E . L . O .

"Just on the border of your waking mind
there lies... another time
Where darkness and light are one
And as you tread the halls of sanity
You feel so glad to be
Unable to go beyound
I have a message... from another time..."



     Ta dzisiaj już  prawie nieznana grupa z Wielkiej Brytanii powstała w roku 1970 po rozpadzie  beatlesowskiego The Move, którego muzycy postanowili zrobić coś nowego,  niepowtarzalnego. Electric Light Orchestra, której fumdament tworzyli  przez większość czasu Richard Tandy, Bev Bevan i podstawa, bez której jak się okazało później orkiestra nie potrafiła egzystować, czyli Jeff Lynne - genialny kompozytor i człowiek o niepowtarzalnym głosie. Przez zespół przewinęło się wielu dobrych muzyków, z których  dla wielu była to odskocznia do "poważniejszego" grania, czyli muzyki klasycznej...  Tak, to była dziwna hybryda: zespół - orkiestra, w której obok  normalnych dla zespołu rockowego gitar, perkusji, etc. usłyszymy bardzo rozbudowaną  grupę smyczków. Nie psuje to jednak rockowego charakteru zespołu, wręcz przeciwnie: otrzymujemy w pełni strawny materiał. Chociaż może trochę za szybko to napisałem... Muzyka ELO miejscami potrafi być BAAAAARDZO ciężka.  Co bardziej: ciężkość nie polega tu na jednoczesnym maxymalnym męczeniu instrumentów,  jak to ma miejsce np. w metalu, (czy np. Purpelkach :) ale jest to w pełni  skoordynowana kaskada szaleńczych dźwięków, np. na: "Eldorado", czy  "ELO 2" (Spróbujcie panowie metalowcy przełknąć "10538 Overture", czy "In Old England Town":). Częściej jednak muzyka jest spokojna, momentami  wręcz "słodka" ("Balance Of Power", "Secret Messages"), ale taka po prostu  jest ELO. Rzeczą, za którą szczególnie cenię ELO, jest klimatyczność  niektórych płyt, np. "Eldorado", "Xanadu", czy "Time". Płyty te mają  swój charakter, temat i trzymają go do końca. Zespół napisał  wiele piosenek, które do dziś stanowią klasykę, np. "Ma-Ma-Ma Belle",  "Confusion", "Rockaria", "Rock & Roll Is King", "Sweet Talking Woman",  "Telephone Line", "Shine A Little Love", "Evil Woman", czy "Calling America".  Ponad 10 ostatnich lat zespół  istniał (może egzystował to lepsze  stwierdzenie) jako Electric Light Orchestra part 2, reaktywowany (włściwie, to nie było oficjalnego rozwiązania) przez Bevana  po (trochę słusznym wtedy) odejściu Jeffa, wydał trochę dobrego materiału,  ale ostatnio panowie postanowili ożywić tą wyjątkową orkiestrę i do zespołu  wrócił Lynne. Kiedy to piszę, ukazał się już "Zoom" -  nowa płyta Eelctric Light Orchestra, mająca stanowić powrót do najlepszych tradycji ELO. Mam nadzieję, że nie zniechęciłem was do spróbowania  najdziwniejszej z orkiestr - Electric Light Orchestra. "Wellome to the show...###... Wellcome to the Show!"

KHOT