Zaczęło się jak zwykle - niezwykle. Wstałem popołudniu gdzieś koło 8:00 i ostatkiem sił, energicznie zeskoczyłem z łóżka. Spadałem chwil kilka po czym upadłem lekko łamiąc obie ręce i nogę. Nic sobie z tego nie robiąc, poszedłem wziąć gorący prysznic gdzie zimna woda odświeżyła mnie do reszty. Pobudzona świadomość, szybko podszeptała mi żebym poszedł sprintem coś zjeść. Poszedłem więc. W kuchni włączyłem radio by obejrzeć poranne wiadomości, ale zamiast tego dostrzegłem zegar niemiłosiernie informujący mnie, że jestem spóźniony do pracy. Miałem więc jeszcze dużo czasu. Usiadłem spokojnie, uświadamiając sobie, że zjadłbym konia z kopytami! Zadzwoniłem więc krótkofalówką do warzywniaka i poprosiłem o konia. Po chwili zajadałem się, rezygnując jednak z pomysłu jedzenia kopyt, których ten rodzaj krów nie posiadał. Po skończonym posiłku, wrzuciłem naczynia do piekarnika i przebrałem się w pidżamę. Wziąłem palto, wiszące na ziemi w przedpokoju, i otworzyłem drzwi na klucz. Podleciałem do bramy garażowej i zamykając ją na kłódkę wszedłem do środka. Otworzyłem drzwi kabiny mego automobilu i wsiadłem na motor. Do centrum miasta prowadziła piaskowa droga cała wyłożona asfaltem. Uwielbiałem jeździć po tej równiutkiej, doskonale zrobionej i wyboistej jezdni. Jechałem pozwalając by lekki wichura muskała mi twarz. Po kilku dniach jazdy, przybyłem na miejsce stając przed moim miejscem pracy - czterdziestopiętrową lepianką. Zapukałem dzwonkiem do małej bramy, czekając aż strażnik ją otworzy. Wyczekiwując strażnika nerwowo spojrzałem na zegarek. Jak już mówiłem - byłem spóźniony.
Bartek Filipowicz |