"Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok"
Któż z nas nie pamięta czasów, gdy wracał ze szkoły i oglądał nowe produkcje kina z Hong-Kongu. To były czasy kiedy wszystkim młodym głowę zaprzątały takie filmy jak "Pijany Mistrz" z Jackie Chanem, czy chociażby "Kickboxer 3" [rola dzięki której zasłynął Jean-Claude Van Damme]. Tak było za mojej młodości... trudno nawet mówić o młodości... to było dzieciństwo. Myślałem, że te czasy nigdy nie wrócą, że tego typu filmy odeszły do lamusa i teraz będzie można je oglądać jedynie na starych zakurzonych taśmach.
Tak było przez bardzo długi okres czasu. Kino tego typu przeżywało zastój. W końcu pewni dwaj bracia - Larry i Andy wprowadzili do swojego filmu elementy walk Kung-Fu. Film jak wszyscy zapewne zdążyli zauważyć odniósł ogromny sukces... Po wyjściu z kina jednak można było poczuć pewien niedosyt... Otóż "Matrix" nie był typowym filmem walki. Nie trzeba było bardzo długo czekać [oczywiście "długo" jest tu pojęciem baaaaaaaardzo względnym] aby ktoś wykorzystał kino walki i stworzył tradycyjny, przypominający stare dobre czasy, film Kung-Fu. Takim człowiekiem był Ang Lee, stworzył on naprawdę świetny film i sprawił, że kino walki choć przez chwilę zagościł na naszych ekranach.
Po raz pierwszy fragmenty filmu zobaczyłem bodajże na BBC w jednym z programów filmowych... Dawno nie było takiego filmu i jego reklama od razu przykuła moją uwagę. Niedługo później zostały ogłoszone nominacje do Oskarów. Nominacje dla Gladiatora nie były dla mnie wielkim zaskoczeniem [typowy amerykański film stylizowany na Braveheart], przemilczmy to jaką bezmyślnością wykazała się Akademia przyznając mu nominację za scenariusz... nie o tym miał być ten art. Jednym z filmów wielokrotnie nominowanych był "Crouching Tiger, Hidden Dragon" [pokłon w stronę tłumaczy 'nocy Oskarowej', do tej pory
ogarnia mnie pusty śmiech gdy sobie przypominam o "Kucającym tygrysie"]. Napaliłem się na ten film okrutnie. Czekałem i czekałem, kiedy już Oskary zostały rozdane moje 'kochane' kino raczyło łaskawie wyświetlić ten film [pomijając fakt, że jedyny seans był o 20:45]. Wreszcie mi się udało, po długim oczekiwaniu zasiadłem wygodnie w fotelu [o ile to w tym kinie było
możliwe] i z napięciem wyczekiwałem aż zacznie sie "właściwe widowisko".
Zazwyczaj idąc do kina z takim nastawieniem wychodzę bardzo zawiedziony i trochę podirytowany... No cóż, w tym wypadku wszystko było zupełnie inne. Film był dokładnie taki jakiego się spodziewałem... może nawet o wiele lepszy, kolorowy, baśniowy, z wyśmienitymi zdjęciami i rewelacyjnie zrealizowanymi akcjami [kolejny, drugi po "Matrix", pokłon w stronę Yuen Wo Pinga]. Ani trochę się na nim nie zawiodłem, można by powiedzieć, że dostałem film doskonały.
Jest jedna rzecz, którą na pewno mogę powiedzieć. "Przyczajony Tygrys..." to film bardzo "klimatyczny". Składa się na to szereg czynników, z których wymienić można muzykę czy chociażby kostiumy. Nie będę rozpisywał się o wszystkich poszczególne czynniki gdyż i bez tego art ten będzie wystarczająco długi. Poza tym jest to jeden z tych filmów, których nie da się opisać, jest to typowe dzieło, które oddziaływuje na widza właśnie poprzez obraz... Krajobrazy, walka przypominająca balet... TFU !!! ona baletu nie przypomina to dosłownie jest balet. Wszyscy Ci, którzy widzieli i zachwycali się "Matrixem" powinni obowiązkowo zobaczyć ten film.
Niestety, z reakcji wielu znajomych widzę, że nie jest to film dla każdego. Cóż... należy pogodzić się z faktem, że większość ludzi przed oglądaniem tego filmu nastawia się na niesamowite widowisko pełne akcji i fajerwerków niczym filmy z "Wielkim Arnie'm". Jeśli tak jest to wszystkim tym stanowczo odradzam to podejście. "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok" to typowa baśń. Mówię tu o takich baśniach jak "Królowa Śniegu", czy "Kopciuszek". Są to utwory, które mimo tego, że osadzone w fantastycznym, wyimaginowanym świecie w pewien sposób przemawiają do nas, a my słuchamy ich i próbujemy porównać do naszego życia. Nastawianie się zatem na jakiś bardzo realny film i późniejsze narzekania na to, że boohaterowie "latają" jest całkowicie pozbawione sensu.
Jedyną rzeczą, do której się przyczepię jest zbyt rozbudowana fabuła. Wiem, że w ogólnym pojęciu kinomanów nie ma czegoś takiego jak "zbyt rozbudowana fabuła", ale odniosłem wrażenie, że Ang Lee trochę nie mógł się zdecydować co pokazać. Na początku zostajemy wprowadzeni do historii Li Mu Baia i "Nefrytowej Lisicy". Później główne skoncentrowanie akcji przenosi się na wychowankę "Lisicy". Film rozkręca się i nagle ni stąd ni z owąd pojawia się [moim zdaniem trochę niepotrzebnie] wątek miłosny, chodzi mi oczywiście o historię opowiadaną przez młodą wojowniczkę. Ukazanie krajobrazów i muzyka w tym fragmencie sprawiają, że wcale nie przeszkadza a wręcz zachwyca... mimo to wydaje się być zbędny dla filmu... na pewno lepiej film zostałby odebrany, gdyby pokazywał w tym momencie losy Li Mu Baia i jego pierwsze spotkanie z "Nefrytową Lisicą".
Kiedy zaczynałem pisać o tym filmie zamierzałem dać mu ocenę 6/6... zamiar utrzymuję jednak wszystkich twierdzących, że ocena jest zawyżona informuję, że 6/6 nie znaczy 10/10 w tym wypadku jest mocna 9. Film naprawdę wart jest każdej minuty poświęconej na niego i zachęcam każdego, kto lubi dobre filmy walki jak i filmy trochę ambitniejsze...
OCENA 6/6 ale 9/10 :)
troy [amfilm@go2.pl]