*** Iron Maiden ***


Postanowiłem napisać kiedy przeczytałem art "Ironiada". Muszę przyznać, że gość, który to napisał, niejaki Metfan, zadziwił mnie. Wiem, że to było jego zdanie na temat twórczości Ironów więc mogł napisać co chciał. Teraz moja kolej...

Dziś napiszę o ostatnich 3 płytach studyjnych Dziewicy.

"Brave New World" - rzeczywiście wrócił Bruce i Adrian. To widać. Na szczęśćie został w kapeli Gers. 3 gitary to jest coś, a poza tym co ten gość wyprawia ze swoim wiosłem to widać było na ostatnim koncercie Ironów. Ale wracając do płyty. Ja daję jej ocenę 10/10. Otwiera ją świetny "Wicker Man" - szybki i czadowy. Później świetny "Ghost Of The Navigator" a dalej klimatyczny "Brave New World", który 'spowalnia'(w pozytywnym tego słowa znaczeniu) płytę podobnie jak 4. z kolei "Blood Brothers". I wtedy nagle pojawia się "The Mercenary". "Najemnik" wyrażnie kontrastuje z wcześniejszymi 2-ma utworami. Następnie klasyczny Maiden "Dream Of Mirrors" z wolnym początkiem i niezłą jazdą w dalszej części. 7. z kolei jest "The Fallen Angel" - jak na IM krótki (tylko 3 min. z kawałkiem), nie jakiś niezwykły - po prostu dobra robota wykonana przez weteranów. Teraz przychodzi czas na "Nomada". "The Nomad" jest inny - są tu orientalne motywy na gitarze i ogólnie jest OK. A na koniec zostało to co tygryski lubią najbardziej - 2 świetne utwory zamykające płytę. "Out Of The Silent Planet" - miodzio. Znowu klasyka w wykonaniu Iron Maiden. Najpierw wolno, spokojnie, bez nerwów a potem... to co tak lubię w IM - ta zajebista, galopująca sekcja rytmiczna (przede wszystkim bas Harrisa uzupełniany przez perkusję Nicko). Ta galopada przerwna jest wolniejszą solówką a potem znowu jazda... No i jeszcze "The Thin Line Between Love & Hate" - po prostu pasuje na koniec płyty. Świetnie nadaje się do zamknięcia albumu.

Teraz czas na najsłabszą wg. mnie płytę Ironów - "Virtual XI". Otwiera ją całkiem fajny "Futureal". Lubię takie szybkie, nierozwlekłe kawałki na początek. Warty uwagi jest jeszcze "The Clansman" no i może "When Two Worlds Collide". Kawałki w stylu "Lightning Strikes Twice" czy "The Educated Fool" w ogole nie robią na mnie wrażenia. A już całkiem pochlastać się można przy "The Angel And The Gambler" i "Don't Look To The Eyes Of A Stranger". Ile razy można powtorzyć refren w piosence i nie zanudzić słuchacza na śmierć - chyba to chciał sprawdzić pan Harris. A na koniec jeszcze "Como Estais Amigos". Takie smętne że masakra. Ocena 5/10.

I w koncu ostatnia płytka dzisiejszego wieczoru. "The X Factor". Tutaj już całkiem spadłem z krzesła jak zobaczyłem ocenę 2/10. Jezu, co to ma być. Takiej płycie dać 2?!? Tutaj muszę przyznać, że jeszcze nie tak dawno nie lubiłem "X Factora". Była to co prawda pierwsza płyta Ironów jaką usłyszałem i pamiętam jaki to był szok kiedy usłyszałem "The Sign Of The Cross" - ale faceci dają czadu. I tak zacząłem słuchać metalu. Ale kiedy poznałem inne albumy Dziewicy to "X Factor" przestał się liczyć. Aż ktoregoś pięknego dnia postanowiłem posłuchać factora po dłuższej przerwie. I co? Słucham, słucham a tu mi z głośników wali takim klimatem że aż qrde mi słów brakuje. Takiego klimatu jak na X Factorze nie ma na żadnej innej płycie Iron Maiden.
I nie dlatego że inne są jakieś badziewskie. "X Factor" jest po prostu inny niż wszystko co wcześniej czy póżniej nagrali panowie z IM. Jest mroczny i bardzo klimatyczny a wszystkie kawałki łączą się tematycznie tzn. kręcą się wokół psychiki, wiary i wnętrza człowieka. Na początku mamy wspomiany "Znak krzyża". Spokojny początek (te chóry w tle!) a potem jazda!! I jeszcze w refrenie - the name of the rose.
Od razu kojarzy się z "Imieniem Róży" U.Eco i wprowadza w klimat średniowiecznego klasztoru - super. Potem "Lord Of The Flies" znowu skojarzenie z filmem i właśnie o to chodzi (czytajcie texty). "Man On The Edge" którego nie lubiłem dopóki nie usłyszałem wersji live. Niezłe wymiatanie (ale ten Harris zapier**la na basie). Wspomnę jeszcze o jednym utworze - "The Edge Of Darkness". Jak ktoś widział "Czas Apokalipsy" to wie o co chodzi. Pozostałe kawałki trzymają ten sam klimatyczny poziom. I dlatego ja daję tej płycie 9/10.

Niedługo napiszę o trzech wcześniejszych płytach Ironów. UP THE IRONS !


To znowu ja. I znów będzie o Iron Maiden i o następnych 3 ich płytach. Jak wszyscy pamiętają ostatnio pisałem o 3 ostatnich więc dziś kolej na "Fear Of The Dark", "No Prayer For The Dying" i na koniec "7th Son Of A 7th Son".

"Fear Of The Dark" - zawsze zastanawiałem sie co w tym albumie ludzie takiego widzą. Jak na IM jest taki sobie. Co prawda otwierają go aż 3 świetne kawałki - "Be Quick Or Be Dead" hicior !!, "From Here To Eternity" - fajny teledysk i zajebiście klimatyczny "Afraid To Shoot Strangers". Bardzo fajnie, tyle że następny "Fear Is The Key" który wg mnie obniża poziom. Potem jest troszkę lepszy "Childhood's End". świetnie się zaczyna a potem.... tak sobie. Teraz czas na balladkę - "Wasting Love" znów nic specjalnego. Na szczęście potem jest "The Fugitive":

"On a cold October morning
As frost lay on the ground
Waiting to make my move
I made no sound..."


I do przodu.bardzo fajna rzecz. Jednak co dobre szybko się kończy i potem musimy przedrzeć się przez średnie "Chains Of Misery". I tu następuje punkt w którym ta płyta osiąga swoje dno. Jeden z najgorszych utworów Maidenów - "The Apparition". To 'coś' razi moje uszy. dobrze że jest tylko jedna taka piosenka. Dzięki Bogu na koniec panowie z IM zaserwowali znów 3 świetne utwory. Pierwszy z nich wg mnie lepszy nawet niż "Fear..." - "Judas Be My Guide". Nie wiem dlaczego ale bardzo lubię ten kawałek. "Judas my guide, whispers in the night". Po prostu ma w sobie coś. Drugi z kolei to "Weekend Warrior". Też bardzo fajny utwór. No i na koniec tytułowy "Lęk przed ciemnością":

"I am a man who walks alone
and when I'm walking a dark road
at night or strolling through the park..."


Może przesadziłem mówiąc że "Judas ..." jest lepszy. "Fear Of The Dark" jest po prostu genialny. Zwłaszcza kiedy się go słyszy na koncercie. To wolne intro, narastający klimat i nagle ostra jazda... super klasyczny Maiden!
Ocena: 7/10 (gdyby nie ten "Apparition".......)

"No Prayer For The Dying" - gdybym pisał o płytach po kolei to w tym miejscu napisałbym, że "No Prayer..." jest powrotem do korzeni, że płyta jest bardziej surowa niż poprzednie. I tak właśnie jest. Nie ma tu żadnych syntezatorów i innych takich. Pierwszym utworem jest "Tailgunner" czyli historia strzelca pokładowego... fajnie otwiera album - szybki, łatwy i przyjemny. Potem mamy coś o księżach i kościele czyli "Holy Smoke". Słucha się tego bardzo dobrze. Klip też jest całkiem całkiem. Trzeci z kolei jest "No Prayer For The Dying". Z początku wydawałoby się że balladka ale chłopaki gdzieś w środku włączają przerzutkę i jazda. Znowu klasyk z wolnym początkiem i szybszym 'rozwinięciem' utworu. "Public Enenema Number One" jest szybki od początku. Z tym ze płyta zaczyna robić się trochę monotonna. Potem klasyczny do bólu "Fate's Warning" wolny wstęp a potem szybko z galopującym basem Harrisa i fajną melodią. Teraz nadchodzi czas na odmianę - "The Assasin". Jakiś taki tajemniczy i w ogóle - przyjemna odmiana. Fajny klimacik. Potem znów klasyka - "Run Silent Run Deep". Znów o wojnie tyle że podwodnej. Wolno na początku, potem szybciej, w tle słychać charakterystyczny bas i jak zwykle melodyjny refren i na koniec znów wolno. Teraz kolej na rockowy "Hooks In You" kolejny kawałek który bardzo lubię. Od razu do przodu bez żadnych udziwnień. I nadszedł czas na największy hicior z tego krążka "Bring Your Daughter ... To The Slaughter". Wszyscy wiedzą o co chodzi. Bardzo spdobał mi się teledysk - nie ma to jak stare filmy grozy. No i na koniec coś wyjątkowego "Mother Russia". Świetny klimat. Bardzo dobry utwór na zakończenie. Aż chce się zapuścić nastęną płytę Maidenów.
ocena : 8/10

"Seventh Son Of A Seventh Son"

"Seven deadly sins
seven ways to win
seven holy paths to hell
and your trip begins


seven downward slopes
seven bloodied hopes
seven are your burnig fires
seven your desires ..."


Tak to się zaczyna. "Moonchild" czyli klasyka na początek. Wolne, długie intro a potem szybko i tak do końca. Świetna rzecz ten "Moonchild" oby było więcej takich utworów. Jak się wkrótce przekonamy będą. Bardzo podobny do "Moonchild'a" jest drugi z kolei "Infinite Dreams". Kolejny klasyczny IM. Znow wolniejszy początek i przyspieszenie w dalszej części utworu. Teraz czas na to co każdy tygrysek lubi najbardziej. Pobrykamy przy "Can I Play With Madness". Chyba nie trzeba mówić że to jeden z najlepszych i najbardziej znanych utworów Dziewicy. Jest po prostu wspaniały i odchodzi od schematu wolno-szybko. Urozmaica tym samym płytę. Czwarty utwór to "The Evil That Men Do". I znowu powrót do klasyki. Wolniejsze intro a potem jazda i galopada basu Steve'a H. Nie da się jednak ukryć że jest to kolejny bardzo udany kawałek. Nie bez powodu znalazł się na "Best Of The Beast".
I tak oto doszliśmy do połowy płyty. Przyszedł czas na utwór tytułowy. Prawie 10 minutowy, złożony i niezwykle klimatyczny "Siódmy syn....". To po prostu trzeba usłyszeć bo zbyt długo by o tym pisać. "The Prophecy" to kolejny kawałek. Trochę słabszy ale i tak trzyma wysoki poziom. Na zakończenie mamy jeszcze dwa bardzo dobre utwory czyli "The Clairvoyant" i "Only The Good Die Young". Oba są bardzo udane takie jakie lubię czyli od razu do przodu bez oglądania się za siebie. Świetnie zamykają płytę.ogolnie rzecz biorąc "7th Son..." to jedna z najlepszych płyt Ironów i podobnie jak "X-Factor" dawniej przeze mnie niedoceniana.
Ocena : 9/10


© Vladis