Zza krawędzi stołu wyłoniła się wolno głowa pierwszego żołnierzyka. Pokrzywiona po ostatnim zgnieceniu twarz, wypierana niemiłosiernie przez kłębiący się gdzieś za nią gaz szybko formowała swój dawny wyraz. Resztki piany, spływającej jeszcze przed chwilą, zastygły, przykrywając wytarte z lekka czoło. Metalowe rączki poruszane nerwowymi spazmami trzymały żółtoczerwony karabin wyjęty nie wiadomo kiedy z dymiącego baraku trzymającego się jeszcze na spopielonych, tekturowych ściankach. Tors następnego członka armii wykręcał się wykrzywiając koślawo nierówny napis: "EB Army". Jack uniósł lekko głowę, z trudem wyciągnął bolącą szyję. Za krawędzią pełznącego wolno stołu, stały legiony podobnych, metalicznie połyskujących żołnierzy. Po drugiej stronie pokoju do walki gotowała się inna, równie liczna armia. Armia, z nienaturalnie wydłużonymi, sterylnie czyszczonymi głowami. Różnokolorowe płyny, gotowały się wściekle za plastykowymi powłokami wojów, a każda kreska na ich torsach krzyczała swą wściekłą, niebieską barwą. Na znak ich przywódcy, zakrzywionego i połyskującego lakierowanym drewnem na falującym podłożu zadudniły równe kroki. Na znak następnego, przypominającego szklaną gruszkę przywódcy metalowa armia poszła naprzeciw zbliżającego się, plastykowego zagrożenia. Z metalowych, przeżartych alkoholem krtani wyrwała się pieśń. Na znak żółte, zakończone czerwienią karabiny, zapłonęły jasnym światłem. Nikły na początku szum wolno podnosił się, nabrzmiewał, bulgotał. Plastykowe twarzyczki gorzejące nienawiścią, przyspieszyły, mijając szumiący telewizor…
Cyrkowy namiot cały przepełniony był gardłowym śmiechem tłumu. Dzieci, dorośli, dziadkowie. Wszyscy zanosili się niekontrolowanym śmiechem, wskazując opasłymi i ociekającymi tłuszczem palcami, zakrwawioną arenę. Jack obrócił głowę w tamtym kierunku. Z pali podtrzymujących cyrkową arenę wystawały poszczerbione ostrza ociekające krwią ponabijanych na nie, uśmiechających się klaunów. Każdy z nich machał rękami, naśladował różne odgłosy rozśmieszając publiczność. Środek areny zdobiła majestatyczna gilotyna. Gilotyna przeznaczona dla… Gardłowy śmiech publiczności ucichł wraz z pojawieniem się gwoździa programu. Metalowe nóżki podreptały szybko w kierunku wielkiego rusztowania. Dwa wielkie młotki czekające na drewnianych schodkach nałożyły katowskie czapki. Gwóźdź programu bez ociągania oddał się po chwili biegu w ich ręce. Wolno ułożyli połyskującą metalem szyjkę na miękko wyściełanej podpórce. Szept podniecenia zniszczył zasłonę ciszy zwisającą nad publicznością. Naciągnięte ostrze zabłysło złowieszczo nad główką gwoździa. Głośny aplauz publiczności zawtórował świstowi spuszczanego ostrza. Metaliczny brzdęk rozniósł się po cyrku zagłuszając na chwilę wrzaski zachwytu. Wrzask ten wolno zaczął formować się w słowa. W pieśń.
Jack usiadł pod niekończącą się ścianą. Kolejny brudny biedak wyskrobywał połamanymi palcami koślawe napisy. Jack przyjrzał się im. "Goodbye" głosiły "Goodbye cruel world, I'm leaving you today...". Wyskrobujący kolejny taki napis łachmaniarz odwrócił na chwilę głowę od swego dzieła. Uśmiechnął się wykrzywiając makabrycznie twarz, i ruchem osiwiałej głowy pokazał Jack'owi, wolno otwierające się przejście. Jack spojrzał w jego kierunku. Równe trochę zabrudzone schody prowadziły w mroczną czeluść tunelu. Jack wstał i postąpił kilka kroków w tamtym kierunku. Gdy postawił pierwszy krok na schodku, napisy na ścianie wybuchły czerwoną posoką. Łachmaniarz zaniósł się śmiechem i wrócił do kończenia swego obrazu. Tunel z początku ciemny i nieprzyjazny zmieniał się ilekroć człowiek postąpił o krok. Nieprzeniknione ciemności rozjaśniało wolno ale wytrwale dążące w kierunku Jack'a światło. Napełniało go ciepłem i spokojem, rozjaśniało wszystkie wątpliwości. Urosło w jego umyśle do miana doskonałego. Bo takie było… Goodbye Cruel World
Gruby komisarz szarpnął za brudną obdrapaną klamkę. Oczom jego ukazał się mały, obskurny pokoik, z obdrapanymi ścianami. Oprócz niego w pokoiku znajdowało się jeszcze dwóch gliniarzy. Gdy wszedł skierowali błagalne spojrzenia w jego kierunku. Przyzwolił ruchem głowy. Podszedł do fotela zostawiając za sobą trzask drzwi. Został sam. Obite skórą siedzenie oblepione było przez muchy i robactwo. Wszędzie wokół leżały pozgniatane puszki po piwie i zużyte strzykawki. Komisarz zasłonił usta i nos. Nienaturalnie silny odór rozkładających się zwłok bił w oczy i twarz z niesamowitą siłą. Komisarz odwrócił twarz i szybkim, nerwowym krokiem opuścił pokoik. Rzędy robali przemierzały właśnie krtań Jack'a.
Behemot van Iluvator |