O służbie wojskowej
W ostatnim numerze "AM" pojawił się tekst Phnom Penha traktujący o służbie wojskowej. Jakby ktoś nie wiedział, był to list skierowany do Aleksandra Kwaśniewskiego, w którym autor prosił prezydenta o odroczenie obowiązku odbycia służby, motywując to chęcią zdobycia wyksztalcenia i pieniędzy na to wykształcenie. Nie będę tutaj wnikać w sytuację, w jakiej znalazł się Phnom, zamiast tego skupię się raczej na sensie istnienia obowiązkowej służby wojskowej.
Po pierwsze: teoria. Do czego jest konieczna służba wojskowa? Do wyszkolenia obronnego obywateli, aby ci mogli zareagować w sytuacji zagrożenia państwa, mówi oficjalna sztabowa wykładnia. Błąd i to błąd potężny. Co bowiem wykorzysta przeciwnik, gdy wybuchnie wojna? Dobrze wyszkolone, wyspecjalizowane i zawodowe (podkreślam - ZAWODOWE) jednostki, które sprawią, że człowiek będzie kaput zanim pomyśli, co ma zrobić. Nie wspominając już o broni jądrowej, przed którą nie broni dosłownie NIC (nawet system NMD forsowany przez Busha nie ochroni przed zmasowanym atakiem atomowym). Podsumowując, rozwój broni i systemów uzbrojenia doszedł do tego stopnia, że w razie ewentualnego konfliktu zbrojnego na międzynarodową skalę, niewyszkolony poborowy, co widzi kałasza drugi raz w życiu, stając przeciwko zawodowcowi jest już praktycznie martwy. I tego nasi politycy i wojskowi wydają się nie zauważać.
Po drugie: praktyka, czyli korzyści ekonomiczne. Napoleon Bonaparte kiedyś powiedział: "Żołnierz zawodowy jest wart tyle, ile dziesięciu ochotników, ale je tylko jeden obiad". Tak jest, większość część budżetu polskiej armii pożera utrzymanie, wykarmienie i wypłacenie żołdu poborowym. Przy zrezygnowaniu z powszechnej służby wojskowej zaoszczędzone pieniądze mogą pójść na unowocześnienie naszej armii, co umożliwiłoby jej w końcu spełnienie standardów NATO i pozwoliło nadrobić nieco zapóźnienie Polski w stosunku do cywilizowanego świata. Oczywiście zakładając, że rząd tych pieniędzy nie wyda na kolejną podwyżkę dla strajkujących nauczycieli, czy innych pielęgniarek, ale to już inna historia. Ponadto zniknie, a przynajmniej zostanie znacznie ograniczona fala (brak "kotów" do męczenia), a do wojska nie będą trafiać ludzie z najrozmaitszymi patologiami społecznymi. A co najważniejsze, w armii nie znajdą się ludzie, którzy "do woja" iść z różnych powodów nie chcą.
Po trzecie: co robić. Jak nie pobór, to co? Oczywiście, armia zawodowa. Znacznie mniej liczna, ale i znacznie lepiej wyszkolona, bardziej mobilna, posługująca się znacznie lepszym sprzętem od obecnego i mająca szansę przetrwania na współczesnym polu walki. A co z miłością do ojczyzny i stawaniem na jej każde wezwanie? Można zrobić tak, jak we Francji, gdzie już od kilku lat eksperymentują z wojskiem zawodowym. Tam obowiązkowe przeszkolenie trwa... 9 godzin i polega na obejrzeniu solidnej dawki patriotycznych filmów, bez zawracania sobie głowy musztrą czy strzelaniem. Na wieczór człowiek już jest wolny. Skoro Francuzi w końcu zmądrzeli, to czego tego nie mogą zrobić Polacy?
Sexbeer
PS. Jeśli ktoś chce wymienić opinie, to proszę bardzo, mój adres to szescpiw@poczta.fm Ale podkreślam - OPINIE, a nie bluzgi, czy zdjęcia z gołymi babami. No dobra, listy miłosne mogą być :)