Kościół Chaosu


Zgarbiony staruszek popatrzył w stronę zachodzącego słońca. Na jego pomarszczonej twarzy rysował się wyraz natarczywego oczekiwania. Długiego, zdawałoby się nie mającego celu oczekiwania. Oczekiwania na zbawienie jego nędznego życia i starej, zabitej dechami wioski w której żył. Jego wzrok przeleciał po drewnianych zabudowaniach, ciasno opasających wielki, zabrudzony traktat, przychodzący z nikąd i prowadzący do nikąd. W jego oczach wiele razy witało zwątpienie. Bezbrzeżne zwątpienie w samego siebie. W cel istnienia tej wioski. A mimo to czekał. Czekał i wiedział, że zbawienie nadejdzie. Może nie dzisiaj, może nie jutro ale nadejdzie…
Od strony kościoła słychać było krzyki. Dziadek wsłuchał się w nie. Harmonia bólu i cierpienia... Przywykł do tego. Przywykł do ciągłego ryku "potępionych" rozchodzącego się po pustej i wyludnionej okolicy niczym kościelne dzwony. Co noc krzyki te wwiercały się w głąb świadomości staruszka, trwale kalecząc jego słuch i umysł. Może dlatego nie dosłyszał zbliżającego się szybko ryku stalowego rumaka. Wyczekiwanego od dawna rumaka, którego można było zastąpić jednym słowem "wybawienie"…
Ciężkie, zakurzone opony harley'a wyryły długi ślad zatrzymując się tuż przed dziadkiem. Wątły starzec przezwyciężył smród palonej gumy i podmuch wywołany gwałtownym hamowaniem pozostając na nogach. Dopiero po otworzeniu wygasłych już trochę oczu, upadł. Upadł pod naporem światła, majestatu i potęgi którą reprezentował sobą Wybawiciel. Opadający na ziemię skórzany płaszcz szczelnie opinał sylwetkę Anioła, pozostawiając w mroku całe jego ciało. Jedynie skrzydła, majestatycznie śnieżnobiałe pozostawały na wierzchu, biły świetliście wielką potęgą i energią wokół niego. Wielka, zakuta w nabijane ćwiekami, czarne rękawice dłoń naciągnęła głębiej kaptur, ukazując przy tym srebrny miecz przymocowany rzemieniem do pasa. Przy drugim udzie przymocowany był shootgun z tego samego kruszcu.
Dziadek przezwyciężając ból w starych stawach i kościach, podniósł się na nogi. I zaraz tego pożałował. Ogrom i majestat Przybysza, znów wdarły się do jego i tak wypaczonego umysłu sondując go, wdzierając się do oślizłych zakamarków jego mózgu, o których nawet on sam nie wiedział. Stare naczynia krwionośne nie wytrzymały takiego przepływu czystej Energii, puściły swe zawiasy wybuchając falą krwi. Krew, omal co nie rozsadzając ciśnieniem zakrzywionego nosa starca, naznaczyła swą czerwienią jego podniszczone ubranie. Jeszcze jedna fala Energii wystarczyła, by ponownie obalić staruszka na ziemię. Umysłem starego wstrząsnęła implozja, wprawiając w spazmy jego ciało. Umysł mieszkańca zrujnowanej wioski odleciał w nicość, w czarne kłęby otchłani. Staruszek zemdlał, a ciało jego wyrwało z zabójczej paszczy skurczy…
"Jak tylko się obudzisz - metaliczny dźwięk omijając nieużyteczny w tej chwili umysł wbijał się maleńkimi igiełkami we wciąż pracującą podświadomość staruszka - uciekniesz. Uciekniesz stąd jak najdalej możesz, jak daleko cię doniosą twoje spróchniałe kości. Nie wolno ci tu zostać! - zabrzmiało znów gdzieś w kłębach umysłu dziadka - Będziesz tu tylko przeszkadzał! Pamiętaj! Jak najdalej stąd!
Anioł odwrócił wzrok od skurczonego i dygoczącego ciała. Popatrzył dalej, w kierunku małego kościółka na skraju wioski. "Małego, pieprzonego kościółka -pomyślał Wybawiciel i postąpił krok w tamtym kierunku - w którym Chaos urządził sobie gównianą imprezkę psia jego mać!".

***

Ozdobne drzwi kościoła ustąpiły pod silnym kopnięciem wojskowego glana. Anioł wszedł do środka. Natychmiast tego pożałował. Wycie potępieńców wzmagało się ilekroć Wielebny zrobił krok. Z ponabijanych na palące się pale wiernych połowa już nie żyła. Szczęśliwsza połowa. Inni wrzeszczeli zdzierając sobie gardła i taplając się we własnej krwi. Wrzeszczeli głosem przepełnionym cierpieniem, bólem, goryczą. Wrzeszczeli i we własnej niewiedzy karmili Chaos który kąpał się w ich cierpieniach, jak Kleopatra w mleku. Chaos kąpał się, rósł, młodniał dzięki jękom i skowytom. To było dla Niego cenne paliwo, paliwo goryczy i mordu, tego czym Chaos się trudził, czym pałał i co uwielbiał. Anioł to wiedział. Wiedział, że musi odciąć dopływ paliwa, ukrócić cierpienia wiernych. Nie mógł pozwolić by Jego potęga rosła w miarę topnienia potęgi Wszechmogącego. Nie mógł na to pozwolić, i nie pozwolił.
Ściany kościoła zafalowały, poddały się sile Energii. Kulminacyjny skowyt potępionych nie trwał długo. Dach kościoła wzleciał na dwadzieścia sążni w górę i spadając roztrzaskał się o nową, kończącą falę Mocy.
Skurcz mięśni pozwolił zatrzymać cisnące się jeszcze fale Mocy w ciele Wielebnego. Energii potrzebnej do walki. Walki ostatecznej i walki z dzieckiem Chaosu.
Dopiero teraz do świadomości Anioła wdarła się fala wrogiej Energii wytwarzanej przez coś siedzące na dnie Otchłani. Otchłani, która teraz, wściekłym rykiem Wielkiego Zła poszerzała swoje rozmiary i pochłaniając kolejne partie kościółka pędziła w kierunku Wielebnego. Dziura ryła ziemię wystrzeliwując kolejne macki ku zakapturzonej postaci. Przepaść napełniona była Jego złem, Jego wściekłością. Wyrwany z letargu pałał zemstą i chęcią mordu. Ale był mądry, zbyt mądry by podejść bliżej. Wolał by obiekt Jego zemsty zszedł wprost w Jego szeroko rozwartą paszczę.
Na Krawędzi wolno rysował się zarys schodów. Anioł postąpił do przodu.

***

Kłębek w który ściśnięta była świadomość starca powoli się rozwijał. Rozbite myśli wolno układały się w całość, tworzyły jaki taki obraz rzeczywistości. Gdy umysł dostosował się już do normalnej egzystencji, przyszła poro na ciało. Z tym było gorzej. Pogruchotane przez upadek kości gięły się i odmawiały posłuszeństwa. Mięśnie i ścięgna rwały się gdy tylko dziadek poruszył którymś z członków. Po paru próbach staruszek dał za wygraną. Oparł strzępy swego ciała o starą, zbutwiałą deskę i zapłakał. Zapłakał sucho, bez łez. Nie zauważył zbliżającego się cienia. A gdyby nawet to i tak nie zdążył by zareagować. Następna konwulsja wstrząsnęła jego ciałem…

***

Anioł wolno schodził w dół. Jego wojskowe buty cicho popiskiwały stykając się ze zbroczonymi krwią schodami. Nierównymi, wyciosanymi z czarnej skały schodami, leżącymi wśród falującego morza kości. Z głębi Otchłani bił obrzydliwy, niemal namacany odór. Jednak to nie przeszkodziło schodzić Wielebnemu w dół. Fakt, Anioł nienawidził kryjówek Chaosu, brzydził się nimi ale… Powoli się przyzwyczajał. Setki razy schodził właśnie takimi schodami lub podobnym równie ohydnym tunelem. Stare sztuczki Wielkiego Zła nie robiły już na nim większego wrażenia niż obrzydzenie. Obrzydzenie i nienawiść. Ale powoli się przyzwyczajał…
Zaatakowali go na małym obślizgłym podeście, gdzieś w połowie drogi w dół. Wybawiciel był na to przygotowany. Powoli się przyzwyczajał. Było ich pięciu może sześciu, a następni bezszelestnie wyłaniali się z lepkiego mroku. Nieśli ze sobą wrogą Energię. Anioł wyczuł to natychmiast. Jego okuta w żelazo i skórę dłoń wolno popełzła po miecz. Jeden z potworków, mały, zgarbiony, pokryty chitynowym pancerzem na krostowatych plecach i nienaturalnie długich łapach, zauważył to. Odwrócił na chwilę czerwone, zmrużone ślepia i zasyczał coś do innych, podobnie wyglądających stworów. Ci jak na komodę wyjęli spod grubej, krostowatej skóry, ostre, zakrzewione szable. I jak na komendę wszyscy razem rzucili z rykiem w paszczach na Wielebnego. Ich zapał zgasł gdy zobaczyli…
Anioł mocno chwycił rękojeść miecza, wyszarpnął go i z całą siłą trzasnął w pierwszego stworka. Ostre jak brzytwa ostrze werżnęło w ciało, przebijając pancerz. Połowa ciała stwora wzleciała przy wtórze fontanny zielonej krwi i ochłapów na dwa metry w górę. Małe zadrganie Energii, Wielebny znalazł się przy następnym wrogu. Strzelił wyjętym nie wiadomo kiedy shootgunem wprost w jego szeroko rozdziawioną ze zdziwienia paszczę. Główka potwora eksplodowała osoczem i strzępami mózgu, obryzgując czarny płaszcz Anioł. Następny ze stworków przezwyciężając strach rzucił się z akompaniamentem ryku w kierunku Wybawiciela. Nie zdążył dolecieć. Cięte z ogromną szybkością ciało, zakołysało się chwilę w powietrzu i zgniecione następnym uderzeniem, roztrzaskało się o twardą posadzkę, nadając jej nowy zielonkawy odcień. Lufa guna skierowana w kierunku kolejnego, upierdliwego wroga wystrzeliła dwukrotnie, wtórując krwawemu odrzutowi potworka. Dwóch pozostałych nie dało jednak za wygraną wiedząc, że gdyby się poddali ich pan zrobiłby z nimi o wiele gorsze rzeczy. Oparci o siebie cienkimi ramionami wolno szli w kierunku Anioła, ślizgając krótkimi nóżkami po zielonej od krwi posadzce tarasu. Ciche szepty wydobywające się z ochrypłych gardeł nie świadczyły bynajmniej o ich głębokim zadowoleniu. Wielebny popatrzył na nich z politowaniem. Wyciągnął rękę i przy wtórze okrzyków nienawiści wroga uwolnił Energię. Dwa małe kształty dosłownie wtopiły się w ziemie tworząc razem malowniczą miazgę. "Pięknie się wkomponowali - pomyślał Wybawiciel - Pięknie". I poszedł dalej.

***

Dziadek podniósł się wolno, otrzepując przy tym zakurzone strzępy ubrania. Zgarbione plecy, wolno się wyprostowały, ukazując w pełni repertuar ostrzy wyrastających z nowej, krostowatej skóry. Długie, cienkie ręce opadły z hukiem na ziemię znacząc ją głębokimi odciskami wielkich i ostrych pazurów. Króciutkie nóżki postąpiły parę kroków do przodu. Twarz wykrzywiona we wielkim grymasie bólu powoli się rozluźniała, ukazując swoje nowe, szkaradne oblicze. Długie uszy zakołysały się na wietrze. Staruszek uśmiechnął się, ukazując rzędy cienkich stożkowatych zębów. Czerwone ślepia, przebijając noc popatrzył w kierunku kościółka. Coś w podświadomości dziadka wrzeszczało głośno "...Jak najdalej stąd! Musisz uciekać jak najdalej możesz!".
- Jak najdalej mogę - powtórzył chrapliwy głos z pewnością nie należący do dziadka - Jak najdalej stąd.
Uśmiech rozszerzył jeszcze bardziej paskudną, krostowatą twarz staruszka. Małe nóżki szybko podreptały w kierunku kościoła.

***

Wielebny zdjął nogę z ostatniego stopnia zbroczonych schodów. Wyszedł na ogromną, skalną platformę, leżącą wśród morza kości. Naokoło błyszczały gorące, czerwone ślepia wiercące niemiłosiernie zakapturzoną postać. Anioł niemal czuł Zło i wrogą Energię którą przesiąknięta była platforma. Długie, ponabijane wiernymi i ociekające ich krwią pale wytyczały drogę w mrok. W serce Otchłani, wprost w Jego paszczę…
Wybawiciel postąpił do przodu. Małe ślepia jak jeden maż poprowadziły go wzrokiem. Przepełnionym nienawiścią i strachem wzrokiem, bezradnych, małych potworków. Małych potworków, wiedzących, że nie mogą mu nic zrobić, wiedzących, że on należy do Niego. Anioł ruszył do przodu. Nie oglądał się, wiedział, że chwilę nieuwagi może przypłacić życiem. Jego kroki dudniły ciężkością wśród wszechobecnego mroku. Jedyne światło dawała Energia. Jego Energia.
Zakrwawione słupy zaczęły się wolno przerzedzać, aż w końcu znikły zupełnie. Znikły tylko po to by ukazać stukrotnie bardziej makabryczny widok. Widok Jego, dziecka Chaosu, Wielkiego Zła, pana Otchłani. Demona. Anioł zmierzył go wzrokiem. Miał nienaturalnie długie kończyny napierające na krańce przepaści, ciągle ją poszerzając. Jego pysk rozdziawiony niemal do samej ziemi, upstrzony był koroną ostrych, zakrzywionych zębów. Niezliczone, poskręcane rogi schodziły wolno w dół, po zgarbionych plecach, i nierównym, wijącym się ogonie zakończonym ostrym jak brzytwa ostrzem. Z jego masywnych łokci wyrastały długie zakrzywione kosy. Tułów pokrywały skrzepy brudu tworząc zarazem cuchnący pancerz. Jego jęzor z niezliczonymi grudkami i naroślami wił się wściekle, obryzgując wszystko wokół żrącym kwasem. I jego oczy… Jak u much, podzielone małą bezkształtną siateczką, pożerały wszystko wokół, rozświetlając nieprzenikniony mrok swą wściekłą czerwienią. Wielka, upstrzona brudem i cuchnąca głowa obróciła się w kierunku Wielebnego oświetlając go czerwienią ślepi.
"Więc to ty! - zagrzmiało w głowie Anioła - wyrwałeś mnie z letargu, pozbawiając mnie, jakże cennych i pożytecznych potępieńców! To ty zbezcześciłeś mą świętą kryjówkę swoim przebrzydłym Światłem i Energią! To ty myślałeś, że zejdziesz tu i zniszczysz, długo budowane przeze mnie Zło Doskonałe! Myliłeś się..."
"Nic nie jest doskonałe" - odparł jeszcze głośniejszym, metalicznym hukiem Wybawca. Niewidocznie napiął mięśnie, puszczając Energię, pozwalając by działała. By kierowała.
Cuchnąca paszcze demona rozwarła się jeszcze bardziej. Ciche bulgotanie poprzedził nagły atak.

***

Dziadek pacnął ciężko o posadzkę. Długa, drewniana fajka wypluła kłęby czarnego dymu. Ziemia zadrżała pod kolejnym wyładowaniem Energii. Gdzieś na dole toczyła się walka. Staruszek poszorował o ziemię pazurem, dokładnie go ostrząc. Spojrzał na wschód. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetlały powoli horyzont. "Cholera - pomyślał - Nie lubię słońca!" Ciało staruszka zadrżało pod nagłym wypływem Energii. Gdzieś na horyzoncie, wyrosła spod ziemi ogromna góra, skrzętnie zasłaniając rozlewające się wolno po niebie światło. Dziadek uśmiechnął się sam do siebie. Ziemia ponownie zadrżała. Gdzieś pod nią toczyła się walka…

***

"Kurwa mać!" - pomyślał zrozpaczony Anioł parując kolejne mordercze pchnięcie pazurów bestii. Wielka kosa pędząca ku niemu znów została odbita srebrnym mieczem. Fala Energii, zatrzymała na chwilę serię morderczych, nie dających wytchnienia ataków. Wielebny zrobił kilka szybkich kroków. Nadchodzącą kosę minął lekkim piruetem i zanurkował pod kaskadą szybkich cięć pazurów. Wybił się z prawej nogi, błyskawicznie parując kolejny, potężny zamach nabijanego kolcami ogona. Już wcześniej odnalazł szczelinę między kolejnymi płatami brudu, ale nie miał jak tam dotrzeć. Teraz miał. Całą swą euforię wykorzystał na to jedno, mordercze pchnięcie. Mięśnie napięły się posyłając z ogromną precyzją miecz, prosto w niczym nie słonioną szczelinę. Miecz wpełzł głęboko, przecinając kolejne warstwy skóry. Bestia zaryczała, i cięła głęboko, znajdującą się przy niej postać. Wielebny, Przeleciał parę metrów, i ciężko opadł na ziemię, dekorując ją srebrem gęsto lejącej się krwi. Demon wił się wściekle próbując wyjąć srebrne żądło pozostawione przez Anioła. Wybawiciel wolno spojrzał w górę. Krew zalewająca mu gęsto oczy nie pozwalała widzieć dalej niż kilka kroków. Opancerzone ramię wolno popełzło w kierunku guna, leżącego obok. Ręka kurczowo chwyciła rączkę. Ryk bestii z ryku bólu powoli przeszedł w ryk triumfu. Demonowi udało się wyciągnąć, srebrny miecz Anioła. Wielebny kierując się przybliżającym się wrzaskiem demona, oddał kilka strzałów. Sądząc po odgłosach co najmniej dwa dosięgły celu. "Muszę coś zrobić - pomyślał trzeźwo Anioł - Muszę zamknąć Otchłań". Skrzydła wybawiciela huknęły pędem powietrza w ziemię wznosząc go wysoko do góry. Anioł leciał.
Dziecko Chaosu uśmiechnęło się paskudnie. Wielkie owadzie skrzydła wysunęły się spod roztrzaskanych ramion. Uniosły Go.

***

Dziadek spojrzał na wielką, już nie poszerzającą się dziurę. Ziemia przestała się już trząść. Walka na dole dobiegała końca.

***

Wielebny zmusił się do ostatniego wysiłku. Mimo bólu machną z całej siły skrzydłami, magazynując w ręku całą posiadaną Energię. Jeszcze jedno silne machnięcie i Anioł przezwyciężył Krawędź, przedarł zasłonę. Znalazł się ponownie w małym kościółku. Teraz pozostało tylko jedno…
Cały kościół zawirował, zafalował pod metalicznym krzykiem Wielebnego. Cała Energia Wybawiciela skupiona w jednym małym punkcie, znalazła ujście. Jej ogromne fale z niewiarygodną mocą i prędkością pomknęły w kierunku Otchłani. Uderzyły w nią. Zakrzywiona Krawędź szybko kurczyła się. Wielki huk zwiastował zniszczenie. Chaos ustępował pod naporem czystej Energii Anioła. Metaliczny czysty krzyk zamykał wrota przepaści. Niszczył ją.
Demon, w ogromnej panice wychynął górną część ciała nad szybko zmniejszającą się Krawędź. Chęć zemsty go zaślepiła, nie zauważył, że Przepaść ginie, że Jego "Zło Doskonałe" ulega dematerializacji. Że implozja w zastraszającym tempie pożera jego dom. Jego Chaos.
Krawędź Otchłani zatrzasnęła się z hukiem. Górna część ciała demona jakby zaskoczona takim obrotem spraw, wybuchła w fontannie ciepłej zielonej krwi. Kończyny bestii gruchnęły o ziemie, a Jej wnętrzności rozlały się wolno po spróchniałych deskach. Jego twarz w upiornym grymasem rozerwała się na strzępy. Dziecko Chaosu zdechło.
Świetlista aureola skrzydeł Anioła zgasła. Majestat zniknął gdzieś pomiędzy brudem i krwią Wielebnego. Jego sylwetka, wstrząśnięta nagłą utratą Energii gruchnęła głucho o ziemię. Jego ciało zwinęło się w nagłym skurczu. Jego myśli, nim zemdlał wypłodziły jedno tylko zdanie "Udało się…".

***

Dziadek stał wyprostowany pozwalając by cuchnący wiatr szarpał strzępami jego ubrania. Stał przed wielką, pochłaniającą powoli wioskę Krawędzią. Krawędzią nowej, większej i lepszej Otchłani. Lepszego Chaosu. Czerwone ślepia staruszka powoli popełzły w stronę słupów. Na razie nie było ich dużo. Na pewno za mało by móc wpaść w błogi letarg, i kąpać się w ich muzyce. Łypnął ślepiami jeszcze raz, na swój ulubiony pal, z ulubionym potępieńcem. Jego skórzany płaszcz, cały zbrukany srebrną krwią, wisiał smętnie szeleszcząc strzępami. Połamane skrzydła matowego koloru wolno podrygiwały na wietrze a zza mroku kaptura rozlegał się cichy, jednostajnie metaliczny dźwięk. Dźwięk przypominający krzyk, potępieńczy wrzask pełen goryczy, bólu i cierpienia.
Twarz dziadka mimo woli rozszerzył skurcz szerokiego uśmiechu. Uśmiechu od ucha do ucha.

Wróć