Samotność maratończyka - chwila
refleksji
Godzina 10.20 przed południem, niedziela, za sobą mam już
prawie trzy godziny pracy, przede mną jeszcze dziewięć.
Cholernie długo, dzień nudny I nic nie zapowiada tego, że coś
się zmieni. Najgorsze są właśnie niedziele. W tygodniu człowiek
nie ma gdzie rąk włożyć, taki się młyn robi. W niedziele
jednak zaczyna się marzyć o tym, żeby coś gdzieś "padło".
Przynajmniej coś się zacznie dziać, będzie można sobie z kimś
przez telefon pogadać. Coś się ruszy. Nie ma jednak na to zbyt
wielkich szans.
W końcu zadzwonił telefon. Fajnie, będzie można trochę język
rozruszać, bo od tego milczenia robi się sztywny jak kołek.
Cholera, Hong-Kong - miałem ochotę z kimś pogadać, ale
dlaczego od razu po angielsku I do tego z "kitajcami"?
Nie wiem czy kiedykolwiek ktoś z was słyszał jak ci ludzie mówią
po angielsku. Załamać się można, nie wiesz czy to jest
angielski z chińskim akcentem, czy na odwrót.
Sprawa krótka, mimo małych komplikacji załatwiona w kilka
minut. Co dalej?
Zastanawiam się nad tym, co będę robił po pracy. Pewnie
niewiele zdążę zrobić. Gdy wrócę do domu, będzie godzina
21.00, za mało czasu, żeby brać się za cokolwiek. Trzeba będzie
wcześnie położyć się spać, jutro czeka mnie powtórka z
rozrywki. Kolejne dwanaście godzin z życiorysu. Znowu późny
powrót do domu I znowu nie będzie wiadomo co ze sobą zrobić.
Pamiętam jeszcze jak to było w szkole średniej. Od tamtego
czasu minął już niezły kawałek czasu.
Człowiek wychodził ze szkoły I miał dwieście pomysłów na
spędzenie wolnego czasu. Znajomi, przyjaciele, spotkania,
imprezy, treningi, próby muzyczne… było tego trochę. Z
czasem jednak się to zmieniło. Zawsze sobie obiecałem, że
mimo pracy zawodowej zawsze zostanę aktywny poza pracą. Łatwo
jest sobie coś obiecać, z dotrzymaniem tych obietnic jest
gorzej. Znajomi? Tak, to oczywiste, że są. Niektórzy już długoletni,
jeszcze z czasów szkolnych. Miałem ostatnio do kogoś zadzwonić.
Nie pamiętam do kogo. Zresztą, I tak nie będzie czasu, żeby
się spotkać. Zadzwonię później. Może jutro?
Z innym kumplem umawiam się od dwóch, może nawet trzech
tygodni. W żaden sposób nie możemy trafić w termin, który
pasowałby nam obydwu. Z innym umawiam się od ponad pół roku.
Tragedia. Dobrze, że przypadkiem udało nam się wakacje razem
spędzić. Przypadkiem, bo zaledwie kilka dni przed urlopami udało
nam się pogadać przez telefon. Okazało się, że urlopy będziemy
spędzać w tym samym czasie, w tym samym miejscu. Niezły ubaw.
Musieliśmy aż jechać nad morze, żeby się spotkać, bo w mieście,
w którym mieszkamy I pracujemy od wielu miesięcy nie było nam
to dane.
Znów obiecaliśmy sobie, że niedługo się
"spikniemy", najchętniej przy czymś rozgrzewającym,
mamy kilka rzeczy do obgadania. Tematy, których na wakacjach
lepiej nie ruszać. Jak na razie, los nam się sprzeciwia. Może
w następne wakacje niechcący spotkamy się gdzieś indziej?
Lokalne warunki jakoś nam nie sprzyjają.
Jest jeszcze grupa znajomych, z którymi razem się trenowało. U
jednego byłem ostatnio. Skręcił nogę, całe dnie siedzi sam w
domu, ja miałem wolne - sam nie wiem jak do tego doszło. Fakt,
że mamy ze sobą regularny kontakt. No, w miarę regularny.
Telefoniczny, najczęściej. Niedługo na wakacje przyjeżdża z
Niemiec jego siostra. Może wtedy uda się nam wszystkim spotkać.
Możliwe, że nawet więcej niż raz. "Rodzina" znowu będzie
w komplecie. Na pewno? Zresztą, później I tak wszystko wróci
do normy. Każdy pójdzie swoją drogą z obietnicą, żę niedługo
się zobaczymy. Za pół roku, może rok… nie, na pewno prędzej…
ponad pół roku temu też tak sobie obiecywaliśmy…
Pozostała jeszcze muzyka. Wygląda na to, że niedługo znów
zacznie się aktywne używanie instrumentu. Jest skład, jest
materiał, są też chęci. Ciekawe, co powie na to zmęczenie?
Wczoraj nieźle mi dokopało. Wygląda na to, że organizm nie
pozwala tak po prostu sobą pomiatać. Poradzę sobie. W końcu,
zawsze te dwie-trzy godziny da się wygospodarować. Poradzę
sobie?
Psia mać, obiecałem Qn'iowi dwa teksty, na konkretne tematy.
Jakoś nie mam napędu. Wiem co chcę napisać, ale jakoś to
wszystko nie chce mi się w głowie poukładać. Wszystko się
miesza. Myśli pojawiają się I znikają na zmianę. W końcu je
napiszę. Tak mi się przynajmniej wydaje…
Może następnym razem, jak będę siedział w pracy. Pod
warunkiem, że znów nie zacznie mnie męczyć pewna myśl. Człowiek
składa sobie wiele obietnic. Zarzeka się, że będzie pilnował
wielu spraw I pozostanie aktywny, nie pozwoli zamknąć się w
korytarzu, który biegnie tylko w jedną stronę. W pewnym
momencie swojego życia staje się jednak zwykłym maratończykiem.
Jest tylko on I droga przed nim. Dystans, który koniecznie
trzeba przebyć w odpowiednim czasie, żeby później móc
spokojnie spacerować I cieszyć się otaczającym nas światem.
Czy jednak na końcu tej drogi starczy sił na spokojny spacer I
podziwianie otoczenia? Może po prostu przyjdzie ochota, żeby
tylko usiąść w jednym miejscu I odpocząć? Z pewnością będzie
to moment, w którym zmęczony człowiek zerknie wstecz. Czy
zobaczy coś więcej, niż tylko jeden dzień? Dzień, który będzie
jednocześnie pamiątką I historią najlepszych lat życia.
Obraz przedstawiający bezmyślny bieg do przodu…
Eddie
eddi@GO2.pl