|
|
Okruchy szkła
Bernard "Eddie" Lipiński
- Te, Rudy, co tam się wczoraj u was działo?
- Co? A co się miało dziać? - Rudy patrzył gdzieś przed siebie nieobecnym wzrokiem. Spodziewał się takiego pytania, ale miał nadzieję, że jednak go ominie. Oparł się o drzwi klatki schodowej. Rozejrzał się po osiedlu, dopiero potem spojrzał na swojego kolegę. Cygan, rówieśnik Rudego, cały czas wlepiał w niego swoje czarne oczy. Widać było, że ciekawość go paliła. Z niecierpliwością wyczekiwał reakcji Rudego.
- Chyba wojna jakaś wczoraj u was była, co?- kolejne niepokojące pytanie ze strony Cygana. Tym razem, w Rudym jakby coś drgnęło. Starał się nie dać tego po sobie poznać. Bez przerwy krążył wzrokiem pomiędzy blokami, unikając wzroku kolegi.
- Taaa, wojna. -powiedział ściszonym, chłodnym głosem.- Ty się Cygan chyba za dużo filmów naoglądałeś. Wojny ci w głowie, łapanki I pościgi. -nie był to może sprytny sposób na wyjście z niewygodnej sytuacji. Mimo to, Rudy miał nadzieję na zaniechanie tematu przez swojego wścibskiego rozmówcę.
Cygan bez słowa popatrzył na Rudego. Miał swój rozum I wiedział, że tamten się wykręca. Postanowił jednak nie drążyć dalej. Wiedział, że Rudy I tak będzie unikał rozmowy, przecież to nie był pierwszy raz. Kilka miesięcy temu nawet pobili się z tego powodu. Wtedy jeszcze Rudy był nowy na osiedlu, nikogo nie znał. Cygan był pierwszym dwunastolatkiem w okolicy, którego spotkał. Lody przełamywali jednak długo. Rudy był uprzedzony do cyganów. Uważał ich, tak jak wszyscy inni, za złodziei I oszustów. Jak był mały, nasłuchał się opowieści o tym, jak cyganie porywają dzieci, jak kradną, jak bardzo są bezwzględni. Na początku bał się ich I unikał. Gdy tylko poszedł do podstawówki zaczął wdawać się z nimi w bójki, które niejednokrotnie sam prowokował. Niestety, różnie się one kończyły. Z Cyganem było trochę inaczej. Spotkali się w jednej klasie, do której Rudy dołączył po przeprowadzce do nowego miasta. Nie miał ochoty chodzić do tej nowej szkoły, za bardzo był przywiązany do kolegów, z którymi zaczynał naukę w swojej starej podstawówce. Rodzice starali się przekonać go, że tu mu będzie lepiej. Namawiali, opowiadali o nowym mieszkaniu, nowym osiedlu, nowych -na pewno bardzo sympatycznych - kolegach, których miał poznać. Roztaczali przed nim wizje, które powinny wpłynąć na każde dziecko będące w jego wieku. On jednak zdążył już przywyknąć do małomiasteczkowego trybu życia. Nie przeszkadzało mu nawet to, że mieszkanie, które wynajmowali jego rodzice było niewygodne I ciasne.
- Waciak dostał od rodziców nowy rower, kolarkę, wiesz. - Cygan postanowił zmienić temat rozmowy.
- No I co z tego?
- Nic, tak sobie pomyślałem, że można by było do niego pójść.
- Co, myślisz, że da ci się przejechać? Zapomnij, jeszcze przez miesiąc nie pozwoli nikomu zbliżyć się do niego. Chodź lepiej za boisko, chłopaki pewnie będą ognisko robić.
Tym razem Cygan wykazał brak większego zainteresowania. To prawda, że już godzinę stali pod klatką nie wiedząc co ze sobą zrobić, ale jakoś nie miał ochoty spotykać się z "chłopakami". Wiedział, że przy Rudym nic mu nie zrobią, ale I tak ich obecność zawsze budziła w nim niepokój.
Z "chłopakami" Rudy zapoznał się podczas jednej z jego pierwszych przerw w nowej szkole. Można powiedzieć, że wtedy kolegował się już z Cyganem. Zdaje się, że właśnie to było przyczyną tej niepewnej znajomości z "chłopakami", którzy nie tolerując Cygana postanowili przy szatni poprzestawiać go łokciami. Rudy był wtedy jakiś nie swój. Mało wtedy z Cyganem rozmawiał, ale tamten nauczył się już rozpoznawać nastroje Rudego. Mimo to, zaskoczony był, gdy Rudy podskoczył do jednego z "chłopaków" I trzasnął go prosto w nos. Niezła wtedy była awantura. Dobrze, że pomiędzy szatniami I ścianą było mało miejsca, bo by rudzielca we czterech zgnietli. Na szczęście, tylko poszkodowany mógł próbować odegrać się na obrońcy Cygana. Niestety, nieskutecznie, bo tamten był jak wściekły. Prał "chłopaka" od lewej do prawej I z powrotem, nie dając chwili na złapanie oddechu. Przestał dopiero jak tamten, chowając głowę między ramionami pokazał mu plecy. Kolegów miał raczej mało solidarnych, bo widząc jak Rudy rzuca pięściami odważyli się tylko na wyciągnięcie swojego pechowca z zasięgu ramion "nowego ze wsi". Cygan też był pod wrażeniem, chyba nawet większym, niż sam by sobie tego życzył. Podziękował wtedy Rudemu, ale tamten tylko beznamiętnie powiedział: "Idziemy" I ruszył do wyjścia z ciasnego korytarza. Oczywiście, nie obyło się bez konsekwencji. Dyrektorka, dowiedziawszy się o zdarzeniu wezwała rodziców Rudego na rozmowę, co znowu miało swoje odzwierciedlenie w batach I szlabanie, które po przyjściu do domu były karą za jego niepoprawne zachowanie.
"Chłopacy" ze swojej strony przysięgli zemścić się na Rudym. Na szczęście nie całą grupą. W prawdzie dla Rudego mogłoby to mieć opłakane skutki, ale oni ze swojej strony nie byli pewni, którego z nich zdąży zachaczyć. Zamiast tego, postanowili, że Kłapuch, najsilniejszy, aczkolwiek w szatni najbardziej pechowy, powinien wyjść z nim na solówę. Jak się okazało, bardziej wyrównaną, niż bójka w szatni, ale nie mniej pechową. Może poza faktem, że tym razem obeszło się bez rozbitego nosa. Od tamtej pory "chłopaki z Rudym byli koledzy". Proponowali mu nawet przystąpienie do paczki, ale chyba nie miał ochoty na stałe towarzystwo starszych kolegów, bo wykręcał się czymkolwiek.
Teraz spojrzał na niezdecydowanego Cygana.
- Dobra, to idziemy. - usłyszał w odpowiedzi na swoje spojrzenie.
Rudy powoli wdrapywał się po schodach na swoje czwarte piętro. Po drodze układał najbardziej prawdopodobne wymówki, które mogły mu uratować skórę przed konsekwencjami dwugodzinnego spóźnienia. Jeśli ojca nie było w domu, to mógł mieć nadzieję na ułaskawienie. W innym przypadku mógł się spodziewać bardzo poważnej reprymendy.
Wbrew oczekiwaniom jego I Cygana, okazało się, że "chłopaków" w lasku, za boiskiem szkolnym nie spotkali. W ramach rekompensaty postanowili sobie we dwóch urządzić zabawę w zrujnowanym domu, który już od kilku lat stał pusty nieopodal. W zasadzie, to było miejsce, w którym zazwyczaj spotykali się "chłopaki", ale tym razem i tam ich nie było. Jednocześnie było to też miejsce, w którym nierzadko przesiadywali miejscowi pijaczkowie. Na nieszczęście na nich właśnie chłopcy się natknęli. Z późniejszej ucieczki pomiędzy drzewami Rudy niewiele pamiętał. Kojarzył tylko tyle, że postanowili z Cyganem się rozdzielić. Spotkali się dopiero pod szkołą, przy głównej bramie. Spodnie Rudego prezentowały beznadziejny widok. Obydwa kolana i zewnętrzna strona lewej nogi były przykładnie wysmarowane ziemią. Bluza, w miarę nowa zresztą, nie podzieliła na szczęście ich losu. Ubranie Cygana prezentowało się niewiele lepiej. W tej chwili jednak, gdzieś pomiędzy trzecim i czwartym piętrem, Rudy bardziej przejmował się swoim ubraniem, za którego wygląd też mu się dostanie.
Tomek zamykał właśnie drzwi do mieszkania, gdy z pokoju rodziców odezwał się głos matki.
- Spóźniłeś się.
- Przepraszam, nie zauważyłem, że jest już tak późno.
- Podaj mi od razu proszki, głowa mnie boli, źle się czuje. -na wspomnienie poprzedniego wieczoru Tomek pokręcił tylko rudą głową, jakby miał nadzieję, że ten ruch pomoże mu na wyrzucenie go z pamięci. Odstawił zabłocone buty do szafki i w samych skarpetkach wszedł do kuchni. Miał szczęście, ojca nie było jeszcze w domu. Może nawet uda mu się doprowadzić spodnie do stanu przynajmniej przypominającego właściwy. Wyciągnął pudełko tabletek z szuflady, zgasił światło w kuchni I poszedł w stronę swojego pokoju. Po drodze zajrzał do pokoju rodziców. Zaświecona była tylko mała, nocna lampka stojąca na szafce, dokładnie naprzeciwko drzwi. Dzięki temu matka nie mogła dokładnie widzieć zabrudzonych spodni swojego syna. Tomek położył tabletki na szafce I zamiarem niezwłocznego udania się do swojego pokoju odwrócił się szybko na pięcie.
- Gdzie się plątałeś? -kobieta oparła się na łokciu, odwracając jednocześnie głowę w stronę znikającej w drzwiach rudej czupryny. Chłopak, będąc już poza zasięgiem światła nocnej lampki odwrócił się powoli w stronę matki.
- Grałem w piłkę z kolegami. Potem poszliśmy do Jacka czegoś się napić. Pokazywał modele i trochę się zasiedziałem, ale nie wracałem sam, bo wszyscy razem od niego wyszliśmy - sam nie był przekonany do takiej wymówki. Z braku lepszych pomysłów, jak zwykle podparł się starym, zużytym już schematem: zdrowy sport, zdrowe zainteresowania i, w razie czego, bezpieczny powrót do domu.
- Weź sobie coś do zjedzenia i idź spać. Odrobiłeś lekcje? - drażliwy, ale nieunikniony temat. Tomek sam, przed sobą musiał przyznać, że w dniu dzisiejszym sprawy szkolne zepchnął w bardziej zapomniane tereny swoich myśli. Będzie musiał szybko je załatwić, jeszcze przed przewidywanym powrotem ojca.
- Tak, jeszcze tylko będę musiał coś przepisać, ale to tylko kilka linijek. - po raz kolejny dziękował wszystkim świętym, za to że ojca nie ma jeszcze w domu. Matka na pewno nie będzie teraz chciała oglądać zeszytów i planu lekcji. Poza tym, rzeczywiście nie miał wiele do zrobienia, przynajmniej pisemnie. Spojrzał jeszcze raz w stronę łóżka. Mimo tego, że cały dzień spędził z Cyganem, nie mógł pozbyć się myśli związanych z poprzednią nocą.
Wchodząc do mieszkania, zauważył kątem oka, że w pokoju gościnnym nic jeszcze nie zostało posprzątane. Na stole stało jeszcze mnóstwo brudnych talerzy, szklanek, kieliszków. Gdzieś pod stołem leżał jakiś widelec. Tomek poczuł powracające przygnębienie. To nie był pierwszy raz, ale zawsze myślał, że to się już nigdy nie powtórzy. Niejednokrotnie słyszał przeprosiny i obietnice. Siedząc w swoim pokoju słuchał nocnych rozmów, które prowadzili rodzice. Żale, pretensje, po nich następowały przeprosiny i obietnice. Schemat był zawsze ten sam. Czasami jednak zdarzały się też słowa, od których robiło mu się zimno. Gdy sobie uświadamiał ich znaczenie, odnosił wrażenie, że jego życie się kończy, bo nie był w stanie wyobrazić sobie tego, jakby mogło dalej wyglądać. Myśl o tym niejednokrotnie spędzała mu sen z powiek. Bał się. Tak jak teraz. Wiedział, że dzisiaj w nocy nic nie usłyszy. Przerażało go to, co może usłyszeć następnej nocy.
Pogrążony we własnych myślach nie zauważył, że matka zdążyła już zasnąć. Zgasił lampkę I sam zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Sen nie chciał nadejść. Tomek przewracał się z boku na bok. Próbował myśleć o rzeczach przyjemnych, banalnych, codziennych. Układał się na dwieście różnych sposobów, przy czym każdy następny miał być wygodniejszy od poprzedniego. Cały wysiłek jednak zdał się na nic. Nie potrafił usnąć. W końcu otworzył oczy i usiadł na łóżku opierając plecy o ścianę. Pomyślał, że może przynajmniej takie bezmyślne siedzenie i wpatrywanie się w okno zmęczy go na tyle, że będzie mógł zaznać odrobiny snu. Nie wiedział ile czasu minęło od momentu, w którym położył się do łóżka. Miał wrażenie, że minęła już cała wieczność. Siedział oparty o ścianę, wpatrywał się w okno. Nie chciał o niczym myśleć. Marzył tylko o tym, żeby zasnąć. Zdawał sobie sprawę z tego, że rano w szkole będzie nieprzytomny. Nie miał ochoty na przysypianie w szkolnej ławce. Niejednokrotnie już mu się to zdarzyło i nie należało do rzeczy przyjemnych. Szczególnie, gdy w klasie podnosił się większy szum. Nie wspominając już o możliwości bycia nakrytym przez nauczyciela, co też już raz mu się zdarzyło. Sprawa skończyła się uwagą w dzienniczku, setkami uwag w domu I, co wydawało się oczywiste w takim wypadku, tygodniowym szlabanem.
Usłyszał delikatny trzask zamykanych drzwi. Po chwili usłyszał jak ojciec odstawia buty do szafki a potem gasi światło w przedpokoju. Oczami wyobraźni Tomek widział jego lekko pochyloną sylwetkę I zmęczoną twarz. Nocna cisza przyniosła do jego pokoju pstryknięcie światła w kuchni, delikatne przystawienie krzesła do stołu. Wiedział, że ojciec będzie siedział tak jeszcze przez jakiś czas. Pewnie zastanawiał się teraz, jak ma się zachować. Tomek pomyślał, że nie powinno mu to sprawiać problemów, przecież już nie raz zdarzały się takie sytuacje. Czasami ojciec przychodził do domu w ciągu dnia i wtedy rozmawiał z matką. Czasami rozmawiał, a czasami po prostu się kłócili. Dzisiaj cały dzień spędził w pracy. Nie przyszedł nawet na obiad. W tej chwili pewnie nawet nie spodziewał się, że jego syn czuwa w swoim pokoju, zastanawiając się nad tym, co może nastąpić. Tomek bardzo chciał wiedzieć co jego ojciec myślał w takich chwilach, jak się czuł. Czy czuł się winny, czy zdawał sobie sprawę z tego, że jego syn nie jest w stanie ogarnąć tego wszystkiego swoim dziecięcym umysłem, nawet wtedy, gdy bardzo się starał. Tomek chciał wiedzieć, czy jego ojciec zdaje sobie sprawę z tego, że on, dwunastoletni dzieciak się boi. O siebie, o matkę, o ojca. Bał się o nich wszystkich. Bywały dni, gdy bał się iść do szkoły, bo nie wiedział co zastanie po powrocie do domu. Bał się, gdy w nocy, z bijącym głośno sercem oczekiwał odgłosu zamykanych drzwi. Bał się, że jego ojciec kiedyś nie wróci. On sam też chciałby kiedyś nie wrócić. Chciałby od tego wszystkiego uciec, zniknąć gdzieś I nigdy więcej na to wszystko nie patrzeć. Pamiętał nieprzespane noce, głośne krzyki, zamykane I otwierane z hukiem drzwi, brzęk tłuczonego szkła I płacz. Poczuł na policzku powoli spływającą łzę. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeszcze jest za mały na to, żeby powiedzieć o tym wszystkim swojemu ojcu. Miał świadomość tego, że nie potrafiłby opisać tego, co czuje, co myśli. Obawiał się jednak, że kiedyś nie zdąży tego zrobić, że nadejdzie dzień, w którym będzie już za późno na rozmowy. Świeżo w pamięci miał noc, taką jak ta, pełną niepokoju, bezsenną spędzoną na czuwaniu I nasłuchiwaniu. Ojciec wtedy wszedł do jego pokoju I zadał tylko jedno pytanie: "Z kim chcesz zostać, ze mną czy z matką?". Tomek, za każdym razem gdy o tym myślał czuł jak po jego skórze przebiega dreszcz. Przed oczami widział twarz ojca, złą, zdecydowaną. Widział jak w jego zmęczonych oczach płonie gniew i chęć odejścia byle gdzie. Tamto pytanie wstrząsnęło nim. Chciał udawać, że śpi, ale nie potrafił. Patrzył wtedy przerażony prosto w oczy swojego ojca. Nie wiedział co odpowiedzieć. Nie chciał, żeby któreś z nich odchodziło. Kochał obydwoje rodziców. Ciągle miał nadzieję, że wszystko się poprawi, że będzie lepiej a jego rodzice będą zawsze patrzeć na siebie uśmiechnięci. Wyobrażał sobie siebie samego, tak bardzo szczęśliwego w domu pełnym ciepła i radości. Patrzył wtedy ojcu prosto w oczy. Jedyne, na co było go stać, to: "Chcę być z wami.", wypowiedziane łamiącym się głosem. Ojciec powiedział wtedy, że to niemożliwe. Tłumaczył mu rzeczy, których Tomek nie potrafił zrozumieć. Nie potrafił też zrozumieć, dlaczego jego rodzice nie mogą być razem. Mieli przecież dziecko, jego, powinni się kochać. Tomek czuł jednak, że z jakichś powodów, których on nie był w stanie pojąć, wcale tak nie jest.
Przywoływał z pamięci dni, które były prawie tak piękne jak jego wyobrażenia. Czasami chodzili na długie spacery za miasto. Rodzice szli trzymając się za ręce a on krążył wokół nich na rowerze. Dużo rozmawiali, śmiali się. Gdy siadali na polance, ojciec opowiadał o wakacjach, na które w trójkę wyjadą. Mieli pojechać w góry, już niedługo. Minęło dużo czasu, wakacje nie nadeszły. Tomek jednak bez przerwy miał nadzieję. Wiedział, że jego ojciec bardzo by chciał, żeby razem gdzieś pojechali. Ciężko pracował, potrzebował tego. Teraz jednak, siedział w kuchni, wpatrzony w ścianę odpalał jednego papierosa za drugim. Tomek czuł dym, który powoli wkradał się do jego pokoju. Czuł, że jego ojcu jest ciężko, że jest smutny, zmęczony. Wczoraj w nocy był inny. Tomek bał się go takiego jak wczoraj. W pamięci jeszcze raz usłyszał głośne krzyki rodziców, dobiegające z pokoju gościnnego. Pobiegł zobaczyć co się dzieje. Rodzice mieli gości, ale ci już dawno wyszli. Otworzył drzwi pokoju gościnnego i zobaczył, jak ojciec stojąc za matką trzyma ją za włosy. Strasznie krzyczał, mama też, przez łzy. Tomek chciał jej bronić. Nie chciał, żeby w jego domu tak było. Zebrał w sobie całą odwagę, krzyknął: "Zostaw ją!". Chciał być groźny. Chciał, żeby ojciec posłuchał. Cała odwaga, tak mozolnie zbierana w sobie, odeszła, gdy ojciec skierował swoje szybkie kroki w stronę Tomka. Złapał go za koszulkę, uderzył w twarz, popchnął. Krzyczał. Nie pozwolił, żeby jego syn, na którego ciężko pracuje, dla którego szarpie sobie zdrowie, podnosił na niego głos i mu rozkazywał. Dla Tomka te słowa były gorsze niż cios w twarz, który otrzymał. Ojciec krzyczał patrząc na niego z wściekłością. Groził, że zostawi go samego z matką, mówił, że sobie nie poradzą. Wepchnął Tomka do pokoju i zatrzasnął za nim drzwi. Zabronił wychodzić. Przez własny szloch, Tomek słyszał jak matka ucieka z pokoju gościnnego i próbuje zamknąć się w kuchni. Słyszał groźby i kopanie w drzwi. Drzwi uderzyły w końcu o ścianę. Tomek, z szalejącym sercem, wpadł do przedpokoju. Widział jak ojciec wchodzi do kuchni, jak podnosi rękę. Matka próbowała się zasłonić, chowając głowę w ramionach, odwracając się plecami. Uderzenia jednak spadały na nią jedno za drugim. W końcu upadła na ziemię, skulona, zasłonięta rękami. Ojciec nie przestawał się odgrażać. Wymachiwał rękami i krzyczał. W końcu wyszedł kuchni, zapalił papierosa. Tomek w drzwiach, patrzył jak jego matka zanosi się płaczem leżąc skulona na ziemi. Podniosła na niego wzrok. Nigdy więcej nie chciałby widzieć tego, co zobaczył wtedy w jej oczach. Nie wiedział co ma powiedzieć. Chciał podejść i ją objąć, ale nie potrafił. Nogi przyrosły mu do ziemi, całe ciało zdrętwiało. Potrafił zdobyć się tylko na ciche "Nie płacz. Nie płacz, bo wróci.". Sam płakał. Stojąc tak i patrząc czuł się winny. Tak, jakby sam matkę uderzył, jakby sam przyczynił się do tego, że ona leży teraz skulona na ziemi. W końcu podszedł, uklęknął obok, położył rękę na włosach matki. Objęła go rękami, położyła głowę na jego kolanach. Tomek chciał zniknąć. Chciał, żeby go nigdy nie było. W jego dziecięcym życiu była to jedna z chwil, w których żałował, że się urodził. Myśl, która nigdy nie powinna pojawić się w głowie dziecka. Pomógł matce wstać, zaprowadził ją do sypialni. Próbował coś powiedzieć, jakoś pocieszyć, ale widział, że jego słowa trafiają w pustkę. Zdawał sobie sprawę z tego, że matka go nie słyszy. Chciał, żeby położyła się spać, żeby zasnęła i żeby ten koszmar się skończył. Ona jednak siedziała tylko pochylona na łóżku, z twarzą schowaną w dłoniach. Jeszcze tylko raz powiedział szeptem "Połóż się spać." i wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi.
Bał się, ale musiał zajrzeć do pokoju gościnnego. Zobaczył, jak ojciec, pijany z głową odchyloną do tyłu, śpi na fotelu. Na stole, w talerzu powoli dymił jeszcze niedopałek papierosa. Z przewróconej szklanki, po obrusie ściekała herbata. Tomek zgasił światło i wyszedł z pokoju. Potem jeszcze długo siedział u siebie na łóżku, przy zapalonym świetle I otwartych drzwiach. Serce już trochę się uspokoiło, jednak myśli nie przestawały szaleć w dziecięcej głowie. Czuwał, nie mógł sobie pozwolić na sen. Bał się, że gdy zaśnie, w jego domu coś się stanie. Musiał czuwać.
Teraz też czuwał wspominając poprzednią noc. Czuł jak niewyspane oczy zaczynają puchnąć. Pod powiekami zaczął dokuczać piasek. Powoli zaczęły opadać. Położył głowę na poduszce, kołdrę podciągnął po brodę. Czuł jak delikatnie opada na niego mgła snu. Tylko gdzieś w oddali przemknęło cicho wypowiedziane słowo "rozwód", nie zdążyło jednak wkraść się do ogarniętej już snem świadomości dziecka.
Wróć
|