...jakie dziwne uczucie. Byłem pierwszy... Przynajmniej tak mowili. Nie, oni nie wyrażali się słowami. Czułem ich myśli... Wierzyłem im. Białe pomieszczenie... dookoła mnie kilka postaci - niewielki wzrost, dziwna skóra... Zupełnie jak pergamin... To nie ludzie, ale nie bałem się. Wiedziałem, że nie stanie mi się nic złego. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale... po prostu byłem pewien. To chyba od nich... Zapewniali mnie. Dlaczego? Nie, nie byłem w stanie myśleć racjonalnie. Jednak coś chcieli ode mnie. Coś... Co to za urządzenia? Jeszcze przed chwilą ich tutaj nie było... Jestem pewien... Nie... Nie mogę... Co się... Boże, co oni mi zrobili... Poczułem się dziwnie. Moja potylica... była... była gorąca... Teraz to światło... Jestem pewien, że chcieli mi coś pokazać. Ale to światło. Wdzierało się we mnie. Stanowiło torturę samą w sobie. Chciałem krzyczeć, ale głos nie potrafił opuścić krtani. Czułem jak promienie palą mi skórę! Oślepiają bez litości...
To słońce. Znalazłem się nad morzem. Tak, z całą pewnością. Nawet rybacy stali na brzegu czyszcząc i naprawiając sieci. Zaraz.... co to za dziwne statki? Gdzie są kutry, które znałem? Gdzie port przy którym mieszkam? Gdzie ja jestem?
- Nie! To niemożliwe! Nie znam tego miejsca. Ale, tam, tam nad falami - szybują dwa ptaki. Widziałem wyraźnie. Jeden większy od drugiego.
- Zaraz... ja też lecę! - zauważyłem jakbym przebudził się z letargu. Pod moimi nogami rozciągał się już ocean. Czułem w nich mrowienie, ale, o zgrozo, nie zdołałem ich dostrzec! Identycznie było z resztą mojego ciała! Nie, to nie może być!! TO jest niemożliwe!
A jednak... Kim jestem? Duchem? Zjawą, upiorem? Nie - jestem człowiekiem! Nie mogę o tym zapomnieć! To wszystko przez nich! Ja nic nie zrobiłem. Nic...
- Masz rację, nic nie zrobiłeś. - głos był bardzo wyraźny.
- Kto to powiedział? Gdzie jesteś! Pokaż się! Wychodź, niech cię ujrzę!
Nie, chyba mi się przesłyszało... Nie ma tu nikogo. Jestem sam nad bezmiarem wód. Chwila, przecież są tu ptaki... - myślałem gorączkowo. Byłem coraz bliżej, ale nie mogłem ich dostrzec. Skryły się w kuli ognia. Blask słońca był tak wielki, jednak wciąż płynąłem w jego stronę. Nareszcie... Chmury przesłoniły świat. Choć na chwilę moje oczy zaznają odpoczynku. Widzę... ptaki? Nie... To ludzie! Mają skrzydła, a są ludźmi. Umieją latać, a są tacy jak ja. Ja też jestem człowiekiem! Nie mam skrzydeł a latam, jak ptak, jak... anioł.
- Może to anioły? A ja umarłem? Nie tak to sobie wyobrażałem... - Jednak to nie anioły.
Miały sztuczne skrzydła. Jeden z nich popadł w kłopoty. Ten mniejszy wyleciał za wysoko! Skrzydła gubią pióra! Spada! Nie mogę na to patrzeć! Jeszcze chwila a roztrzaska się o podwodne skały. Nie jestem mu w stanie pomóc. Podobnie jak jego towarzysz, rozpaczliwie kołujący nad miejscem gdzie za moment dojdzie do tragedii. Stało się. Do mych uszu doszedł jedynie urwany krzyk. A zaraz za nim kolejny - ocalałego władcy przestworzy. Krzyk pełen gniewu. Niewyraźny, a zarazem tak wymowny. Niosący ból serca, a jednocześnie przestrogę dla innych śmiałków.
Poczłem, że kieruję się w strone miejsca gdzie przed chwila zginął jeden z nich. Zdołałem zobaczyć wykrzywioną agonią twarz, tak podobną do... mojej! To była moja twarz! Poczułem przeszywający dreszcz. Lodowaty strumień zmroził moje myśli i podszeptywał: śmierć, śmierć, śmierć...
Jednak słońce znowu dało o sobie znać. Zalało bezkres wód falą blasku. Odruchowo spojrzałem w ognistą tarczę. Blask...

***


...był tak niesamowity, że przeniknął moją duszę. Znalazłem się w swoim pokoju. Wprost na twarz świeciło mi w twarz powodując mrużenie oczu. A więc to był jedynie sen. Jeszcze nigdy nie czułem takiej ulgi jak teraz. To było takie rzeczywiste, takie prawdziwe. Tak realne jak mój ból głowy. Ciągle pulsujący, piłujący wnętrze czaszki od skroni aż po potylicę ból.
Jedyna nadzieja w prochach. Ciekawe która godzina. No tak, zepsuł się. Nie minął nawet miesiąc, a on najzwyczajniej się psuje. I pomyśleć, że dałem za niego 1200 zł. - sen już ustępował trzeźwości przebudzenia.
- Cześć kochanie! - moja żona przywitała mnie uśmiechem.
- Witaj słonko. - odpowiedziałem mimo woli, mając w pamięci dziwny sen.
- Niespokojnie spałeś. Dlaczego?
- Eeee... nie wiem - rzuciłem od niechcenia. - nie wiesz gdzie są tabletki od bólu głowy? Łeb mi pęka...
- Są na komodzie w salonie. Ale poczekaj, dam ci lepsze - dostałam od znajomego. Masz - wyciągnęła dłoń z niebieskimi koralikami wewnątrz.
- Zażyj. Ból minie. Prawdopodobnie udzieliło się napięcie z jakim oczekiwałeś na dzisiejszy dzień. Chyba wiesz o czym mówię? - zapytała. Szybko starałem się przypomnieć o czym mówi moja druga połowa. Niestety - w głowie miałem pustkę.
- Nie mów, że zapomniałeś. Dzięki twoim staraniom został sprowadzony do Gdańskiej Galerii Sztuki obraz Bruegela "Ikar".
Tak, teraz sobie przypomniałem. Słynny obraz miał w końcu trafić do mojego rodzinnego miasta. A wszystko dzięki moim staraniom. To mój osobisty sukces. Dzisiaj uroczyste otwarcie galerii. Muszę tam być. Tylko co na siebie włożyć? Czarny garnitur, jak zawsze, będzie stosowny. Do tego koszula, złoty zegarek. Cholera, popsuł się. Ale to nic. Jako dodatek może być.
- Kochanie, wyprasuj mi koszulę.
- Właśnie prasuję.
- Dobrze. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. A ty co na siebie włożysz? - zapytałem przezornie. - Chyba tą błękitną sukienkę. No, wiesz, tą od ciebie.
- Doskonale. Limuzyna ma przyjechać za pół godziny. Trzeba się pospieszyć.
Mimo trzech tabletek ból pulsował od czubka głowy promieniując na całe ciało. Trwało to już trzy godziny. Momentami stawał się nie do zniesienia. Ale musiałem wytrwać. Nie mogłem się poddać. Nie dzisiaj. Jest limuzyna. Nareszcie. Może na świeżym, porannym powietrzu mi przejdzie. Zwykle uroczystości tego typu odbywają się w godzinach wieczornych, jednak tym razem zrobiono wyjątek. Prezydent koniecznie chciał być w momencie pierwszej prezentacji obrazu w Polsce. Tak też zrobiono.
- Nareszcie jesteśmy na miejscu. - odetchnąłem z pozorną ulgą. Mimo. iż wszystko szło sprawnie moje obawy rosły. Ciągle w pamięci miałem obraz siebie na stole, pośród dziwnych urządzeń, i potem wśród obłoków nad taflą oceanu. Nie mógł mnie opuścić. W końcu byłem w środku. Kilka znanych osobistości, fotoreporterzy i on: "Ikar" Bruegela.
- Dzień dobry, panie prezydencie. - przywitałem się z pełną kulturą.
- Witam, witam szanownego pana. - głowa państwa pochyliła się w typowo japońskim ukłonie. Elegancki garnitur starannie układał się na ciele mego rozmówcy, szczelnie ukrywając wyraźną nadwagę.
- Takim to dobrze, jedna kadencja i ustawiony na całe życie. - w moich myślach dostrzegłem nutkę zazdrości.
- Podchmielony bufon! - ni stąd ni zowąd rozległ się głos za moimi plecami. Podziałał on niczym prysznic, zmywając brudy kontemplacji.
- Kompromitacja! - To jedyne słowo uderzyło we mnie niczym kamień wystrzelony z procy. Momentalnie odwróciłem się, ale nie znalazłem autora słów rzuconych prezydentowi niemalże na powitanie. No tak, teraz jeszcze nie ma nikogo, a wina spadnie na mnie. Moja kariera skończona. Potok gorączkowych myśli zdawał się nie kończyć. Wtedy zwróciłem uwagę na otoczenie w którym przebywałem. Nikt nie zareagował! Jak to możliwe?
- Czerwony krasnal! - to samo. Tym razem jednak o mało nie ścięło mnie z nóg. To był mój głos! Poczułem na własnej skórze uderzenie niewidzialnej siły, zupełnie jakby ktoś dał mi w twarz! Nawet nie ośmieliłem się popatrzeć do tyłu. Zamiast tego zauważyłem, że oczy wszystkich skierowały się na mnie. Czyżbym to ja powiedział?! Nie, to na pewno nie ja! Wobec tego kto? I dlaczego wszyscy oni patrzą się na mnie w osłupieniu?
- Olgierd! Ty krwawisz! - jakby spod ziemi wyrosła moja żona, dotychczas zajęta rozmową z pierwszą damą i innymi paniami z wyższych sfer.
- Szybko do łazienki! - rzuciła rozkazującym tonem.
Nie wiedząc nawet jak znalazłem się w łazience. Stanąłem przed lustrem i wszystko okazało się proste - zwyczajny krwotok z nosa. Zdarzało mi się to już nie raz. Ale żeby teraz? W tak ważnej chwili.
- Nie żałuj, tylko biegiem do lekarza! Nie chciałbym cię martwić, ale masz raka. - Znowu ten głos: mój głos! Dochodził zza moich pleców, ale w lustrze... Nikogo nie było... nikogo prócz mnie i Ewy.
- Pokaż się! Dość kpin! Ukaż się natychmiast podły dowcipnisiu! - emocje wzięły górę. Czułem że pogrążam się w nieprzebytych odmętach złości i szału. Jedyne, co pragnąłem to krzyczeć.
- Pokaż się! - powtórzyłem z jeszcze większą pasją.
- Kochaniem jestem tutaj! Dlaczego krzyczysz? Jestem przy tobie.
- Nie ty! Mówię do tego, który obrażał prezydenta i mówił, że mam raka! Słyszysz! Do ciebie mówię!!! - ostatnie zdanie zabrzmiało pośród błękitnej glazury łazienkowej niczym grzmot.
- Do jasnej cholery! Olgierd uspokój się! Poza nami nikogo tu nie ma! A ty nie masz żadnego raka! - żona przestała kryć irytację i zdenerwowanie moim zachowaniem.
- Właśnie że jestem. Tylko ona mnie nie słyszy. I nie gorączkuj się tak, bo krwotok się pogłębi. - spokój w głosie dochodzącym zza głowy kontrastował z moim zachowaniem.
- Tego już za wiele! To niemożliwe! Ciebie nie ma! Nie ma! Rozumiesz! Nie ma... Jestem sam... Nie ma.... - ostatnie słowa przekształciły się w doniosły szloch, a potem w rzewny płacz, który stal się tak donośny, że ściągnął kilka postronnych osób.
- Stary mazgaju, nie płacz! Przecież to nie przystoi, aby tak ważna osobistość płakała, jak byle brzdąc!
- Co ty możesz wiedzieć, co?! Kto dał ci prawo osądzania, co jest dla mnie dobre, a co złe?! Będę płakał! Będę wył niszcząc wszystko wokół mnie! Słyszysz! - gniewny krzyk opuścił me gardło, powodując strach na twarzach coraz większego tłumku gapiów.
- Wezwijcie lekarza... Facet zwariował!
- On jest chory!
- Jezu, trzeba mu pomóc! - ludzie byli bezlitośni. Ich słowa budziły we mnie ukryte do tej pory pokłady lęku powodującego, niczym naturalna reakcja obronna, zapalczywy gniew.
- Zamilcz kobieto! - ryknąłem - Jak ci przypier*** tym lustrem, nawet Jezu ci nie pomoże!! - wrzeszcząc doskoczyłem do łazienkowego zwierciadła, z zamiarem wcielenia swojego zamiaru w życie. Reakcja tłumu była natychmiastowa. Rozpierzchli się w panice. Nie został nikt, nawet Ewa. Na to tylko czekałem. Niemalże jednym susem wypadłem na korytarz powodując powszechną panikę.
- A ty gdzie, kolego? - zobaczyłem postawnego mężczyznę w czarnym smokingu.
- Ch** cię to obchodzi - wydzielona pod wpływem gniewu adrenalina powodowała, że nie panowałm nad sobą.
- Prezydent w niebezpieczeństwie! - tyle zdołałem usłyszeć, nim kilka osób w identycznym, czarnym ubraniu spadło na mnie niczym gromy z jasnego nieba. Nie miałem szans. Pojmali mnie.
- Mówiłem, żebyś się uspokoił. A ty ciągle swoje. Patrz co narobiłeś! Jakbyś mnie posłuchał... - bliźniaczy głos mojego pouczał mnie, jakbym był zasmarkanym gówniarzem.
- Zamknij się! - wrzeszczałem ile tylko miałem sił, czując jednocześnie że mimo wszystko ma on rację.
- Zakneblujcie go! - ochroniarze szybko wykonali polecenie przełożonego skazując mnie na monolog z Nim.
- Popatrz na siebie. Spójrz co z siebie zrobiłeś! Wyglądasz jak pospolity przestępca. - miał rację: ręce wykręcone i skute kajdankami, poszarpane ubranie, krwotok z nosa... Uświadomiłem sobie co się stało. Niemal z minuty na minutę straciłem cały prestiż, na który pracowałem od początku mego życia. W moich oczach stałem się nikim, w oczach innych usytuowanym wariatem.
- Za chwilę przyjedzie lekarz.
- Psychiatra?
- Chyba tak... - strzępki rozmowy raniły mnie niczym sztylety. Sztylety zatrute jadem ludzkiej zawiści i złośliwości. Wszyscy byli tacy sami. Wszyscy za wyjątkiem jednego. Stał w rogu. Patrzył się na żałosną karykaturę człowieka, którą się stałem. Jako jedyny nie wytykał mnie palcami. Jedynie patrzył. Jego wzrok był tak przenikliwy. Potrafił obrać człowieka z jego maski uczuć i dostrzec, co kryje się pod nimi. Zdawało się, że widzi wszystko.
- Jak się czuje pacjent? - rozległo się za moimi plecami.
- Chyba lepiej. Jeszcze przed chwilą rzucał się jak opętany i chciał pozabijać wszystkich przy pomocy lustra łazienkowego.
- To nieprawda! - zaprotestowałem - To przez niego! Wszystko jego wina! Ja nic nie zrobiłem!!
- Kto? Kto kazał ci to zrobić?
- On! Mój głos! Mówi, że nikt go nie słyszy, poza mną! On... On nie kazał mi tego zrobić... Ja sam... Pod jego wpływem... - lekarz odwrócił się do mnie plecami i powiedział szeptem do sanitariusza:
- Typowa schizofrenia... - bierzemy go do kliniki.
- Głupek! Jak ja jestem jakąś frenią, to on jest św. Mikołajem! - drwina płynęła zza głowy, powodując moją irytację.
- Znowu, znowu do mnie mówi! Panie doktorze! Proszę mi pomóc! - błagalnym tonem rzuciłem za białym kitlem.
- Pomożemy ci synu. Pomożemy! Nie będzie więcej mówił. Obiecuję ci... Chłopcy szybciej do samochodu z pacjentem! Dość już wycierpiał. - rzucił rozkazująco do pielęgniarzy. Nie trzeba było im dwa razy powtarzać. Dwie pary silnych ramion pochwyciły mnie pod ręce i przeprowadzały korytarzem w kierunku wyjścia. Wtedy zobaczyłem go ponownie. Stał w czarnym płaszczu i patrzył. Hipnotyzował wzrokiem. Byłem coraz bliżej.
- Uważaj chłopcze, bo skończysz jak on. - tajemniczy mężczyzna szepnął mi wprost do ucha, wykonując niezrozumiały gest ręką. - Uważaj na siebie! - powiedział już nieco głośniej. Mijając go usiłowałem spojrzeć do tyłu, w jego kierunku. Udało mi się to dopiero przy wyjściu. Lecz jego już nie było...

***


Znowu ten biały pokój. Znów się w nim znalazłem. Lecz tym razem było inaczej. Nie było świateł, nie było urządzeń... ani nawet ich. Zostałem sam. Czułem ból głowy, ten sam potworny i uciążliwy ból. Cierpiałem niczym Jezus, niosąc swój własny krzyż.
- Panie, teraz wiem jak cierpiałeś... – wyrzuciłem mimo woli – wiem, jakie męki przechodziłeś na drodze krzyżowej.
- Stary durniu, on przecież nie istniał. – gołs nie pozwolił mi zapomnieć o swym istnieniu. – Jego nigdy nie było, słyszysz?
- Znowu ty... Kazał ci się ktoś odzywać? Dlaczego mnie męczysz swoimi bezsensownymi uwagami. - Bo nie mogę słuchać tych bredni. Do kogo ty mówisz? Bóg nie istnieje. - wyczułem lekką drwinę u mego rozmówcy.
- Skąd wiesz? Kto ci tak powiedział? - uwagi na które zareagowałem wprawiły mnie w lekką irytację.
- Ty sam! Pamiętasz co mówiłeś matce mając sześć lat? - spochmurniałem. Miał rację...
- Ale wtedy byłem dzieckiem... Teraz wierzę. Słyszysz! Wiara się liczy przede wszystkim: jest ponad twoimi pustymi słowami. Zaraz, zaraz. Skąd ty to wszystko wiesz? Skąd możesz wiedzieć, co ja mówiłem mojej mamie?! - poprzednia irytacja przemieniła się w spory ładunek złości.
- To proste... Jeszcze się nie domyśliłeś? Jestem w tobie. Istnieję jako część twojej osoby. Jako głos w twojej głowie. - szereg wyrazów zdawał się uderzać w całe moje dotychczasowe zachowanie. Powodował szok, mimo iż stwierdzał to, czego już od dawna próbowałem się domyśleć.
- Ale... Skąd ty się wziąłeś?! - ten zlepek słów powstał w mej głowie jakby natychmiast, jako odruchowa reakcja na wstrząs. Właśnie to zdanie przedarło się przez moją świadomość powodując, że w końcu uwierzyłem. Uwierzyłem, że rozmawiam jakby... Chyba z... samym sobą.
- Ooo, to już pozostanie moją słodką tajemnicą... Nie jestem z tobą od zawsze. O, nie. - mówił, niby jedwabnym potokiem, zalewając mnie spokojem jaki płynął z jego słów.
- Witam szanownego pacjenta - z lekkiej konsternacji wyrwał mnie znany już głos. Odwróciłem się. Stał w drzwiach. Biały fartuch przepasany kawałkiem materiału przypominającego pas karateków. Pod spodem oliwkowa koszula z dużymi guzikami. Zupełnie jak moje - pomyślałem, odruchowo łapiąc się za pierś. Nie znalazłem ich. Podobnie jak koszuli i reszty garderoby.
- Doktorze! Gdzie podziały się moje rzeczy?! Co zrobiliście z nimi? - krzyknąłem już w liczbie mnogiej, gdyż w tej chwii zza drzwi wyłoniły się dwie barczyste postacie.
- Są.. na przechowaniu. Tak, są w dobrych rękach. - w głosie lekarza słychać było bliżej nieokreśloną dwuznaczność.
- Ja myślę, koszula kosztowała osiemset złotych. - dałem poznać lekkie zmieszanie sytuacją.
- Zapewniam, że jest we właściwych rękach. Tymczasem daliśmy panu tę wygodną piżamę. - wskazał na moje odzienie.
- Dziękuję - odparłem z pełną kulturą spoglądając jednocześnie na moje nowe ubranie. Piżama jak piżama. Stara, zwyczajna, zupełnie jak w... psychiatrykach!!
- Panie doktorze, gdzie ja jestem?! Proszę mi natychmiast powiedzieć co to za miejsce i dlaczego się tu znajduję! - niespodziewany napad agresji i zmiana w głosie przeraziła mnie samego.
- Proszę się uspokoić, jest pan w dobrych rękach. Znajduje się pan w zakładzie... wypoczynkowym. A dlaczego? Hmmm... można powiedzieć, że złamał pan pewne zasady... lub reguły. Naruszył pan granice ogólnie przyjęte za równowagę psychiczną.
- Co ty gadasz, doktorzyno od siedmiu boleści! Przecież ja jestem zdrowy!! - całą swą furię skierowałem głosem na mego rozmówcę.
- Po raz ostatni mówię, aby się pan uspokoił! - maska pozorów opadła, ukazując obraz nieustępliwej twarzy wygiętej złością. Staliśmy naprzeciw siebie, niczym dwa lwy gotujące się do skoku. Ustąpiłem pierwszy. Nie miałem innego wyjścia. Miałem świadomość, że zazwyczaj za normalnych uchodzą ludzie, będący w większości. A owa marginalna mniejszość, mająca poglądy inne od pozostałych, na dodatek kontrastowe niczym czerń i biel, jest uważna za psychiczne dno. I tak traktowana. Opanowałem emocje.
- Dobry wybór. - wycedził przez zęby "cyrulik" - I tak ma pan szczęście, że znam pana żonę. Bo jeśli nie... - nie skończył. Ale nietrudno było się domyśleć, co miał na języku. - Eee, nieważne... Proszę się ubierać. Jedzie pan na prześwietlenie.
- Jakie prześwietlenie? - zapytałem zdziwiony.
- Pana żona wspominała coś o raku i załatwiła panu zgodę na zdjęcie. - zrobił przy tym tak obojętną minę, że przysiągłbym iż coś ukrywa.
- A więc idziemy - wstałem ociągając się i rozmyślając o zeszłodniowych wydarzeniach w galerii. Ogarnął mnie dziwny spokój. Podświadomie pragnąłem spotkać sie z Ewą. Chciałem jej wyjaśnić dlaczego tak się stało. Chciałem przeprosić...

***


- Nareszcie, prawie na miejscu.
- Aha... - sanitariusze o postawach mafijnych goryli nie kryli znużenia drogą.
- Przez tego wariata musimy tłuc się tym rozklekotanym gruchotem przez całe miasto - mówiąc wskazał wielką jak łopata dłonią na wnętrze starej Nysy, w której wnętrzu się znajdowaliśmy.
- I po co mu to prześwietlenie... I tak ma w głowie to co wszyscy nienormalni. Pustkę, he, he - nie zareagowałem na zaczepkę, jednak ożywiła ona drugiego, dotąd jakby zamyślonego.
- Debil ma szczęście, zazwyczaj doktorek nie patyczkuje się z takimi. Ale podobno jakaś kobieta osobiście nalegała... A wiesz jaki jest nasz szef - uśmiechnął się tajemniczo, nie zdradzając jednak co miał dokładnie na myśli.
Nie zwróciłem zbytniej uwagi na jego słowa, lecz zacząłem zastanawiać się nad moim życiem. Z ogólnie szanowanej persony stałem się nic nie znaczącym wariatem. Ale, co najdziwniejsze, było mi wszystko jedno, Podobne zdanie miałem też na temat zakładowego kaftanu, który zastępował mi kurtkę. Nic, a nic, mnie on nie obchodził. Ogólna obojętność - tak można by mnie trafnie podsumować w tej chwili. Dziwne, przecież nie brałem żadnych zastrzyków, ani... Faktycznie... dziś rano lekarz dał mi jakieś pigułki... Takie niebieskie kuleczki. Widocznie podziałały. Normalnie byłbym załamany, a tak myślałem zupełnie trzeźwo i racjonalnie. Jakbym je stale brał, byłbym zdrowy.
- Jakbyś był zdrowy, to tabletki by ci nie były potrzebne. - usłyszałem nagle, znowu zza pleców.
- A ty tu czego? Nie dotarło do ciebie, że nie potrzebuję twojego towarzystwa? - zapytałem Głos z dziwnym spokojem.
- Ależ dotarło. Wiem doskonale, że mnie nie pragniesz jako towarzysza. Jednak czy tego chcesz, czy nie chcesz, jesteśmy na siebie skazani. - odpowiedzaił z nieukrywaną drwiną i wesołością w głosie.
- Dlaczego musisz mnie prześladować? Dlaczego jesteśmy na siebie... - nie skończyłem. Silne dłonie, niczym stalowe kleszcze, zacisnęły się na mych ramionach.
- Czubek zaczął mówić do siebie. Dawaj te tabletki od doktorka.
- Dobra, dobra, już daję. Tylko jakie?
- Teraz białe, te w żółtym opakowaniu. A po prześwietleniu koniecznie trzeba dać te drugie, od szefa.
- Po co? Przecież jak teraz dostanie, to mu wystarczy.
- Nie pytaj. Kazał po prześwietleniu dać te niebieskie, to damy. On jest lekarzem. Jego pytaj... - rozmawiając, wyglądali jak dwa goryle z kiścią bananów, tj. mną pośrodku. Nawet mnie rozbawili tą paplaniną o lekarstwach. Zastanawiało mnie jedynie to, dlaczego tyle tabletek muszę brać niemal jednocześnie. Ale, w końcu ja lekarzem nie jestem.
- Masz, połknij. Na zdrowie! - przełknąłem, pokonując gorycz wydzielającą się z pigułek.
- Dobry psychol, a teraz wysiadamy - złapał mnie pod rekę i wyprowadził z samochodu, narzucając jednocześnie długi płaszcz na kaftan.
Byliśmy na miejscu. Wielki, pusty parking z jednym tylko samochodem. Poznałem od razu. Czarny Alfa Romeo mojej żony. Przyjechała. Weszliśmy tylnym wejściem. Sala prześwietleniowa znajdowała się na drugim piętrze, więc wsiedliśmy do windy. Na miejscu czekała już moja żona. Czarne futro idealnie pasowało do jej ciemnych niczym węgiel włosów. Lecz już pierwsze spojrzenie ujawniało, że coś się zmieniło. Skrzące zazwyczaj brązowe oczy stały się chłodne i obojętne, a twarz przybrała zimny i lodowaty wyraz.
- O, już jesteś. Lekarz czeka. - powiedziała, jakby przed nią stał manekin, lub bryła lodu.
- Witaj Ewuniu! Proszę, wyciągnij mnie stąd. Chcą ze mnie zrobić wariata! - błagalnie odrzekłem i uważnie patrzyłem w oczy mojej drugiej połowie.
- Spokojnie, Olgierd. Oni chcą ci pomóc. Nikt na siłę nie będzie cię przetrzymywał. Za dwa dni wrócisz do domu. - jej twarz pozostała miewzruszona. Wydawała się nie przejmować całą sytuacją, ani tym, że jestem w szpitalu.
- Ale ja naprawdę jestem zdrowy... - powtórzyłem ze zrezygnowaniem.
- Kochanie, lekarz wie lepiej. - stwierdziała z wyrażnym poirytowaniem.
- Zapewne masz rację. - niby potwierdziłem, jednak w duchu nie zgadzałem się z opinią żony.
- Teraz twoja kolej. Czy mogliby go panowie zaprowadzić na prześwietlenie? - zapytała moją obstawę.
- Jasne, dla pani wszystko. - odparł uprzejmie blondyn z błyskiem w oczach. W chwilę potem byłem w drodze na prześwietlenie. Biały korytarz z podłogą obitą wykładziną imitującą deski dłużył się nimal w nieskończoność. W końcu dotarliśmy. Przed gabinetem czekała młoda pielęgniarka.
- Proszę uprzejmie. Czekamy na pana. - uśmiechnęła się.
- Dziękuję, już idę. - odparłem, odwzajemniając uśmiech.
- Jak leziesz, bałwanie. Poczesałbyś się przynajmniej. W końcu idziesz robić zdjęcie - usłyszałem radosny rechot.
- Ty też zawsze potrafisz wybrać moment. - warknąłem na odwalonego.
- Słucham? - zapytała pielęgniarka.
- To nie do pani - odrzekłem. Spojrzała na sanitariuszy i pokiwała porozumiewawczo głową. - Rozumiem. - odparła, niby do mnie, jednak nie patrząc już w moją stronę. Wszedłem do gabinetu. Kilka chwil i już po wszystkim. Wszystko było gotowe.
- Zdjęcie prześlę pocztą kurierską jeszcze dzisiaj, tak jak życzył sobie dr Sobolewski. Tymczasem roszę tu podpisać. - oznajmiła siostra mężczyznom z którymi przyjechałem i podsunęła jakiś formularz..
- Dobrze, przekażemy doktorowi. - odpowiedzieli zgodnie i poprowadzili mnie przez korytarz w stronę wyjścia. Wsiedliśmy do Nyski pamiętającej chyba jeszcze stan wojenny.
- Eee, wariat! Nie zapomniałeś o czymś? - trącił mnie w bok i podał niebieskie koraliki.
- Połknij! Tylko szybko, bo ruszamy. - oznajmił sycząc. Posłusznie wykonałem polecenie. Jak lekarz kazał, to nie zaszkodzi, a może pomóc.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Obrazy zza okratowanej szyby mknęły przed oczami. Ludzie szli do pracy, samochody trąbiły, a budyki stały niewzruszone, niczym psychika nomalnego człowieka, którym już nie byłem. Pogodziłem się z tym. Trudno, zwariowałem. Tak to już jest na tym świecie. Jedni mają normalne życie, pracę, rodzinę, samochód i dom. Ja mam okratowaną celę i lekarza psychiatrę.
- Nareszcie coś sensownego. W końcu zrozumiałeś...
- Coś cię długo nie było... - stwierdziłem ze znużeniem.
- A tak... Nie miałem motywacji... - odpowiedział mi obojętnie.
- Jak zwykle mówisz zagadkami. Męczy mnie to... Mógłbyś choć raz powiedzieć coś sensownego... - rozmowa toczyła się z mozołem.
- Hej, Jurek! Popatrz! Debil znowu odstawia przemówienia... - mój pozorny monolog zainteresował pielęgniarzy - Ej, ty! Jak możesz od kogoś żądać, aby mówił sensownie, skoro sam tego nie czynisz? Pierniczysz jak potłuczony! Sam do siebie!
- Nie zwracaj uwagi na nich nich. Już niedługo będziesz znowu w łózku... - miał rację. Przez okno dostrzegłem 'zakład wypoczynkowy', jak to określił doktor.
- Wysiadaj, nasz myślicielu! - ironicznie rozkazał konwojent.
Szpitalny korytarz wyglądał jak olbrzymi komin wentylacyjny. Pusta przestrzeń, dziesiątki drzwi - odnóg, niemal grobowa pustka. Pustka prostokątnego rękawa, przecinanego licznymi okratowaniami, oddzielającymi świat zewnętrzny od koszmaru inności. Od koszmaru, zwanego szaleństwem. Przyprowadzilli mnie na miejsce. Od razu poznałem odrapane z zewnątrz drzwi, stanowiące granicę mojego prywatnego królestwa - pokoju. - Trzeba chwilę poczekać. Doktor zaraz przyjdzie - stwierdził, niby do siebie dyżurny. Oparł się o ścianę i nucąc najnowszą piosenkę Britney Spears patrzył się w sufit. Jego pęknięcia zdawały się układać we wzór pajęczyny. Zamyślony nie spostrzegł nadchodzącego ordynatora. Jak zwykle, ubrany był w biały fartuch, skórzane półbuty i niezmienną zieloną koszulę.
- Jak się dzisiaj miewamy, panie Olgierdzie? - zapytał niemal śpiewającym tonem.
- Dobrze. - odpowiedziałem wymijająco.
- Jak przebiegła podróż? Jak prześwietlenie? - tym razem uważnie patrzył mi w oczy.
- Może być. Miałbym jedynie zastrzeżenia do pielęgniarzy. Nie zachowywali się odpowiednio w stosunku do mnie - odparłem tonem oznajmująco-oskarżającym.
- Należy im wybaczyć. Chłopcy potrafią być opryskliwi. Proszę postawić się w ich sytuacji, stresująca praca pośród wielu ludzi wyagających opieki.
- Racja... - odpowiedziałem, jednocześnie z zaskoczeniem uświadamiejąc sobie, że tym jednym słowem potrwierdziłem, iż nie jestem w pełni samodzielny.
- Proszę do środka - po krótkiej rozmowie otworzył obite blachą drzwi i kazał wejść do środka.
- To już nie będzie ci potrzebne - wskazał na kaftan, w który byłem zakuty, po czym wraz z pielęgniarzem począł go rozwiązywać.
- Na pana miejscu przespałbym się. Podróż na pewno była męcząca, a zdjęcia przyjądą gdzieś za kilka godzin. A, zapomniałbym. Proszę to zażyć - podał błekitne pastylki, tak przypominające M&Msy. Posłusznie przełknąłem popijając wodą, w międzyczasie przyniesioną przez podwładnego.
- Miłych snów. - ostatnie zdanie odbiło się echem w pustym korytarzu i ucichło pod zasłoną drzwi okutych stalą. Usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza. Zostałem sam. Znowu.

***


Położyłem się na łóżku. Słońce padało na mą twarz nie robiąc sobie nic ze stalowych krat. Ogarnęło mnie ogromne znużenie. Poczułem jak powieki same opadaja szukając dla siebie oparcia. Jednak światło stało się silniejsze. Odwróciłem się na plecy, jednak jakaś siła nie pozwoliła mi leżeć w ten sposób. Spojrzałem na okno. Blask słońca zastąpiła srebrna poświata, jeszcze bardziej oślepiająca. Pod jej wpłyem kraty wiły się jak węże. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że oślepiające światło już w żadnym stopniu nie szkodzi moim oczom. Jednak przyciąga w tak nieodparty sposób... Niemal chciałbym iść w jego kierunku, nie zważając na nic. Czułem, że zostawiłbym wszystko. Podeszłem do okna. Wtedy właśnie stało się to, czego pragnąłem. Nieznana siła pochwyciła mnie i uniosła w powietrze. Ciągle w kierunku srebrzystego owalu. Spojrzałem na dół. Nikt nie patrzył się w moją stronę. Nawet nie drgnął. Wszyscy stali w bezruchu, niby figury woskowe. Całe miasto zamarło.
Wpłynąłem do jakiegoś pomieszczenia. Wydawało się, że pogrążyłem się w bieli zmywającej wszelkie winy i skazy mego życia. Czułem się oczyszczony. Olśniewająca białość ścian zdawała się niemal krzyczeć: jesteś tym którego winy zostały zapomniane, a ty sam jesteś pod osłoną światłości. Podświadomie wierzyłem temu przesłaniu. Umysł podpowiadał, iż nie stanie mi się nic złego. Tak mówiły mi moje myśli... A może ktoś inny? Nie przecież byłem sam. Wszyscy ludzie, wszystkie stworzenia zostały tam, na dole. Nieruchome. Jasność zmieniła swą postać. Zaczęła w niektórych miejscach wokół mnie energicznie pulsować, tworząc niewielkie, metrowe, owalne zawirowania. Ich brzegi marszczyły się, jak lustro wody pod podmuchami leciutkiego wiatru. Wnętrze zaś falowało gwałtowniejszymi ruchami, do złudzenia przypominającymi rozpryski powstające po zderzeniu kropli deszczu z powierzchnią kałuży. Ruchy te, nałożone na siebie, układały się na obraz falujących, niemal żywych kwiatów. Gigantycznych róż mlecznego koloru. Z ich wnętrza emanowała energia, budząc niespodziewany dreszcz emocji.
Nieopisana energia zaczęła się materializować tworząc rozchylone pąki z których powoli wychylały się istoty przypominające ludzi. Biała skóra, włosy tego samego koloru, szare oczy. Lecz to nie byli oni. Zauważywszy, że na nich spoglądam w mgnieniu oka zmienili swą postać. Jedna z nich spowiła się w bieli lekarskiego okrycia, zaś druga, wyraźnie już piękniejsza i okrąglejsza, okryła ramiona kaskadą czarnych włosów.
- Kochanie, jesteś pewien, że to już koniec? - głos mojej żony zaświdrował w przestrzeni, która stała się nagle na powrót pokojem w psychiatryku.
- Jasne. Takiej mieszanki psychotropów i barbituranów, jaką mu serwowaliśmy przez ostatnie pół roku nikt by nie wytrzymał. - stwierdził osobnik, który do niedawna tak roskliwie się mną opiekował.
- Masz rację... - odparła, niby obojętnie - te niebieskie tabletki go wykończyły - ostatnie słowo wypowiedziała jednak już z wyraźną ulgą.
- Tylko czy nie odkryją za wysokiego stężenia lekarstw w organiźmie? - tym razem jedwabisty głos mojej żony pełen był troski.
- Nie powinni. A jeśli nawet, to zaraz wyślę sanitariusza z zastrzykiem. Tak czy inaczej, to będzie złoty strzał - wyraźne zadowolenie emanowało z głosu doktora Sobolewskiego - a potem już tylko zimna skrzynia dla nigo i my w moim domku w Niemczech.
- Czyli nikt się nie dowie? - Ewa utwierdzała się w przekonaniu.
- Absolutnie nikt, zresztą to sanitariusz go zabije. Wszystko będzie jego winą. Ja tylko podmienię lekarstwa. - Czyli to już koniec. Żegnaj Olgierdzie... Czy on nas słyszy? - ostatnie zdanie nie miało wyraźnego adresata, jednak doktor odpowiedział.
- Może zarówno słyszeć nas jak i widzieć, ale nie może nic zrobić. Stan w jakim jest teraz można porównać z całkowitym paraliżem połączonym z lekką tępotą umysłową. Wierz mi, tak mocnej mieszanki, jak dziś, jeszcze nie dostał.
- Żegnaj... - powtórzyła i wyszła z lekarzem trzymającym ją za rękę.

***


Potem poczułem lekkie ukłucie na przedramieniu...

***


fishbone

Wróć