Kilkanaście miesięcy upłynęło od czasu ukazania się "Conquerors Of Armageddon" i oto na półki trafił kolejny długraj Brazylijczyków. Przez ten czas nasi bohaterowie przemierzyli kilka razy Stany oraz Europę zapamiętale koncertując i aż dziw bierze kiedy oni znaleźli czas na skomponowanie nowego materiału? Może te kawałki powstały w busie przemierzającym pustkowia USA, a może w autokarze na trasie po Niemczech? Nie to jest jednak istotne, lecz efekt. Ten niestety jest słabiutki. Zaliczam się do grona fanatyków Krisiun, zatem z tym większym bólem muszę przyznać, że "Ageless Venomous" to płyta pod każdym względna gorsza od poprzedniczki, a nawet "Apocaliptic Revelation". Po pierwsze zadziwia brzmienie. "Ageless Venomous" zostało nagrane w Brazylii i to nie wyszło jej na dobre. Dobra, załóżmy że bracia Kolesne chcieli uzyskać brudne, prymitywne brzmienie, niejako wrócić do korzeni. I co z tego skoro werbel brzmi jak stukanie o karton od fajek, gitary jakoś tak płasko, a bas zupełnie niknie. Krisiun przez to gubi gdzieś ten czad znany z poprzednich wydawnictw. Choć większość utworów jest szybka, to jakoś nie wgniatają one w podłogę jak "Conquerors...". Brzmienie to jednakże nie wszystko co mam do zarzucenia. Druga sprawa to same kompozycje. Wydaje mi się, że Brazylijczycy przekombinowali. Zachciało im się nagle grać bardziej technicznie, co nie bardzo się udało. Max Kolesne jest wprawdzie bardzo szybkim bębniarzem, ale na pewno nie dobrym technicznie. Podobnie ma się sprawa z jego bratem. Moyses świetnie radzi sobie z ultra szybkimi riffami, lecz gdy zaczyna próbować zagrać techniczne łamańce to okazuje się, iż daleko mu do Treya czy Erika z Morbid Angel. Może dlatego najbardziej podoba mi się akustyczny, osadzony w muzyce latynoskiej "Diableros"? Cholera naprawdę jest na tej płycie wiele fajnych fragmentów, ale generalnie w żadnym momencie nie zbliża się ona poziomem do "Conquerors...". Chyba odstawię "Ageless Venomous" na półkę i wrócę do słuchania poprzedniczki.
Scena francuska po kilku ładnych latach posuchy odzyskuje dobre imię. Seth, Symbyosis czy opisywany tu Arkhon Infaustus są najlepszymi przykładami tego zjawiska. Debiut tego ostatniego w barwach osłabionego ostatnimi czasy Osmose zaskakuje bardzo pozytywnie. Żabojady, którzy do tej pory mieli na swym koncie mini krążek "In Sperma Infernum" kojarzeni są raczej ze swoim porno-sadystycznym image, ale jak się okazuje po zapuszczeniu "Hell Injection" ich muzyka broni się znakomicie. Styl Arkhon Infaustus to takie zgrabne wymieszanie brutalnego death z black, a nawet thrash. Gitary raz grają typowe deathowe mocne riffy, które za chwilę przechodzą w szybkie blackowe brzęczenie wspomagane przez typowo blackowe blasty. Wokal na zmienę growluje, to znów skrzeczy. A że tempo też nieustannie się zmienia w efekcie czas spędzony na słuchaniu "Hell Injection" mija szybko i przyjemnie. Trochę być może Francuzi przypominają mi szwedzkie In Aeternum, ale to drobiazg.
Bardzo fajna płytka i obiecujący debiut.
http://evilness.com/arkhon666/menu.htm
Na początek mała lekcja historii. Otóż dawno, dawno temu w kraju z którego się śmiali Szwedzi, że to niby jego mieszkańcy nie potrafią grać death metalu, była sobie kapelka, która dość niespodziewanie wdarła się do ekstraklasy światowego death metalu. Mowa tutaj o Cadaver i Norwegii. Młodzi Norwegowie najpierw nagrali niezgorszy debiut "Hallucinating Anxiety" (split z legendarnym Carnage), a w roku 92 nagrali bardzo nowatorskie i miodne "...In Pains", po czym słuch o nich zaginął. Lider formacji Anders Odden zajął się muzyką techno czy czymś w tym stylu i chyba wszyscy już się pogodzili, że kolejna świetna kapela poszła do piachu. Błogi spokój trwał do czasu, gdy Satyricon wydał "Rebel Extravaganza" i okazało się, że na gitarze zagrał na tej płycie właśnie Anders Odden. Mało tego, wkrótce okazało się, iż w pewnym sensie reaktywował Cadaver nadając nowej kapeli nazwę Cadaver
Inc. (a sobie dla niepoznaki pseudonim na Neddo). Do składu dokoptował
Czrala, Appolyona oraz jakiegoś grajka muzyki komercyjniej o ksywce Balvaz i tym oto sposobem nagrał wyjebisty debiut "Discipline". Pierwsze
przesłuchanie i szok. Zarówno sposodowany perfekcją wydobywających się z
głośników dźwięków, jak i tym, że muzyka ta ni cholery nie ma nic wspólnego ze starym Cadaver. Nie bez powodu zespół nazywa się Cadaver Inc. i nie bez znaczenia są te trzy literki w drugim członie. "Discipline" to obecnie mój faworyt do zdobycia tytułu "najbardziej masakrujący kawał black metalu roku 2001". Myślałem już, że nic nie pobije pod względem wściekłości Diabolicum, a tymczasem Norwedzy nie pozostawiają po sobie na ziemi nawet źdźbła trawy.
Kurewsko szybki, agresywny i nowoczesny black przy którym reszta
post-blackowych hord w postaci Zyklon, Myrkskog czy rodzimego Behemoth
prezentuje się jak Ildjarn przy Darkthronie. Szczęka mi opada jak słucham z jaką prędkością zapierdala na garach Czral, jak wyjebiście szybkie riffy wypluwa ze swej gitary Neddo, jak perfekcynie swoje cztery struny uderza Balvaz i jak wściakle wrzeszczy Apollyon. Jedynie dziesiąty na płycie "Snapper Organs", który jest wolniejszy, daje chwilę odpocząć, a tak to mamy miazgę, rzeźnię, gwałt i wyprówanie flaków (kolejność czynności dowolna) na najwyższym poziomie. Na kolana skurwysyny przed CADAVER INOCRPORATED!!!
Twoje organy i ciało już należą do nich!
www.cadaverinc.com
Ale ten czas leci. Pamiętam jak dziś dzień w którym podczas mojego wakacyjnego pobytu w Gdańsku nabyłem "Penetralia". Żeby nie skłamać miałem wówczas 17 wiosen. Minęła niemal dekada i w zasadzie niewiele się zmieniło. Hypocrisy nadal gra, ja nadal kocham ten pieprzony szwedzki death i jako wierny fan cieszę się z nowej zabawki jaką jest rocznicowa box Szwedów składający się w limitowanej wersji z 2 CD. Pierwszy krążek to 14 najlepszych zdaniem fanów (też głosowałem - hehehe) utworów w historii Hypocrisy. I to szczera prawda, bo przez ponad godzinę jesteśmy katowani Hypocrisy w najlepszym wydaniu, od "Penetralia" do "Fire In The Sky". Sześć utworów, wszystkie z trzech pierwszych płyt, zostało jeszcze raz nagrane w tym roku i to właśnie o nich wypada napisać kilka zdań. Ludziska czy Wy wiecie jak brzmi "Pleasure Of Molestation", "Apocalypse" czy "Left To Rot" z ultra ciężkim, nowoczesnym, miażdżącym brzmieniem wspomaganym przez nowe aranżacje klawiszy i głos Petera, który wypada zdecydowanie lepiej w utworach z "Penetralia" i "Osculum Obscenum" niż swego czasu Masse Bromberg?! Wątpię, aby ktoś się powstrzymał przed opętańczym machaniem łbem. Orgazm... Druga płytka natomiast zawiera 2 dema z roku 91 (3 kawałki) i 92 (5), a także jeden nowy numer i 6 teledysków. Dema jak to dema. Jakość dźwięku niezbyt czytelna, ale kopie w dupę niesamowicie i cudnie jest posłuchać pierwotnych wersji utworów, które później znalazły się na "Penetralia". Jedyna nowalijka w tym towarzystwie, czyli "Turn The Page" zaskakuje melodyjnością, ale myślę że to taka zmyłka jak swego czasu studyjne nagrania dorzucone do "Destroys Wacken". Co by nie mówić istne cudo i chyba nikt z fanów nie będzie zawiedziony rocznicowym wydawnictwem Hypocrisy. 10 oczek z okazji 10 urodzin dla Petera, Larsa i Mikaela!
Czekałem na tą koncertówkę. Mam w swej kolekcji kilka bootlegów In Flames i Szwedzi na każdym z nich pokazują istny ogień na scenie. Zwłaszcza "Live In Gothenburg" wypala swym masywnym brzmieniem, popisowo odgranymi partiami, szaleństwem publiki i świetnym kontaktem Andersa z nią. Wreszcie do mych łap trafiła pierwsza oficjalna koncertówka i co? Ano niech ktoś mi odpowie co to kurwa jest? Nawet nie wiem od czego zacząć bluzgi. Zacznę od brzmienia. Gary przez cały set bardziej przypominają brzmieniowo wyczyny jakiejś blackowej hordy z Zairu, po prostu bębny brzmią płasko. Gitary w początkowych numerach zupełnie nie przekonują mnie do siebie, a i potem różnie z tym bywa. Wybaczcie, ale na bootlegach chłopaki uzyskują potężniejsze brzmienie. Kolejna sprawa to Anders. Chłopak jest powiedzmy to sobie równie gadatliwy niczym nasz były premier Waldek P. Pierwszy raz odezwał się przy piątym utworze "Moonshield". Z rorzewnieniem wspominam jaką to piękną gadkę strzelił przed "Episode 666" na wspomnianym bootlegu z Gothenburga. Przez półtorej minuty przekomarzał się z publiką wciągając ją do zabawy. A tutaj? Co najwyżej rzuca tytułami następnych kawałków. A przy okazji to mnie wkurwił podczas "Only For The Weak". Wyobraźcie sobie, że rzucił kilka razy w stronę publiki "jump, jump!". Co to kurwa jest koncert Norbiego czy In Flames??? A propos publiki to nie wiedziałem, iż Japońce są niemowami. Takie właśnie odnoszę wrażenie po obcowaniu z "The Tokyo Showdown". Pomiędzy utworami jakieś anemiczne odgłosy plus sporadyczne oklaski, a w czasie samego grania cisza zupełna. Uśmiałem się, gdy w akustycznym fragmencie "Bullet Ride" nic kompletnie nie było słychać. Albo więc wycięto publikę podczas miksowania, lub też większość numerów została nagrana we Fredman
podczas tego "miksowania". Ech, aż mi się odechciało pisać, zatem krótko o tym co można zapisać po stronie zalet "The Tokyo Showdown". Z pewnością
szatę graficzną autorstwa Niklasa Sundina, dobór utworów oraz wplecenie w
"Scorn" riffu z... a nie powiem, sami sobie posłuchajcie.
www.inflames.com
Ależ mi drugi album Hollenthon zamieszał w głowie. Czegoś takiego to się
doprawdy nie spodziewałem po mieszkańcach górzystej Austrii. Nie powiem,
debiut "Domus Mundi" był ciekawym metalowo-folkowym kąskiem, ale nie żadnym zaraz wybitnym. Martin jednak jak widać przez czas dzielący obie płyty nie próżnował i tym sposobem mogę się raczyć cudownym dziełem jakim bezwątpienia jest "With Vilest Of Worm To Dwell". Twórcy tego dzieła zmienili nieco orientację muzyczną. Naleciałości folkowe, tak obwite na debiucie, tu i ówdzie są dalej odczuwalne, ale tym razem ciężar płyty został przeniesiony na symfoniczne partie, ciężkie riffy i głęboki growling. Łatwo sobie nawet wyobrazić "With Vilest..." jeśli tylko odkurzycie w pamięci "Theli" Theriona i wyobrazicie sobie tę płytkę z potężniejszym brzmieniem, szybszą z zadziornymi riffami trochę przypominającymi Samael z czasów "Passage" i orgią wokali od growlingu począwszy, a na chórach skończywszy. Łatwo to sobie wyobrazić, gorzej opisać bo dzieje się tu tyle, że szok. Praktycznie każdy kawałek żyje swoim własnym życiem, oferuje słuchaczowi inne doznania. Nie da się nawet wskazać mojego faworyta, wszystkie są zwyczajnie perfekcyjne w każdej sekundzie swego trwania. Rozmach z jakim skomponowano te perełki, ich ciężar i siła sprawiają, iż mogę tej płyty słuchać tylko w pozycji klęczącej. Szkoda, że Therion nie obrał takiego kierunku po "Theli"... ale za to mamy Hollenthon, tak więc nie ma tego złego co by na
dobre nie wyszło.
http://www.hollenthon.com
No i wreszcie doczekaliśmy się drugiego longa Szwedów. To co, że płyta
przeleżała na półkach półtora roku, bo SOM świata poza Mayhem nie widzi i
wszystkie inne kapele na czele z Nocturnus ma w dupie? Nie ma to wielkiego znaczenia, "Dreams..." wali po łbie z mocą Jumbo (taki latający słoń jeśli nie oglądaliście kreskówek), wybebesza wnętrzności niczym wiedźmin Geralt i uzależnia jak co niektórych alpagi (znaczy się nalewki owocowe). Anata 2001 dalej kurewsko brutalny death metal, bardziej amerykański niż szwedzki, choć nie pozbawiony melodii. Podobnie jak w przypadku debiutu muza wydaje mi się być wypadkową Morbid Angel i zapomnianego Seance. Kosmicznie szybkie blasty, przeplatają się z technicznymi łamańcami przechodzącymi w kurewsko ciężkie, wolne, miażdżące riffy. Widać już przy pierwszym przesłuchaniu jak daleko
posunęli się Szwedzi w technicznych umiejętnościach. Wygrywają wręcz
karkołomne łamańce, sprawnie przechodzą od super szybkich temp do bardzo
wolnych etc. Na "The Infernal Depths..." zdarzały się momenty, gdy oczy
zamykały się z nudów, natomiast w przypadku "Dreams..." o tego rodzaju
przestojach nie ma mowy. Nawet ponad ośmiominutowy tasiemiec "The
Temple/Erratic" w żadnym przypadku nie nudzi. Brzmienie również stało się
cięższe, masywniejsze przez co "Dreams..." to prawdziwy killer, przy którym słuchając "Gateways To Annihilation" ma się wrażenie, że to Anata występuje w roli nauczyciela Amerykanów. Co by się nie rozpisywać - "Dreams..." to najlepsza deathowa sieczka jaką w tym roku słyszałem. Wali prosto w ryj, a oto przecież chodzi.
http://www.varberg.se/~drake/
Moda na wokalistki w death metalowych kapelach dotarła nad Wisłę. Holendrzy mają Rachelę w Sinister, Szwedzi Angelę (wprawdzie Niemka, ale co tam...) w Arch Enemy, więc dlaczego my Polacy mamy być gorsi? Wszak Polacy nie gęsi... Martę w Immemorial mamy. Nie tak dawno zachwycałem się popisami Angeli na "Wages Of Sin", a tu jak się okazuje na własnym podwórku mamy jeszcze lepszą krzykaczkę. Tembr głosu Marty bardzo przypomina Angelę, lecz jest jeszcze niższy i bardziej agresywny oraz urozmaicony. Powiadam Wam, że cudnie się słucha, gdy uszy są atakowane kobiecym growlingiem, tudzież wrzaskiem. Ma kobietka pokaźną skalę, a do tego wie jak swój talent wykorzystać. Ale (na szczęście oczywiście dla szowinistów) nie samą Martą Immemorial stoi i brzydsza część kapeli jak najbardziej posiadła umiejętność obsługi swych instrumentów (ma się rozumieć muzycznych). Zadziwiająco dobrze wypadają gitarzyści, przynajmniej jak na rodzime warunki, gdyż ich inspiracji
powinniśmy szukać w krainie, która zrodziła dla metalu Entombed. W szybszych fragmentach czuć At The Gates z czasów "The Red In The Sky Is Ours", w wolniejszych Ominous, gdzieś też przewinął mi się riff z "Unorthodox" Edge Of Sanity, a niektóre aranżacje przywodzą mi na myśl francuski Symbyosis. Nie jest to jednak bezmyślna zrzynka z tuzów szwedzkiej sceny. "A Monologue" przypomina mi w tym względzie debiut The Forsaken. Podobnie jak twórcy "Manifest Of Hate", tak i Immemorial przenosi na płaszczyznę swej twórczości ograne już pomysły, ale dzięki pewnym modyfikacjom brzmi to bardzo świeżo. Niemal każdy kawałek to uczta dla ucha, jako że kompozycje są świetnie zaaranżowane, nie brakuje tu wyszukanych smaczków, zmian tempa, a nawet znajdziemy tu kilka ciekawych solóweczek jak chociażby w "Wander Through Life" czy utworze tytułowym. Obaj gitarzyści raczej nigdy nie wyrosną na następców braciszków Amottów czy Alexi Laiho, ale są z pewnością jednymi z najzdolniejszych wioślarzy polskiej sceny. Bardzo mocnym punktem "A Monologue" jest również basista Daniel. Jego instrument primo jest doskonale słyszalny, secundo zna się chłopak na szarpaniu czterech strun. Uff... starczy już tego lania miodu, bowiem "A Monologue" ma też swoje wady. Na pierwszy plan wybija się brzmienie gitar i garów. O ile na te pierwsze można przymknąć oko (aczkolwiek przydałoby się trochę cięższy sound), to stukanie
perkusji doprowadza mnie do spazmów. Przemek nie jest bynajmniej złym
pałkerem, lecz naprawdę gary mają fatalnie słabiutkie brzmienie. Po raz
kolejny okazuje się, że Selani nie nadaje się do nagrywania czegoś
brutalniejszego niż symfoniczny black. A perkusja ma właśnie takie
brzmienie, jak trzecioligowa młocka made in Finland lub Norway. Zamiast
kopać w dupę, walić w ryj przypomina walenie zdechłym kotem o karton. Drugi minus "A Monologue" to króciutkie intro i outro. Nie dość, że jest bardzo drażniące dla uszu (jakieś wysokie zgrzyty), to jeszcze jestem zdania, iż deathowe produkcje powinny się zaczynać i kończyć bez żadnych wprowadzeń czy zakończeń. Ma powalać na kolana od pierwszej do ostatniej sekundy. Wreszcie ostatnim zarzutem jest użycie przez Martę czystego wokalu na początku "A Nightmare". Kocham kiedy Marta growluje i wrzeszczy, w pozycji klęczącej wysłuchuję jej popisów, ale trzeba obiektywnie przyznać, że na czyste wokale jest jeszcze za wcześniej. A tak właściwie to po cholerę one komu? Po podsumowaniu wszystkich za i przeciw, wzięciu poprawki na urodę Marty i moją miłość do szwedzkiego deathu wyszło mi osiem i pół oczka. Innymi słowy odjąłem po pół punkta za każdą wadę "A Monologue". Jeśli komuś nie przeszkadza brzmienie perki, czysty wokal Marty czy irytujące intro oraz outro, to może sobie dodać odpowiednią ilość ułamków.
PS. Jak ćwierkają nawet wróble w Pcimiu, "A Monologue" ukaże się w
najbliższych tygodniach na srebrnym krążku nakładem Conquer Records.