Pozwolę sobie zacząć bez tytułu ;-) Od dawna zbierałem się na odwagę, by skrobnąć coś do muzycznego kącika i ta chwila właśnie nadeszła. Przede wszystkim chciałbym przyłączyć się do tych, którzy mają szerokie upodobania muzyczne (oczywiście szerokie w ramach przyzwoitości - wiadomych wykonawców nikomu nie będę polecał). Mimo, że zdecydowanie ostra muzyka ma u mnie najlepsze notowania, to jednak nie stronię od kilku innych rodzajów muzy(ki). Przy okazji chciałbym też przedstawić spojrzenie na pewien zespół nie ze strony wiernego fana, ale faceta, który jeszcze rok temu za nim nie przepadał. Po tym przynudnawym wstępie przechodzę do rzeczy. Ośmielę się opisać dokładniej tylko cztery zespoły, bo inaczej zanudzilibyście się na śmierć.
*** Metallica ***
Moja znajomość z Metallicą rozpoczęła
się rok temu od wysłuchania ich ostatniej płyty "S&M". Większość fanów
skrzywiła się teraz pewnie z niechęcią, ale mnie spodobało się to w
przeciwieństwie do paru innych utworów, które słyszałem wcześniej. Uważałem tę
płytę za świetną, ale skończyło się to, gdy pewnego razu pożyczyłem od kumpla
"Kill'em All", czyli pierwszy album Metalliki. Uznałem, że ta płyta jest wręcz
czadowa, a "S&M" nie dorasta jej do pięt. W zasadzie wszystkie utwory bardzo
mi się spodobały (no, może z wyjątkiem "No remorse"), ale za najlepsze uznałem
"Metal militia" oraz "Whiplash". Teraz za najlepszy uważam "The four horsemen",
ale dwa wymienione są zaraz za nim. Zachęcony takim wrażeniem pożyczyłem
następną płytę, czyli "Ride The Lightning". I zdębiałem już na samym początku,
po usłyszeniu niemal genialnego "Fight fire with fire". Nie ustępuje mu również
tytułowy "Ride the lightning" (najlepsze w obydwu tych utworach są solówki
Hametta). Następne było "For whom the bell tolls", które znałem z "S&M".
Najpierw brakowało mi trochę tych dodatkowych dźwięków, ale po pewnym czasie
stwierdziłem, że jednak oryginalna wersja jest lepsza. A szczęka mi opadła po
wysłuchaniu "The call of ktulu". Gdybym tego wcześniej nie usłyszał, to
prawdopodobnie już bym jej nie uniósł :-) Podjąłem decyzję: kupuję powyższe
albumy, a że był również w EMPiKu "Master Of Puppets", więc ten również nabyłem.
"Master Of Puppets" zaskoczył mnie przede wszystkim tym, że do "S&M" wzięto
utwory z pierwszej strony, a ja za o wiele lepsze uznałem te z drugiej
(widocznie pasowały im do orkiestry "Battery", "Master..." i "The thing...").
Ale pierwsza strona i tak świetna, a "Welcome home (sanitarium)" conajmniej
dorównuje "Nothing else matters", a już na pewno jest lepsze od "The
unforgiven". Za to druga to istny czad: najpierw szybki "Disposable heroes",
później równie dobry "Leper messiah", następnie instrumentalny "Orion", a potem
przypominający pierwszy utwór poprzedniej płyty "Damage, inc.". Wszystkie
spodobały mi się od pierwszego przesłuchania. Ale gdy kilkanaście razy
usłyszałem "Orion", to stwierdziłem, że bije on na głowę wszystko, co do tej
pory usłyszałem. Jest genialny! Zresztą, zawsze najbardziej liczyłem na utwory
instrumentalne na ich płytach. Wobec tego kupiłem "...And Justice For All". I tu
po przesłuchaniu wszystkich utworów pomyślałem sobie: no tak, dalej nie ma co
kupować. Ta więc jest moją ostatnią. Co mnie jednak tak zniechęciło? Przede
wszystkim minimalna zmiana w stylu (widać brak świętej pamięci Cliffa Burtona),
a poza tym... tytułowy utwór. O ile pierwszy "Blackened" spodobał mi się dopiero
po paru dniach, o tyle im dłużej słuchałem "...And justice for all", tym
szybciej przekonywałem się, że jest on najgorszy z wszystkich 35 utworów na
pierwszych czterech płytach. Gdyby trwał 4 lub 5 minut, to można byłoby go
znieść, ale jest po prostu za długi. Ale są też pozytywy, jak niezły "Eye of the
beholder", dosyć melodyjny "One", bardzo dobry "To live is to die"... Chyba znów
instrumentalny jest najlepszy, ale znakomite są również "Dyers eve" oraz "The
frayed ends of sanity". Gdyby nie moje upodobanie do instrumentali, bądź gdyby
dodano słowa do "To live...", to "Dyers eve" uznałbym za najlepszy.
I to by
było na tyle. Metallicą zainteresowałem się dosyć późno, choć słuchałem
wcześniej metalu (Fear Factory i Type O Negative), ale teraz są jednym z moich
pierwszych w hierarchii zespołów (oczywiście, tylko do płyty "...And Justice For
All"). Na koniec jeszcze mój prywatny ranking ich utworów:
*** Limp Bizkit ***
Jeśli nie lubisz ich, to dobrze Ci
radzę: przewiń pasek w przeglądarce w dół, może znajdziesz tu jeszcze coś
ciekawego, ale nie czytaj tego akapitu. Natomiast jeśli chcesz czytać,
to... "Hot dog" "Break stuff" "Livin' it up" "Break stuff" "Break stuff" "My generation" "Take a look around" "Take a look around" *** Rage Against The Machine *** Rage Against The Machine był moim pierwszym poważnym
zespołem. Zacząłem go słuchać mniej więcej dwa lata temu. Wtedy poznałem ich
płytę "Evil Empire", ale całe szczęście szybko doczekałem się dwóch następnych,
a także zdobyłem ich pierwszą, czyli "Rage Against The Machine". Na pierwszej
płycie zdecydowanie najlepsze są "Know your enemy", "Killing in the name of"
oraz "Wake up", ktory znany jest z końcowych scen Matrixa. Popularny "Bullet in
the head" nie spodobał mi się tak bardzo, ale jest na poziomie. Niezłe są
również "Fistful of steel". Następna płyta nie jest już tak udana, ale i tam
można znaleźć kilka perełek, jak "People of the sun", "Bulls on parade", "Down
rodeo" czy "Year of the boomerang". Najlepszą płytą jest następna z roku 1999,
czyli "Battle Of Los Angeles". Pierwszy utwór, "Testify", rozczarował mnie, ale
już drugi wynagrodził to z nawiązką - "Guerrilla Radio" jest zdecydowanie
najlepszy z wszystkich utworów. Pierwsza strona jest cała utrzymana na wysokim
poziomie - "Calm like a bomb" (!), "Mic check" czy "Sleep now in the fire" to
czołówka światowa. Znakomity jest "Born of a broken man", choć ma trudny do
zrozumienia tekst (jak większość utworów Rage'a). Druga strona już nieco gorsza,
ale "Voice of the voiceless" czy "Ashes in the fall" są zrobione doskonale. Ich
ostatnią płytą, a zarazem (jak się okazało pół roku temu) ostatnią z Zackiem de
la Rochą w składzie jest "Renegades", która zawiera w całości covery różnych
wykonawców, m.in. hip-hopowych, ale nie tylko ("Beautiful world" - to było dla
mnie kompletne zaskoczenie, tym bardziej, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to
tylko cover). Znów pierwsza strona jest lepsza - "Microphone fiend" rozpoczyna
tę serię, chyba najlepszy "Pistol grip pump" jest następny, później "Kick out
the jams" (też odstąpienie od stylu), następnie znany juź "Renegades of funk",
wspomniany "Beautiful world" i "I'm housing". Na drugiej stronie niezłe są "The
ghost of Tom Joad" oraz "Street fighting man". Podsumowując, mimo że Rage gra
podobny rodzaj muzyki co Limp Bizkit, to jednak mają swój niepowtarzalny styl i
będą zawsze w czołówce moich faworytów (szkoda mi de la Rochy - bez niego to już
nie będzie to samo).
*** Apocalyptica ***
Metalliki nie było zbytnio sensu opisywać, ale Limp Bizkit gości na
tych łamach chyba po raz pierwszy, więc spróbuję. Zespół tworzą Fred Durst -
wokalista (taki śmieszny łysy facet, zawsze z czerwoną dżokejką na głowie), Wes
Borland - gitarzysta, Sam Rivers - basista, John Otto - perkusista oraz DJ
Lethal - wiadomo co (sample, scratche itp.). Pierwszą ich płytą była "Three
Dollar Bill Y'All" wydana bodajże w roku 1997. Niestety nie mam jej, więc nie
mogę tu nic napisać. Następną była "Significant Other", chyba najbardziej znana
(pewnie dlatego, że była "znacząco inna" ;-) Najnowszą jest "Chocolate Starfish
And The Hot Dog Flavored Water" wydana rok później, czyli na koniec XX wieku
(2000 AD). I ta IMHO jest zdecydowanie najlepsza. W zasadzie trudno
jednoznacznie określić, jaką muzykę gra Limp Bizkit. Nie ma wątpliwości, że
Durst jest wokalistą hip-hopowym (zresztą kumpluje się z Eminemem, Dr Dre i tymi
innymi produkującymi tę muzykę dla mas :-P). Gdyby rozwinął swoją karierę tak
jak Eminem, nie zwróciłbym na niego nawet uwagi. Ale on dobrał sobie kumpli,
którzy do hip-hopu dodali muzykę w stylu thrash metalu (trudno brzmienie gitar
nazwać rockowym czy nawet punk rockowym - w większości utworów jest to thrash,
mniej więcej taki jak w "Kill'em All"). I ta mieszanka jest zajebista! (pewnie i
tak wygwiazdkujecie ;-) Borland z Riversem grają zarówno bardzo ostro, wręcz bez
melodii ("Trust?" czy "Rollin'") lub też niezwykle melodyjnie ("My way" czy
"It'll be ok"). A do tego znakomity wokal Freda Dursta, który showmanem jest
znakomitym (wie facet, na czym można zarobić). I to jest właśnie ich jedyna wada
- zespół jest zbyt popularny :-P Cóż, mówi się trudno. Jeszcze jedna sprawa -
robią świetne teledyski, przede wszystkim z jajem - nabijają się, ile wlezie
(facet, który to kręci, ma u mnie skrzynkę piwa, jak tylko tu przyjedzie ;-)
Jednym z lepszych numerów jest wstęp do klipu "My way", gdy Durst mówi do
Borlanda coś w tym stylu: "We have no idea what it's gonna be so make it, no
planning". Teledysk faktycznie stwarza wrażenie kompletnej prowizorki, a muzycy
też nie są zbytnio poważni - rzucają się rekwizytami, przeszkadzają operatorom
itp. Na koniec pytanie retoryczne - czemu "Rollin'", utwór bez melodii, nawet
bez ciekawych riffów, jest uważany nie tylko przeze mnie za bardzo dobry?
Żebyście nie mieli wątpliwości, jaką postawę
prezentuje Limp Bizkit, kilka cytatów:
"ladies and
gentlemen
introducing...
the chocolate starfish and the hot dog flavored
water
bring it on
get the fuck up
yeah check one two
listen up
listen up here we go
it's a fucked up world a fucked place
everybody's
judged by their fucked up face
fucked up dreams fucked up life
a fucked up
kid with a fucked up knife
fucked up moms and fucked up dads
a fucked up
cop with a fucked up badge
fucked up job with fucked up pay
and a fucked
up boss is a fucked up day
fucked up press and fucked up lies
while
lethal's in the back with fucked up eyes"
when you don't wanna
wake up
everything is fucked everybody sucks
you don't really know
why
but you wanna justify
rippin' someone's head off"
i'll skin your ass
raw"
how 'bout your
fuckin' face"
don't give a fuck and
we
won't
ever give a fuck un-
til you
you give a fuck about me
and my
generation"
cause hate is
all the world has even seen lately"
cause i'm an idiot a loser
a microphone abuser"
Apocalyptica dostarczyła mi tak upragnionych wrażeń ze słuchania utworów instrumentalnych. Częstokroć słuchając jakiegoś zespołu metalowego wkurzałem się, gdy brzmienie gitar zagłuszał mi jakiś wrzask lub bełkot tego %$#@! wokalisty :-P Toteż z radością przyjąłem wspaniałe utwory czterech absolwentów Sibelius Academy w Helsinkach. W skład zespołu łączącego, według słów ich głównego kompozytora, "these two music styles, classical and metal" wchodzą Eicca Toppinen, autor powyższych słów, Max Lilja, Paavo Lotjoenen oraz Perttu Kivilaakso (zmienił w składzie Antero Manninena). Impulsem do kupienia ich kasety "Cult" było usłyszenie na VIVA 2 "Path" - jednego z najlepszych utworów (na marginesie - równie dobra jest wersja z dodanym wokalem Sandry Nasic z Guano Apes). Ale największe zaskoczenie stanowiło co innego. Od paru lat słucham również niektórych utworów należacych do muzki klasycznej, takich jak "Bolero" Ravela, uwertura opery "Wilhelm Tell" czy inne utwory symfoniczne. Za genialny kawałek uważam "W grocie króla gór", fragment opery "Peer Gynt" Edwarda Griega. Gdy go usłyszałem po raz pierwszy, marzyłem, by ktoś przerobił to na kawałek metalowy. I co się okazuje? Apocalyptica spełniła moje marzenie! "Hall of the mountain king" to coś wspaniałego, mimo, że jest skrócony w stosunku do oryginału. Kocham Finlandię!