INVOCATIO
O naiwności we mnie spoczywająca
Dajże odpocząć od siebię, choćby przez zbłąkaną w przestrzeni minutę
Pozwól raz chociaż obejść sie bez twej obecności
Zdany jedynie na Ciebie dostrzegam tylko namiastkę szczęścia
Którego finałem jest niepomierne cierpienie
O naiwności przestań mnie kochać i
Pozostawiając samemu sobie
Daj wybrać życie i dostrzec prawdę
W zafałszowanych spojrzeniach ludzkich.
Jak kromka chleba, podana głodnemu, znika w kilka chwil, pozostawiając po sobie niedosyt i jeszcze większą udrękę, tak w jego życiu nikły wszystkie iskry innych ludzi, których spotkał na swej drodze. Czy to domniemany przyjaciel nagle odwracał się na pięcie, czy też kobieta, którą wydawać by sie mogło kochał z wzajemnością, odchodziła nie mówiąc ani słowa, jednako przynosiło mu to parszywe dni egzystencji. Miał swoje chwile szcześcia wiążące sie z pochopnym braniem rzeczy w zbyt ubarwionej formie. Jego naiwność stawała się z biegiem dni coraz bardziej uciążliwsza. Mimo tych drobinek łechcących podniebienie jego duszy czuł się człowiekiem najnieszcześliwszym z nieszczesliwych. Te krótkie chwile radości w naiwności uświadamiały mu jego samotność i ciągłe pasma porażek. To co do tej pory mu wystarczało, teraz było niczym wobec bólu jaki sprawiał mu każdy nowy dzień.
O beznadziejo mgnień dziennych
Daj skrzydła myśli mej by ulecieć mogła
Pozwól powietrzu smagać jej kształt by
W chmur majestacie zakwitła
O samotności i wieczny smutku
Natchnij mą duszę światłem nadziei
Bym z siłą w sercu podjął bój
Walkę ze światem, którego znać nie chciałem.
Narastające przygnębienie i przekonanie o nieuchronności swego przeznaczenia, stało się przyczyną izolacji. Świat zewnętrzny przestał dla niego istnieć. Nie było w nim ludzi, zwierząt, przedmiotów. Był on. Tylko on. Sam. Zdany jedynie na swoje nieszczęście i zgorzkniałe myśli. Pozbawił sie nawet tej krztyny szczęśliwości, która w naiwności miała swoje korzenie. Przestał być naiwny, ale zaczął być obojętny na wszystko inne. Bez celu, bez marzeń, bez czegokolwiek o co mógłby się wesprzeć. Osiadł tak na płyciznach swego życia. Zakotwiczył w przystani nikomu nie znanej. Jednak i ten stan za bardzo pogrążał go w bólu i skutecznie rozdrapywał dawne rany. Łzy, które płynęły mu po policzkach, rzeźbiły wzory mówiące o jego niedoskonałej egzystencji. Pajęczyna utkana przez pająka obojętności z lekka powiewała na jego opuchniętych powiekach.
O obojętności świdrująca moją głowę
Spocznij na chwilę by dać mi cień szansy
Pozwól się wdrapać spojrzeniu mych źrenic
Na górę smutku wzniesioną przeze mnie
O ślepoto i niewładności uczuć
Stań się jasnością słońca na błękicie nieba
Pozwól odegrać jeszcze jedną scenę
W teatrze życia.
Jak światło zapalone w spowitym nocą korytarzu, tak nagle obudziła się w nim potrzeba wyjścia do ludzi. Lecz teraz, już pamiętny swych wcześniejszych przeżyć, zanim wyruszył posilił się chlebem, który sam wypiekł w piekarni swoich myśli, by nie czuć głodu. Z większą rezerwą, ostrożnie, ważąc swoje myśli, słowa i uczynki wkroczył na nowo do rzeczywistości. Napotykani ludzie byli mu muzyką, ale nie piękną lecz szkaradnie uwodzicielską. Czuł potrzebę więzi, ale wiedział też, że nie moze zbyt szybko sie angażować. Potrzebował teraz więcej czasu. Zrozumiał, ze nie moze ufać wszystkim, a jedyną pewną osobą jest w tym momencie on sam. Powoli, aczkolwiek pewnie stawiał kroki po brukowanej drodze powszedniości.
O świecie, który skazujesz na niebyt
Pozwól mi być prawdziwym w swej inności
Zaprzestań ubierania wszystkich w te same koszule
Odetchnij troszeczke i przemyj twarz mlekiem
O rzeczywistości skazująca na zagładę
Daj wygrać mym myślom walkę o spokój
Zakończ kopie kruszyć z marzeniem swobodnym
Daj wszystkim piekno istoty milości i przyjaźni.
DajMonJon
DajMonJon@interia.pl