16 lat kibice w Polsce oczekiwali na tę chwilę... Nie, to rozpoczęcie jest mało oryginalne. Przejdę od razu do pobieżnej analizy obecnych eliminacji i dokonań selekcjonera Jerzego Engela. Ale jeszcze przed tym chciałbym podziękować naszym piłkarzom i całemu sztabowi za to osiągnięcie, pierwszy większy sukces od 1992 roku. Myślę, że każdy podpisze się pod tym. DZIĘKUJEMY!
Początki selekcjonera były bardzo trudne. W spotkaniach towarzyskich reprezentacja nie udowadniała swojego potencjału, a na głowę Jerzego Engela co rusz spadały fale krytyki. Ten jednak niezmiennie odpowiadał, że najważniejsze to wygrywać spotkania eliminacyjne. To zadziwiające, ale faktycznie tak się stało. Już w pierwszym spotkaniu, na trudnym terenie, Polska rozprawiła się bez większych problemów z postrzeganymi za faworytów Ukraińcami. Miesiąc później nie byliśmy zbyt gościnni dla Białorusinów aplikując im również trzy gole. Trzeci mecz przyszło Polakom zremisować po niezbyt ciekawej walce z Walijczykami stosującymi dosyć proste metody na obrzydzenie życia naszym zawodnikom. Bezbramkowy remis przydał się, by stonować nieco nastroje i spokojnie zastanowić się nad dalszą pracą mającą posłużyć utrzymaniu pozycji lidera w grupie. W marcu następnego roku Polacy pojechali do Oslo, by ponownie zadziwić piłkarską Europę. Kolejne gole Olisadebe dały nam prowadzenie, ale nawet, gdy Norwegia wyrównała stan meczu, Polacy nie oddali pola i wywalczyli zwycięstwo. Później jeszcze tylko bezproblemowa wiktoria w meczu z Armenią i pozostało oczekiwanie na mecze czerwcowe, który mogły nam dać uzasadnioną nadzieję na awans. Po raz kolejny Polacy potwierdzili kapitalną dyspozycję na wyjazdach i bez dwóch podstawowych graczy zwyciężyli na Wyspach Brytyjskich, co nie zdarzyło się nam od dawna. Później był pamiętny mecz z Armenią, zakończony remisem, który moim zdaniem powinien być walkowerem dla Polski po czwartej czerwonej kartce dla Ormian (nawiasem mówiąc, czerwona kartka dla Bąka to kompletne nieporozumienie, podobnie jak żółta dla Kałużnego z Norwegią na Śląskim). Później nastąpiła przerwa wakacyjna, niektórzy zmianiali barwy klubowe (Dudek w Liverpoolu!), ale wszyscy czekali już na mecz z Norwegią, który przy odpowiednim wyniku z Mińska dawał nam bezpośredni awans. I tak przechodzimy do meczu na Stadionie Śląskim.
Pięknie patrzyło się na te rzędy krzesełek zapełnione kibicami i te tysiące szalików w biało-czerwonych barwach. Mecz rozpoczął się dosyć spokojnie, żadna ze stron nie szarżowała. Przyznam się, że obstawiałem wynik 2:2. Mój kumpel po 30 minutach oglądania stwierdził 'tu będzie 0:0'. Jednak już w dziewiątej minucie rozległy się gwizdy, gdy sędzia nie podyktował wolnego za faul na Olisadebe tuż przed linią pola karnego. Olisadebe próbował jeszcze kilka razy, ale to Kryszałowicz strzelił gola. Po podaniu Kałużnego zawodnik Eintrachtu strącił piłkę do Olisadebe, którego strzał desperackim wślizgiem zablokował Bergiem, zresztą zagrywając przy tym rękę. Olisadebe reklamował zagranie ręką, ale Kryszałowicz nie oglądając się na sędziego przejął piłkę i zakręcił piłkę w długi róg trafiając przy tym w słupek. Myhre zasłonięty przez trzech obrońców nie miał nic do powiedzenia przy tym golu do szatni. W drugiej połowie Polacy coraz wyraźniej dominowali na boisku, choć w paru przypadkach mieli dużo szczęścia. Jednak Polacy również byli groźni. Bliski szczęścia był Kałużny, ale gola strzeliliśmy dopiero po złamaniu przez Świerczewskiego pułapki ofsajdowej. Koźmiński do Olisadebe i 2:0! Później Skandynawowie grali już na stojąco. Ostatni gol padł po świetnym podaniu Kałużnego do Olisadebe, który jednak trafił prosto w Myhrego. Wybitą piłkę odbił jednak Karwan (pressing rules!), przejął ją Olisadebe i bez żalu oddał Marcinowi Żewłakowowi, który wykorzystał swoją jedyną szansę. Polscy kibice oszaleli z radości!