspekt psychologiczny astrologii wydaje mi się właśnie pierwszoplanowy. Myślę, że może być warta poznania, nawet jesli uznać ją tylko za spuściznę po dawnych czasach, choć uważam, że współcześnie została rozwinięta i jest doskonalsza niż niegdyś.
No, ale to musicie już zweryfikować sami.
I jeszcze parę słów w kwestii sprawdzalności astrologicznych "przepowiedni". Jak już wspomniałem prognoza astrologiczna ukazuje możliwości - jaka będzie aktualizacja tego potencjału zależy od człowieka. Myślę, że można to przyrównać do relacji genotypu z fenotypem (wyglądem zewnętrznym).
Genotyp określa właśnie potencjał człowieka np. w kwestii wzrostu. Jeśli ktoś ma genetycznie uwarunkowany niski wzrost, to choćby stawał na głowie i klaskał uszami, wysoki nie będzie. Jeśli jednak nawet genotyp danego człowieka pozwoliłby mu osiągnąć wysoki wzrost, to jeśli czynniki zewnętrzne będą niekorzystne (np. brak jedzenia, palenie papierosów itp.), jego organizm możliwości tej nie wykorzysta.
Oczywiście prawdą jest, że wielu ludzi stawiających horoskopy zwyczajnie się myli. Nic w tym dziwnego - na tym rynku panuje zupełna prowizorka i wolna amerykanka. Brak jest niemalże porządnych szkół astrologicznych, każdy więc w zdobywaniu wiedzy zdany jest raczej sam na siebie. Wielu więc jest niedouczonych niedorajdów, którym wydaje się, że wszystkie rozumy pozjadali; wielu też zwyczajnych oszustów. Ale czy musi to koniecznie oznaczać, że astrologia jako taka jest do niczego? Czy skreślicie medycynę za to, że domorosły znachor kogoś okaleczył zamiast mu pomóc?
Nie jest też prawdą, że naukowcy, zajmując się astrologią, nie traktowali jej nigdy poważnie.
Postać pierwszego planu dla fizyki klasycznej - Izaak Newton za podstawową część swego dorobku naukowego uważał właśnie nie swe odkrycia fizyczne, ale prace nad Biblią i badania astrologiczne.
Dziwiącemu się temu panu Haley'owi odpowiedzieć miał podobno: "Ja, w przeciwieństwie do pana studiowałem tę dziedzinę (tzn. astrologię)".
Również Kepler wiele lat poświęcił astrologii, która zawdzięcza mu m.in. tzw. aspekty keplerowskie, których zaczął używać bodajże jako pierwszy. Albert Einstein natomiast powiedział: "Astrologia jest nauką samodzielną. Wyjaśnia nam ona bardzo wiele. Z jej znajomości dużo się nauczyłem i wielokrotnie odniosłem korzyści".
Oczywiście słowa uczonych, nawet wielkich to nie wszystko - amicus Plato sed magis amica veritas est. Jednak moim zdaniem astrologia może znaleźć dla stosowanej metody dobre uzasadnienie we wspominanej już zasadzie SYNCHRONICZNOŚCI. Jej istotą, krótko mówiąc, jest założenie, że każde zjawisko występujące w danym czasie, nosi cechy tego czasu. Zakłada więc ona, że zjawiska są ze sobą związane nie tylko przyczynowo (tzn. w ten sposób, iż jedno jest przyczyną\skutkiem drugiego), ale też akauzalnie - przez wystąpienie w danym punkcie w czasie. Kto by chciał już prima faciae wyśmiać teorię synchroniczności niech zważy na słowa Einsteina, który książkę austriackiego biologa P.Kammera, dotyczącą jej właśnie nazwał "oryginalną i w żadnym razie nie absurdalną". Poważniej badaniami nad synchronicznością zajęli sie natomiast dwaj Szwajcarzy: fizyk W.Pauli - laureat nagrody Nobla w 1945r w dziedzinie fizyki kwantowej oraz psycholog C.G. Jung. Przedstawię tu po krótce badania Junga, opierając się na wspominanej już "Mandali życia":
"Zebrał 483 horoskopy par małżeńskich (tzn. razem 966) i zbadał częstość występowania tradycyjnych aspektów świadczących o dobrym doborze małżeńskim (...). Otóż ilościowo aspekty te nie występowały częściej niż wskazywałby na to rachunek prawdopodobieństwa (gdyby tak było, oznaczałoby to istnienie czynnika przyczynowego), jednak spośród wszystkich występujących aspektów te wymienione wyżej pojawiały się najczęściej, przy czym prawdopodobieństwo zaistnienia takiego układu jest niezwykle małe. Konkluzja Junga była następująca: "Materiał statystyczny pokazuje, że wystąpiła nieprawdopodobna, tak praktycznie, jak i teoretycznie, przypadkowa kombinacja, która zgadza się w znaczący sposób z tym, czego można by się spodziewać w świetle tradycji astrologicznej". Na tej podstawie doszedł do wniosku, że działa tu inny, nieprzyczynowy czynnik, który nazwał synchronicznością."
Mamy więc przy synchroniczności do czynienia ze "współwystąpieniem w czasie dwóch lub więcej przyczynowo nie powiązanych zdarzeń o takim samym lub podobnym znaczeniu".
Jest to dość trudne do pojęcia dla nas, przyzwyczajonych rozumować jedynie w kategoriach przyczyny i skutku, ale Pauli i Jung twierdzą, że synchroniczność jest "równa rangą przyczynowości jako zasada wytłumaczenia".
A zatem synchroniczne powiązanie pomiędzy układem planet występującym w danym czasie, a nastepującym w tym samym momencie urodzeniem (czy innym zdarzeniem) byłoby podstawą funkcjonowania astrologii?
Moim zdaniem nie jest to pozbawione sensu.
Jeszcze słów kilka o możliwych zarzutach dotyczących subiektywności interpretacji astrologicznej, opartej w dużej mierze na intuicji. Polecam w tym zakresie lekturę artykułu "Stulecie kwantowych zagadek" z nr 4/20001 "Świata Nauki".
Wynika z niego, moim zdaniem, że inaczej niż zakłada to fizyka klasyczna, obserwator odziałuje na obserwowane zjawisko. Jego OBSERWACJA jest czynnikiem współdecydujacym o tym, CO on zaobserwuje - a więc o tym, co uznamy ostatecznie za rzeczywiście istniejące.
Artykuł jest dosyć skomplikowany, przynajmniej dla mnie, który o fizyce pojęcia zbyt rozbudowanego nie ma (pozostaje mi niewczesny żal z powodu obijboctwa w liceum) więc rezygnuję z szerszego streszczania go tutaj. Zainteresowanych odsyłam do źródła.
W każdym razie skoro obserwator i jego obserwacja nie są obojętne dla rzeczywistości - współdecydują o tym, która z POTENCJALNYCH WERSJI RZECZYWISTOŚCI zaistnieje, to dlaczego odpowiednio przygotowany obserwator i odpowiednio przygotowana obserwacja nie mogła by mieć wglądu w te możliwości i prawdopodobieństwo ich ujawnienia?
Sądzę, że obserwacja astrologiczna, oparta na założeniu synchroniczności zjawisk, ma szansę być taką właśnie obserwacją. A
wy?
Davero van Rat