Nocny Dzień Eugeniusza

Zaczęło się jak zwykle - niezwykle. Wstałem popołudniu gdzieś koło 8:00 i ostatkiem sił, energicznie zeskoczyłem z łóżka. Spadałem chwil kilka po czym upadłem lekko łamiąc obie ręce i nogę. Nic sobie z tego nie robiąc, poszedłem wziąć gorący prysznic gdzie zimna woda odświeżyła mnie do reszty. Pobudzona świadomość, szybko podszeptała mi żebym poszedł sprintem coś zjeść. Poszedłem więc. W kuchni włączyłem radio by obejrzeć poranne wiadomości, ale zamiast tego dostrzegłem zegar niemiłosiernie informujący mnie, że jestem spóźniony do pracy. Miałem więc jeszcze dużo czasu. Usiadłem spokojnie, uświadamiając sobie, że zjadłbym konia z kopytami! Zadzwoniłem więc krótkofalówką do warzywniaka i poprosiłem o konia. Po chwili zajadałem się, rezygnując jednak z pomysłu jedzenia kopyt, których ten rodzaj krów nie posiadał. Po skończonym posiłku, wrzuciłem naczynia do piekarnika i przebrałem się w pidżamę. Wziąłem palto, wiszące na ziemi w przedpokoju, i otworzyłem drzwi na klucz. Podleciałem do bramy garażowej i zamykając ją na kłódkę wszedłem do środka. Otworzyłem drzwi kabiny mego automobilu i wsiadłem na motor. Do centrum miasta prowadziła piaskowa droga cała wyłożona asfaltem. Uwielbiałem jeździć po tej równiutkiej, doskonale zrobionej i wyboistej jezdni. Jechałem pozwalając by lekki wichura muskała mi twarz. Po kilku dniach jazdy, przybyłem na miejsce stając przed moim miejscem pracy - czterdziestopiętrową lepianką. Zapukałem dzwonkiem do małej bramy, czekając aż strażnik ją otworzy. Wyczekiwując strażnika nerwowo spojrzałem na zegarek. Jak już mówiłem - byłem spóźniony.
- Pan tak wcześnie? - usłyszałem basowy sopran strażnika dochodzący gdzieś z dziesiątego piętra - Już schodzę. - dodał i po chwili nie dłuższej niż godzina byłem w środku. Biuro było pełne ludzi, jak zwykle o tej porze. Wziąłem więc łopatę, i odgarnąłem na bok przynajmniej tych którzy znajdowali się koło mojego biurka.
- Cześć! - powiedziała promiennie Jane która od niepamiętnych czasów, czyli tak od panowania Mieszka I, była na mnie śmiertelnie obrażona. - Jak się spało?
- Spierdalaj Jane - odpowiedziałem po krótszej chwili namysłu, po czym wróciłem do poprzednich zajęć. Resztę tego żmudnego dnia spędziłem na różnych ciekawych zajęciach. Nie będę wam opowiadał na jakich by nie zanudzić was na śmierć, a nie chcę odpowiadać za waszą śmierć. Po pracy wskoczyłem na mojego stalowego rumaka, i popędziłem stępem do domu. Już na miejscu dałem mu trochę owsa, a stajennego arogancko poprosiłem by się nim zaopiekował. Wjechałem do mieszkania po schodach i wyszedłem przez drzwi frontowe. Już w środku wpadłem na świetny, chyba najgorszy w moim życiu, pomysł. Czemu by nie wziąć kąpieli! Pobiegłem więc podniecony do łazienki i spokojnie drżącymi rękoma odkręciłem wodę. Zaraz po tym wskoczyłem do parującej z zimna wody i... zapomniałem, że potwornie chce mi się pić. Utonąłem więc z pragnienia. Teraz siedzę na betonowej chmurce przygrywając z lekka na elektrycznej harfie...

Bartek Filipowicz
Each Usige

Wróć