" ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH
"
-" To co teraz, ha? "*
Żmudne przygotowania, sprzątanie, pieczenie, ubieranie choinki,
pakowanie prezentów - słowem - praca... W imię czego ten wysiłek?
W imię tradycji, dogmatów katolickich? Tradycja umiera to
pewne, coraz mniej zwyczajów zachowujemy... Sama nie wiem, co
gorsze - czy śmierć tradycji, czy jej amrykanizacja? Niektórych
tradycji nie rozumiem, jak chodzenie do kościoła o 12 w nocy -
nie doznaję tam ani catharsisu, ani nawet kolęd nie śpiewam.
Wszyscy pchają się do świątecznej szopki, właściwie
niewiadomo po co, żeby znów jak co rok obejrzeć te same
kiczowate figurki?! Po to żeby postać i poklepać " Zdrowaś
Maryjo..."?
Atmosfera świąteczna po to te wszystkie przygotowania? Mówiąc
szczerze "krew mnie zalewa", gdy wszyscy dekorują
wystawy, zakłady pracy( co niektóre wyglądają, jak chatki Świętego
Mikołaja), nic nie wspomnę o świecących dachach... Nie dość,
że się człowiek namęczy, to jeszcze musi byc miły, dobry i
przyjemny (nawet dla czepliwej teściowej) i udawać, że
wszytsko jest w porządku. A potem wszyscy się dzwią, że w
kolejnym odcinku serialu sensacyjnego, mówią o danych
statystycznych, według których najwiekszy współczynnik samobójstw
przypada w okresie świątecznym. Całe te piękne historie o
rodzinnej atmosferze doprowadzają ludzi samotnych do wielu w
frustracji. Jaki jest tego wynik? Statystyki w sensacyjnych
serialach...
Świąteczne wieczory spędzamy najczęściej przed telewizorem (
a wszędzie tylko amerykańskie komedie o "rozporkowym"
poziomie humoru), zmieniamy programy; co sie dzieje - Andrzej
Piaseczny tresuje biedne tygrysy i co? Aż się w nas gotuje...
Ale przecież Boże Narodzenie to świeta dla dzieci i właśnie
wtedy okazuje się, że jest ich tyle biednych, niepełnosprawnych,
głodnych, że w centrum, co 2 metry stoi jakis młody człowiek
z uwidocznioną nalepką jakiejs fundacji, z wyklepanym tekstem w
stylu :" Czy mogłaby pani wspomóc biedne dzieci ?"
A potem nasze 10 złotych szanowny młodzieniec wkłada sobie do
kieszeni i idzie z kolegami na piwo, które my fundujemy...
Bez wątpienia mogę powiedzieć, że świeta sa dla ludzi, którzy
wierzą - nie w Świętego Mikołaja, jak małe dzieci, ale w tą
atmosferę, w tradycję, kościół (który często stanowi
jedyna porcje duchowej rozrywki w tygodniu), w to, że trzeba sie
poświęcać dla rodziny; i dobrze. Ale powiedzmy sobie szczerze
ilu takich ludzi znamy? Kiedy ostatnio w Święta bawiliśmy się
dobrze? Kiedy nie tłumiliśmy w sobie emocji? W wiekszości
odpowiedzi na te pytania będą barzmiały " mało "
lub " nie pamietam "... A wtedy pytanie - " I co z
tego?" Właśnie to, że może czasem warto nie włączać
telewizora, nie sprzatać przesadnie, nie martwic się czy ciasto
urośnie i czy nie spóźnie się na Pasterkę? O ileż szczęśliwsze
i bardziej spokojne byłyby nasze święta? Wtedy byłyby one
przede wszytskim dla nas samych; nie my dla opłatka, nie my dla
atmosfery, nie my dla świąt... Egoistycznie, co?
Ale wtedy przynajmniej, byłyby to święta takie jak te z wysyłanych
kartek z życzeniami.
A w dodatku zmniejszylibyśmy współczynnik samobójstw w
serialowych statystykach...
Kera
*cytat pochodzi z książki "Mechaniczna Pomarańcza"
Anthonego Burgessa