TRYLOGIA JONA DREXONA
Prolog
Akun Lorans spojrzał z zaciekawieniem na swojego towarzysza, przysłanego mu przez Szefostwo, który siedział, nadal milczący, na miejscu drugiego pilota jego frachtowca, *Szczęśliwej Maxii*. Ubrany w brązowy, wysłużony płaszcz z kapturem, nieznajomy wydawał się zarazem tajemniczy i niebezpieczny. Akun spędził już dwadzieścia lat w pracy najemnika i dobrze wiedział, że jego towarzysz może w każdej chwili wyjąć blaster i strzelić mu w plecy, bez ostrzeżenia. Ale Akun wierzył w Szefostwo, które jak dotąd nigdy go nie zawiodło i zawsze mógł wierzyć ich informatorom. A oni przekazali mu następujące wiadomości dotyczące tajemniczego najemnika: zwał on się Jon Drexon i pracował w branży wystarczająco długo, by zapewnić sobie wielu przyjaciół i tylu też wrogów. To najprawdopodobniej ci pierwsi polecili Drexona Szefostwu, wychwalając jego zalety: szybkość, profesjonalizm i co najważniejsze - przynajmniej dla Szefostwa - dochowanie tajemnicy.
Akun nie dowiedział się więcej z króciutkiej informacji zawierającej biografię jego towarzysza, co przeszkadzało mu jeszcze bardziej - nienawidził być niedoinformowanym.
- Za pięć minut wychodzimy z nadprzestrzeni. - stwierdził Drexon, odzywając się po raz pierwszy do najemnika. - Mam nadzieję, że ta kupa złomu jest w stanie dolecieć w normalnej przestrzeni do Tatoinne?
- Hej, tylko bez takich! *Szczęśliwa Maria* jest, wbrew pozorom, najlepszym statkiem Gildii i potrafi skopać dupę w razie potrzeby. - Arun nie zamierzał skończyć rozmowy, wykombinował bowiem, że skoro już Drexon postanowił odezwać się, to nie należy tracić takiej okazji. - Wiesz, chciałem zapytać się ciebie, dlaczego nic kurna nie gadasz i w dodatku ciągle siedzisz w tym cholernym kapturze, wiesz, to jest dość wkurzające, szczególnie jeśli chcesz żeby istniała pomiędzy nami jakaś w miarę przyjemna atmosfera, a wiesz, jest ona potrzebna, żebyśmy mogli wierzyć w siebie nawzajem i tam takie, i wiesz, ja sądzę, że ty wcale nie chcesz takiej przyjemniej atmosfery i wiesz...
Gwałtowne szarpnięcie statkiem przerwało Arunowi jego wywód i dodatkowo wysłało go parę metrów do tyłu. Najemnik przeleciał nad fotelem pilota i uderzył plecami w ścianę, tracąc na chwilę oddech.
- Co do...
Kolejne uderzenie wyrzuciło Aruna z powrotem do przodu, starzec uderzył podbródkiem w panel sterowniczy i zajęczał z bólu.
- Hmm... właśnie wyskoczyliśmy z nadprzestrzeni. - stwierdził Drexon. - A raczej zostaliśmy wyciągnięci...
- CO? - Arun spojrzał przez iluminator i ujrzał dość duże zbiorowisko przeróżnych statków, głównie transportowców i paru Nebulonów - B, unoszące się w przestrzeni przed *Szczęśliwą...*
- Mieliśmy przecież... mieliśmy przecież dolecieć do Tatoinne i tam przekazać przesyłkę... kto to do licha? - Lorans spojrzał na towarzysza. Ten wstał z fotela i powolnym ruchem zdjął z głowy kaptur, odsłaniając twarz. Arun ujrzał przed sobą młodego człowieka, z czarnymi jak kosmos włosami zawiązanymi brązowym sznurkiem i zielonymi oczami, tajemniczymi zielonymi oczami...
- Zmiana planów. To jest tak zwany Sojusz Rebeliancki, do którego należę i który zlecił mi odebranie Gildii Imperialnej tego transportu broni. Mam nadzieję, że nie...
Arun uderzył młodzieńca z całej siły w brzuch, po czym odskoczył do tyłu i wyciągnął zza pasa niewielki blaster.
- Zginiesz, śmierdzący rebeliancie, jakem Arun Lorans. Z Imperium i Gildię! - starzec strzelił w chłopaka z blastera. Zielona smuga poleciała w stronę Drexona, lecz nie dotarła do celu. Młodzieniec, jedną ręką trzymając się za brzuch, wyciągnął przed siebie rękę i laserowa smuga odbiła się i wróciła, jak bumerang, do starego najemnika.
Ostatnia rzecz, jąką zobaczył Arun to podnoszącego się z ziemi Drexona, który następnie wyjął z fałd płaszcza dziwną broń, miecz, i z okrutnym uśmiechem przeciął konającego najemnika w pół.
K O N I E C P R O L O G U
Froblib
froblib@poczta.onet.pl
www.bg.w.pl