OBLICZA KOMERCJI Współcześnie na każdym kroku spotykamy się z wszechobecną komercją. Idea tworzenia czegoś tylko dla kasy, czy też wciskania odbiorcy ładnie zapakowanego i kolorowego chłamu przeniknęła do wszystkiego, na czym da się zarobić. W owym arcie chciałbym zaprezentować niektóre oblicza komercji, czasem śmieszne lub żałosne. Jakiś czas temu wybrałem się do kina. Wśród plakatów wiszących w budynku mój wzrok przykuł jeden, na którym dumny napis głosił: "Pokemon - film pierwszy" Z plakatu patrzy na mnie żółta gęba uśmiechniętej, nadmuchanej wiewiórki, zwanej Pikachu. Dziś chyba nie ma człowieka, który nie wiedziałby, co to jest. Widać go na chipsach, butelkach Mirindy, ostatnio mój kumpel zobaczył maskotkę- pokemona nawet w rękach małego dziecka w kościele! Pikachu tu, Pikachu tam, Pikachu w telewizji, Pikachu w sklepie, Pikachu balon, Pikachu długopis.. Aż strach, jak to mówią, konserwę otworzyć, bo może się okazać, że wyskoczy stamtąd ta żółta pokraka. A wszystko po to, aby jak najwięcej zarobić i przy okazji zrobić ludziom, a zwłasz- cza dzieciom, wodę z mózgu. Wiadomo, że wszystko, co ma na sobie nalepkę z Pikachu, pójdzie jak woda. Trochę zrezygnowany wróciłem z kina i pomyślałem: posłucham muzy. Włączam radio, po czym słyszę słowa ostatniego wielkiego przeboju pewnej "wspaniałej" grupy: "Kochaj mnie w metrze, kochaj mnie w swetrze, czy miasto czy wiocha, ty mnie z całej siły kochaj", czy jakoś tak. Na innej stacji leci inny hit: "Pole, pole, łyse pole, ale mam już plan". Nasze polskie społeczeństwo od czasu do czasu rzuca się na różne efemerydy, o których za rok nikt już najczęściej nie słyszy. Była moda na disco-polo, była na rytmy "bałkańskie", teraz zapanowała na to co polskie, swojskie i góralskie. Teksty gorsze niż u twórców muzyki chodnikowej, wykonanie dziwaczne. Ale to się ludziom podoba! Zapakujemy jak największego gniota w ładny kolorowy papierek i sprzedamy w ogromnym nakładzie. Wiadomo, że dzisiaj nawet największa kakofonia może ujść za muzykę, a najgorszy śpiewak - za gwiazdę. Byle tylko było to coś, co klient kupi. A gdyby na przykład taka Budka Suflera debiutowała dzisiaj, w dzisiejszych realiach? Bądźmy przez chwilę brutalni. To pięciu starych, brzydkich facetów, wokalista z przepitym głosem, nijak się będą prezentować, no to wynocha! Koniec brutalności. Ludzie z Budki musieli tyrać dwadzieścia pięć lat na to, kim teraz są. Mają własnego wydawcę, prawie dwadzieścia albumów i milion sprzedanych egzemplarzy płyty: "Nic nie boli tak, jak życie". A dzisiaj, aby zostać "gwiazdą", trzeba tylko jakoś wyglądać i poruszać się na scenie. Da się jakąś "muzykę", udziwniony tekst i wyciągnie ludziom z kieszeni kupę szmalu. Zrezygnowałem z słuchania piosenek, włączyłem telewizor. Skrzywiłem się, widzac jeden z "pięknych" latynoskich seriali dla kur domowych w którym każdy każdego kocha, potem bierze ślub nie z tym, co trzeba, a na końcu połowa bohaterów ginie. Polacy też nie są gorsi, wyprodukowaliśmy trzy, czy cztery "trelemorele". Niemal o spazmy przyprawił mnie talk-show, w którym brała udział pani bita podobno przez męża. On sam pojawił się w dalszej części rozmowy, wszystkiemu zaprzeczył, obie strony rzucały na siebie obelgi, doszło prawie do rękoczynów. Inna pani, gdy zobaczyła w owym programie żonę swojego kochanka, ostentacyjnie wyszła ze studia, razem ze swoim gachem. Tak! A tłum wyje i żąda jeszcze! Proszę bardzo. Zamknięto kilkanaście osób w domu jak papugi w klatce, a widz przygląda się, co też oni zrobią, kogo wywalą, co wymyślą, kto wygra? Mam władzę, ja ich widzę, oni mnie nie, ciebie nie lubię, więc na ciebie zadzwonię i won! Inna stacja zamknęła kolejne kilka- naście osób w dwóch domach, zasady prawie takie same. I tu i tu na końcu zostanie tylko jeden. A telewizje się cieszą, oglądalność wysoka, czas reklamowy drogi, będzie rzeka pieniędzy! A jeszcze więcej szmalu zarobimy do spóły z TEPSĄ, bo ci naiwniacy będą dzwonić bez końca! A potem powtórzymy całą komedię i zrobimy drugą edycję! Reality show must go on! Prawie kompletnie zrezygnowany postanowiłem obejrzeć jakiś film. Na pierwszy ogień poszło kilka propagandowych produkcji zachod- nich, w których Amerykanie są dobrzy jak aniołki i szlachetni, a te wstrętne Angole, Japony czy Ruskie nie robią nic innego tylko im dokuczają. Potem obejrzałem najazd ufoli z masą efektów specjalnych i- a jakże - wątkiem patriotyczno-amerykańskim. Następnie oglądnąłem kilka produkcji rodzimych, totalnych kitów, ale opatrzonych znanymi nazwiskami. Treści prawie nie ma, przez cały film jedni uganiają się za drugimi z pistoletami. Z filmowych dialogów między przekleństwami dowiedziałem się, że jedni faceci próbują pozbyć się niewygodnych papierów, a drudzy za wszelką cenę usiłują im przeszkodzić. A motłoch będzie to oglądał, bo przecież gra ten i ten, ładne wybuchy, a flaki w artystyczny sposób latają po ekranie. I znowu kasa z reklam. Wyłączyłem telewizor i postanowiłem trochę się przespać. Mam nadzieję, że nie przyśnią mi się bratanki, wielki czy mały brat ani nikt z rodziny, rozmowy w toku, zbuntowane anioły, psy, pokemony ani demony wojny i że nie obudzę się z krzykiem, zlany zimnym potem. Nie dający zrobić sobie wody z mózgu Donald 12 06 2001