*** The 69 Eyes: "Blessed Be" ***
Utwory:
1. Framed In Blood
2. Gothic Girl
3. The Chair
4. Brandon Lee
5. Velvet Touch
6. Sleeping With Lions
7. Angel On My Shoulder
8. Stolen Season
9. Wages Of Sin
10. Graveland
11. 30
W dzisiejszych czasach większość wydawanych płyt, to wydawnictwa, które właściwie nie wnoszą nic nowego do gatunku, a są (jakby się mogło wydawać) kolejnym posunięciem wytwórni. Masa zespołów wręcz kopiuje i odgrzewa stare, dobre i wielokrotnie już sprawdzone pomysły wciskając je do swoich kompozycji. Wtórność nie jest już sztuką. Sztuką jest natomiast wymyślenie czegoś "wtórnie oryginalnego", przykuwającego uwagę słuchacza, korzystając z wykorzystanych już wcześniej pomysłów. I takie rzemiosło z całą penością wykonują mroczni Finowie z The 69 Eyes.
O ile pierwsze wydawnictwo, będące jednocześnie debiutem międzynarodowym tej formacji, było trudno dostępne w naszym kraju, to z kupnem "Blessed Be" nie było już takiego problemu. Szkoda, bo podobno "Wasting The Dawn" to rónież ciekawy album... Cóż... Polska nie leży w Skandynawii...
Muzyka zawarta na "Blessed Be" to czterdzieści pięć minut ciekawego gotyckiego rock'a. Już od pierwszego utworu do złudzenia przypomina styl Type'ów i Siostrzyczek, ale szybko wpada w ucho i, co najlepsze, pozostaje w nim na dłużej. To jest właśnie sztuka The 69 Eyes.
Grobowy głos Jyrki'ego (wokal i liryki) także już kiedyś słyszeliśmy. To umiejętne połączenie niepodrabialnego przecież wokalu Peter'a Steel'a z Type o Negative oraz Andrew Eldritch'a z Sisters'ów. Trzeba przyznać, że Finowie trafili w dziesiątkę, bo wokal idealnie pasuje do muzyki. I wcale nie drażni, jakby się mogło wydawać. Wręcz przeciwnie. Podoba się i stanowi niezbędny element kompozycji Eyes'ów.
Album słucha się dobrze, szczególnie wieczorną porą. Muzyka tworzy miłą atmosferę (bardzo gotycką). Ma swój klimat, który wprawia nas w dobry nastrój. Dużo w niej melodii, dobrego i ciężkiego riff'u, mocno eksponowanych mistycznych partii klawiszy oraz wspaniałych liryków autorstwa Jyrki'ego, doskonale także przez niego zaśpiewanych. Mankamentem jest, że co najmniej dwa utwory (klimatem) jakoś nie pasują do całości, a niektóre rozwiązania przywołują mi na myśl pierwsze dokonania Him'a (którego wręcz nie znoszę począwszy od drugiej płyty wzwyż). Całość doskonale wręcz zmiksowana daje porządany efekt. Na drugi dzień album ponownie ląduje w naszym odtwarzaczu. I z pewnością nie ostatni.
Płyta ma tylko jedną dużą wadę, a nawet dwie. O ile kompozycję "Wages Of Sin" mogę jeszcze tolerować (jako bardzo rock'owy utwór), to ostatniej pozycji na krążku "30" nie. Mam wrażenie jakby panowie nie mieli więcej dobrego pomysłu i wrzucili na krążek dwa "upychacze". Szczególnie nie toleruję "30". Ta piosenka wogóle nie pasuje do całej reszty. Psuje piękny nastrój stworzony w kompozycji "Graveland", jak i całej płyty. Osobiście dla mnie, album się kończy na pozycji numer dziesięć. Dalej nie chce mi słuchać.
Cóż więc jest w tej muzyce, że nam się podoba. Może jakaś magia... Wydaje się przecież, że to wszystko już gdzieś było. Kolejna wtórna płyta. A jednak. Muzyka skandynawów ma w sobie jednak coś, co działa na nasz umysł. Tajemnicę, magnes i gotycki, nocny klimat. Czyli jednak jest to sztuka. Inaczej nikt nie chciałby tego słuchać. A jednak... I ja również zaliczam się do tego grona, oczekując już na następny "wtórny" album goth'n'roll'owców.
ocena: 7/10