"Pearl Harbor"
No i doczekaliśmy się. Kolejna superprodukcja zza oceanu na ekranach polskich kin, poruszająca tematykę historyczną do której został dopisany wątek miłosny. Wielki scenariusz, wielki rozmach, wielki film. A do tego za kamerą stanęli dwaj długoletni koledzy po fachu - znakomity reżyser Michael Bay ("Bad Boys", "Twierdza", "Armageddon") oraz producent Jerry Bruckheimer ("Twierdza", "Armageddon", "60 Sekund").. Efektem ich współpracy zawsze były, jak wiadomo, filmy widowiskowe. Nie inaczej jest tym razem.
Styczeń roku pańskiego 1942. Podczas rekrutacji/selekcji do marynarki powietrznej, młody pilot Rafe McCawley poznaje i zakochuje się w pielęgniarce Evelyn. Ze wzajemnością. Jakiś czas później Rafe na ochotnika wstępuje de elitarnego szwadronu "Orłów" by walczyć o Anglię z Niemcami. Informuje o tym fakcie swoją dziewczynę Evelyn na dzień przed odjazdem. Pozostawieni - Danny - najlepszy przyjaciel Rafe'a jeszcze z okresu dzieciństwa oraz Evelyn zostają przetransportowani na Hawaje. Tam nawiązuje się między nimi romans. W między czasie otrzymują wiadomość o śmierci Rafe'a (został zestrzelony). Oboje przechodzą głębokie załamanie, ale po kilku miesiącach romans przybiera na sile. Gdy oboje myślą, że wszystko jest na najlepszej drodze (Danny zdążył już... tego... no... sami wiecie... Evelyn i to w... hangarze!...) pojawia się Rafe. Zmartwychwstał? Nie. Jakimś cudem przeżył...(gdyby było inaczej, to film nie trwałby trzy godziny). Powracają wspomnienia, Rafe dowiaduje się, że jego najlepszy przyjaciel "obraca" jego kobietę. Mamy konflikt... Na Pearl Harbor atakują Japończycy (główni bohaterowie muszą, chcąc nie chcąc, ze sobą współpracować). Podczas ataku Rafe i Danny wyróżniają się w walce. Dzięki temu zostaje im powierzone dowództwo bardzo ryzykownej, tajnej misji, przeciwko Japończykom...
Fabuła nie rzuca na kolana. Jest typowo amerykańska. Ale, niewątpliwie, wciąga. Choć z drugiej strony, to co takiego oryginalnego można jeszcze wymyąlić. Oglądamy film o miłości, której tłem i zarazem główną przeszkodą jest wojna oraz tytułowy atak. Schemat znany z choćby "Titanica". Niemniej jednak w filmie znajdziemy sporo akcji, melodramat, zdradę i oczywiście wojnę. Całość ogląda się przyjemnie, choć wątek miłosny się nie udał. Nie wzbudza on wielkich emocji. Ale to jest Ameryka... Mimo tego te trzy godziny mijają dość szybko. To znaczy, że reżyserowi udało się porwać widza do swojego filmu.
Aktorsko też jest bardzo dobrze. Ben Affleck (Rafe), który
nieprzeciętnie prezentował się w poprzednim filmie Bay'a -
"Armageddonie" tym razem dostał rolę główną i, jak
sądzę, wywiązał się z zadania. Stworzył bardzo
sympatycznego bohatera, któremu w pewnym momencie filmu
zaczynamy wierzyć. Josh Harnett (Danny) również pokazał, że
potrafi dobrze zagrać. Przypuszczam, że obejrzymy go jeszcze w
niejednym filmie.
Z trójki głównych bohaterów nie podobała mi się gra Kate
Beckinsale (Evelyn). Ona jest mało przekonująca. Została
przedstawiona jak laleczka. Jej postać jest małowymiarowa, płaska,
wręcz bez emocji. W niektórych scenach z jej udziałem, miałem
wrażenie, że oglądam telenowelę. Kocha dwóch facetów, oni
kochajš się w niej. Nie, nie podobała mi się jej postać. To
nie jest Rose Calvert - Dawson z "Titanica", jeśli mogę
się tym zasugerować. Czegoś brakuje tej postaci. Chyba jakiejś
indywidualności.
Film jest bardzo widowiskowy. Tytułowy atak Japończyków na
Pearl Harbor to serce całej produkcji. To ozdoba filmu. Scena ta
jest długa, piękna, doskonale pokazana i zrealizowana. Trwa
mniej więcej tyle ile trwał historyczny atak. Kiedyś Michael
Bay powiedział - "wiedziałem, że atak musi wyglądać
jak najbardziej realistycznie, inaczej nie ma sensu zaczynać
pracy nad tą produkcją". Wyszło z tego niesamowite
widowisko. Wielki rozmach. Film pokazuje jak zakończyły żywot
okręty "Arizona" i "USS Oklahoma". Pokazuje
horror jaki musieli przeżywać ci wszyscy ludzie, którzy mieli
"szczęście" znaleźć się w tym czasie na Hawajach.
Wyszło świetnie.
Scena ataku posiada dwa ujęcia, które będę pamiętał chyba
całe życie... Mówię tu o ujęciu z perspektywy spadającej
bomby i ujęciu, gdzie kamera podąża za jednym z samolotów, który
przelatuje niemal przez cały port... Oczywiście wszędzie się
coś dzieje, latają inne maszyny, wybuchają statki, giną
ludzie. Całość otoczona jest fenomenalną muzyką (Hans Zimmer,
mówi wam coś to nazwisko?), która cały czas przygrywa w tle i
podbudowuje atmosferę. Piękne. Tego nie da się opisać, to
trzeba zobaczyć. Koniecznie w kinie...
Jednak "Pearl Harbor" nie jest produkcją idealną. Posiada również wady (nie ma i nie będzie filmów idealnych). Mówię tu o wtórności Bay'a. Otóż konstrukcja fabuły posiada wiele elementów, znanych z "Armageddona". Występują pewne kopie relacji pomiędzy bohaterami, podobne sytuacje, nawet koniec filmu kojarzy nam się z poprzednim filmem. Strona techniczna też ( mam na myśli zdjęcia - ten sam człowiek - John Schwartzman). Momentami miałem wrażenie jakbym oglądał drugi "Armageddon". Michael mógłby bardziej popracować nad scenariuszem, poszukać nowe, a nie wykorzystywać sprawdzone już pomysły. Ale czepiam się...
Na koniec wypada mi tylko polecić ten film wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji go obejrzeć. Jest co oglądać. Mimo, że nie poraża on oryginalnością, to jednak jest to filmowe widowisko. Hit na miarę zeszłorocznego "Gladiatora". Co ciekawe reżyser Michael Bay, ma dopiero 36 lat, a już trzy wielkie i dochodowe filmy na koncie. Rośnie kolejny Cameron lub Spielberg... Z całą pewnością, film dostanie kilka nominacji do przyszłorocznych Oscarów. Uważam, że zasłużenie.
Ocena: 4+\6
Opracował: Nocny69
Bardzo żałuję, że nie widziałem "Pearl Harbor", niestety byłem na wakacjach i nie miałem jak go obejrzeć. Z chęcią jednak napiszę w ciemno polemikę, pisaną na podstawie tej recenzji. Po pierwsze: Nie za bardzo rozumiem jaki jest cel porównywania tego filmu do "Armageddonu" czy "Gladiatora". Takie porównania niestety mnie jedynie od filmów odstraszają. Po drugie: Michael Bay jest przede wszystkim reżyserem efekciarskich filmów akcji nie mających w sobie wiele głębi [jako przykład wymieniony wcześniej "Armageddon"] Nie wątpię, że "Pearl Harbor" odniesie sukces, ale przede wszystkim będzie to sukces komercyjny. Nie spodziewajmy się niczego więcej. Takie jest moje zdanie po obejrzeniu jedynie trailera [więc nie musi być właściwe :)]. Wiem, że nie można oceniać filmu jeśli się go nie widziało, właśnie dlatego kończę ten komentarz w tym momencie. Może niedługo film obejrzę i wtedy napiszę coś więcej.