Wczesna noc, planeta Keall. Już czwarty dzień z rzędu nie przestawało padać.
Deslon Phearm, człowiek który już niedługo miał zostać Sithem wracał właśnie z wieczornego
treningu. Był cały mokry, deszcz w połączeniu z potem pokrywał jego ciało i ubranie.
Przebiegł dziś 20 kilometrów i był naprawdę wykończony. Mimo wszystko zawsze lubił to uczucie,
sam nie wiedział dlaczego. Być może dlatego, iż zmęczenie napełniało go myślą, że wykonał kawał
naprawdę ciężkiej roboty. Nie miało to jednak znaczenia, więc postanowił skupić się na czymś
innym. Nagle się zorientował, iż od dłuższego czasu było mu okropnie zimno. Nie dość, że noce
na Keall nie należały do najcieplejszych, to jeszcze jego przemoknięty płaszcz nie dawał
odpowiedniej ochrony przed niską temperaturą. Ta pogoda powoli go dobijała. Wstawał - deszcz,
wychodził na ćwiczenia - deszcz, kładł się spać - deszcz. Najchętniej opuściłby tą bezludną,
nieprzyjazną planetę i udał się gdzieś, gdzie istniała jakakolwiek cywilizacja. Chętnie wróciłby
na Selonię, gdzie zostali jego przyjaciele. Sam się oszukiwał nazywając ich przyjaciółmi. Nawet
jego rodzony brat się go wyparł. Nikt z jego bliskich nie potrafił zrozumieć, że przeznaczeniem
Deslona było zostanie Sithem. Oni wszyscy byli zajęci swoimi sprawami: pracą, karierą, polityką.
Właściwie nigdy nie czuł do nich żalu, gdyby nie Moc prawdopodobnie robiłby to co oni i brał
udział w tym "wyścigu szczurów". Rozejrzał się w około. Wszędzie znajdowały się drzewa przykryte
peleryną mroku. Ciche wycie wiatru i strugi deszczu spadające z nieba tworzyły otoczenie jeszcze
bardziej przerażającym. Chyba większość ludzi po pięciu minutach przebywania w takiej scenerii
miała by dość i drżała by ze strachu. Jego jednak to wszystko uspokajało i wyciszało. Może to
jednak nie otoczenie, lecz on sam. W każdym razie aktualny "krajobraz" mu nie przeszkadzał,
a to było najważniejsze. Nagle poczuł jak coś otarło się o jego nogę. Odruchowo skierował dłoń
do miecza, lecz chwilę później uśmiechnął się tylko nieznacznie. Spojrzał jak zwierzę
wielkości ludzkiej głowy szybkim susem dostało się na najbliższe drzewo i zniknęło w jego konarach.
Neety - ilekroć je spotykał zawsze go rozśmieszały. Mała główka i duże uszy nie pasowały mu
jakoś do reszty ich ciała. Zdawał sobie sprawę, że wiele jest jeszcze rzeczy w galaktyce,
które go rozbawią, zadziwią czy przerażą. Kiedy był dzieckiem myślał, że wszystkie je pozna.
W końcu życie jest takie długie, powtarzał w duchu. Jednak po pewnym czasie sobie uświadomił,
że to niemożliwe i właściwie nie ma ochoty odwiedzać tych wszystkich systemów i planet.
Do jego chaty zostało jeszcze około trzech kilometrów, a jako że był strasznie senny i miał
zamiar dobrze wypocząć przed jutrzejszym dniem, postanowił resztę drogi przebyć biegiem.
Pędził przez las jak zwierzyna goniona przez bezwzględnego łowcę, a wiatr targał mu czuprynę
niczym kłosy trawy. Co pewien czas napotykał przeszkodę, jak zwalone drzewo czy większy głaz.
Bez trudu je jednak pokonywał saltami, których nie powstydziłby się najlepszy akrobata.
Nie zdążył przebyć połowy drogi, gdy coś wzbudziło jego uwagę. Dwa metry od siebie dostrzegł
ruch w krzakach. Otarł pot z czoła, ustabilizował oddech po czym sięgnął Mocą w tamto mejsce.
Z początku sądził, że to kolejny Neet lub inny niegroźny mieszkaniec planety. Jednak już po chwili
miał w głowie pełny obraz "tego czegoś". Było to zwierzę podobne do vonskra, lecz nieco mniejsze
i pozbawione ogona. Wurros, jedynie ten gatunek odpowiadał temu opisowi. Tutejsze lasy były ich
pełne i sam się dopiero zdziwił, że wcześniej nie spotkał żadnego. Deslon zrzucił z siebie
przemoczony płaszcz, a następnie powoli sięgnął po miecz i go uruchomił. Z rękojeści wytrysnął
czerwony słup oświetlając lekko młodzieńca. W krzakach zabłysły dwa żółte punkciki. Widocznie
blask karmazynowego światła zaciekawił wurrosa, gdyż szybkim ruchem wysunął on łeb z krzaków.
Wpatrywał się w chłopaka, jakby się zastanawiał czy zaatakować. Z oczu drapieżnika bił gniew
i pragnienie krwi. Na Phearmie to jednak nie zrobiło wrażenia, gdyż wiedział, że wynik starcia
jest z góry przesądzony. Nawet największe zwierzę było niczym w porównaniu do jego umiejętności.
A to co umiał teraz było tylko niewielką cząstką tego, czego może się nauczyć w przyszłości.
Wurros wyszczerzył kły chyba mając nadzieję, że uda mu się przestraszyć swoją "ofiarę", a następnie
się na nią rzucił. Młodzieniec odczekał do ostaniej chwili po czym odskoczył lekko w prawo
a spadając na ziemię szybkim ruchem ciął przeciwnika w grzbiet. Zwierz wydał z siebie
przerażający ryk, który był chyba słyszalny w promieniu paru kilometrów. Deslon zdziwił się,
że nie udało mu się tym cięciem pozbawić przeciwnika życia. Wurros, którego ta rana jeszcze
bardziej rozwścieczyła, nie czekając zaatakował ponownie. Widząc to chłopak, używając Mocy
poszybował w górę niczym kamień wystrzeliwany z katapulty. Będąc w powietrzu ustawił miecz
w pozycji zablokowanej i gdy tylko zwierz spadł na ziemię cisnął nim prosto w kark drapieżnika.
Czerwone ostrze z łatwością oddzieliło łeb bestii od reszty jej ciała. Krew drapieżcy rozbryzgała
się na kilka metrów. Phearm z gracją wrócił na ziemię. Dzięki Mocy przywołał swą broń z powrotem
do swej dłoni, po czym ją zgasił. Prawie zapomniałby o zabraniu płaszcza, jednak na szczęście
z jego pamięcią nie było jeszcze aż tak źle. Do domu został jeszcze około kilometr i miał
nadzieję przebyć go już bez żadnych niespodzianek. To chyba wystarczy jak na dziś, pomyślał
sobie i lekko się usmiechnął.
Jego chata była niewielka, zaledwie jednopokojowa, lecz to w zupełności wystarczało
dla dwóch osób. Deslon wszedł do domu i kolejny raz stwierdził, że jego mistrz jeszcze nie
wrócił. Miał nadzieję, iż może dzisiaj... Pomieszczenie było z lekka oświetlone niewielkim,
jarzącym się na pomarańczowo przedmiotem nieznanego pochodzenia. Na ziemi rozłożony był
ciemnoszary dywanik wykonany prawdopodobnie ze skóry banthy. Zdjął przemoczony płaszcz
i powiesił go w wyznaczonym do tego miejscu, pod którym szybko utworzyła się mała kałuża.
Następne dwadzieścia minut Deslon spędził przygotowując sobie posiłek. Gotowanie wprawdzie nigdy
nie było jego mocną stroną, jednak potrafił sporządzić coś, co by się nadawało do spożycia.
Po tej niewielkiej kolacji młodzieniec usiadł wygodnie na podłodze. Ręce oparł lekko na kolanach,
dłonie skierował ku górze, zamknął oczy i oddał się medytacji. Odprężył się, oddychał równo,
powoli. Mistrz Krall Dam'Hanna dużą uwagę przykładał do stabilizacji oddechu więc Deslon starał
się zawsze o tym pamiętać. Poczuł, jak przepływa przez niego Moc, jak go wspiera i czyni
silniejszym. Spokój, opanowanie. Tysiąc myśli i uczuć przepływało mu przez głowę, jednak zdawał
się jakby ich nie zauważać. Nie rozpraszały już go jak dawniej. Teraz on kontrolował stan
swojego umysłu. Nagła wizja błysnęła mu przed okiem umysłu. Tak szybko, że ledwo zdołał ją
wychwycić. Był to obraz walki. Uczestniczył w niej zarówno Phearm jak i jego mistrz, a za
przeciwnika mieli... sam nie wiedział co to było, jednak biła od tego czegoś wielka potęga.
Niestety chłopak nie potrafił wyłapać szczegółów starcia. Próbował, jednak mu się nie udało.
Zastanawiał się, czy było to wydarzenie z przyszłości, czy tylko jego strach przybrał taką formę.
Jeżeli rzeczywiście miało go to spotkać, to już dopatrzył się jednej zalety tegoż. Przyjaciel
chlopaka żyje i prawdopodobnie dokończy jego nauczania. Jednak obawy pozostały w jego głowie.
Mistrza nie widział już ponad tydzień, a właśnie teraz go bardzo potrzebował. Zdawał sobie
sprawę, że pierwszy rozdział jego "drogi" dobiegał końca. Już wkrótce miał stać się pełnoprawnym
Sithem. "Pełnoprawnym Sithem" powtórzył sobie cicho, jakby tytuły miały jakiekolwiek znaczenie.
Moc była w nim coraz silniejsza, z powodzeniem ją kontrolował i to było najważniejsze,
a nie za kogo będą go uważali inni. Z rozmyślań wyrwał go pisk drzwi.
- Powinieneś już spać. Jutro czeka cię ciężki dzień - usłyszał chłopak za plecami.
Deslon uśmiechnął się na dźwięk dobrze znanego mu głosu. Odwrócił się i ujrzał wysokiego,
szczupłego mężczyznę w średnim wieku. Na sobie miał tę samą ciemną tunikę i płaszcz co zwykle.
Powagi i mądrości dodawała mu broda przypruszona siwizną. Krall Dam'Hanna, mistrz i przyjaciel
Phearma sprawił mu sporą niespodziankę swoim nagłym powrotem.
- Dobrze, że wróciłeś mistrzu. Zaczynałem się niepokoić.
- Cóż, miałem mały problem, lecz nie stanowił on jakiejś szczególnej przeszkody w mojej misji.
Teraz możemy w spokoju dokończyć szkolenie - odparł jak gdyby nigdy nic Krall
- Zdradzisz mi gdzie byłeś przez ten czas i w jakim celu? - zapytał chłopak.
- Dowiesz się. Opowiem ci wszystko w swoim czasie. Teraz nie powinieneś zaprzątać sobie tym
głowy.
- Ech... - westchnął tylko cicho młodzieniec.
- Cierpliwość mój przyjacielu jest cechą którą powinien się odznaczać Sith. Musisz się więc jej
uczyć. Niech to też będzie dla Ciebie jakimś sprawdzianem - rzekł Dam'Hanna z lekkim uśmiechem.
Męszczyzna zdjął tunikę i uwagę Deslona przykuł przedmiot na szyi jego nauczyciela. W słabo
oświetlonym pokoju jego błysk był niemal oślepiający. Niczym zachodzące słońce mienił się
ciemną żółcią i czerwienią. Chłopak postanowił jednak nie wypytywać o ten amulet, czy cokolwiek
to było, gdyż najprawdopodobniej nie uzyska dziś odpowiedzi. Mimo wszystko był bardzo ciekawy
skąd znalazło się to na szyi Kralla i czy miało jakiś związek z jego misją.
- Jak już mówiłem powinieneś się dobrze wyspać - rzucił Dam'Hanna po chwili milczenia -
jutro o świcie wyruszamy do świątyni Nyrris, gdzie, w zależności od twojej postawy, może
dobiegnie końca twoje szkolenie.
Deslon skinął spokojnie głową, lecz bardzo go zdziwiły te słowa. Myślał, że nauki potrwają
jeszcze conajmniej dwa tygodnie, lecz w końcu nie on o tym decydował. Skoro taka była wola
mistrza Kralla, to najwyraźniej było to najlepszym rozwiązaniem. Dam'Hanna widocznie był zmęczony
po podrózy, gdyż zasnął błyskawicznie. Chłopak jednak jeszcze przez godzinę rozmyślał nad
wydarzeniami z ostatnich kilku godzin. Dziwna wizja, niespodziewany powrót mistrza i tajemniczy
amulet w jakiś sposób się łączyły. Jednak zadawanie sobie w kółko kilkunastu pytań z pewnością
daleko go nie zaprowadzi. Cierpliwości, prawdopodobnie wszystko wyjaśni się nazajutrz,
powiedział sobie Phearm szeptem, po czym usnął.
Następnego ranka już nie padało. Niebo pokryte było jasnymi chmurami, zza których nieśmiało
wyglądało słońce. Już o świcie przyjaciele - uczeń i mistrz byli gotowi do drogi. Do świątyni
mieli około pięciu kilometrów. Postanowili nie brać żadnego dodatkowego ekwipunku. Jedynymi
przedmiotami, w które się zaopatrzyli były ich miecze. Młodszy przy konstrukcji swej broni
wyraźnie inspirował się dziełem swego nauczyciela. Posiadała ona te same funkcjie: kontrola
długości i natężenia, za to różniła się kolorem. Ostrze Dam'Hanny było ciemno fioletowe,
natomiast Deslona czerwone. Po drodze do świątyni chłopak dowiedział się o celu ich wyprawy.
W świątyni mistrz miał nadzieję znaleźć starożytną księgę z manuskryptami Sith, oraz być
może holocron jednego z dawnych Lordów. Podczas marszu nie napotkali żadnych nieprzyjemnych
niespodzianek, jakby wszystkie tutejsze drapieżniki jeszcze smacznie spały. W wędrówce
towarzyszyła im niemal grobowa cisza. Ani jeden, ani drugi się nie odzywał. Idąc mogli w spokoju
rozmyślać nad różnymi sprawami. Dam'Hanna nie powiedział swemu uczniowi, że przewiduje niewielką
przeszkodę na drodze do księgi. "Niewielką" - słowo to zniknęło szybko w najdalszym punkcie jego
świadomości. Zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek spróbuje ich powstrzymać, powinni sobie
poradzić z tym bez większych problemów. Zastanawiał się jednak, czy sam Deslon będzie w stanie
stawić czoła domniemanemu wrogowi. Najgorsze, że nie wiedział do końca, co będzie na nich czekało
oraz jak będzie to coś potężne. W głowie młodzieńca natomiast kłebiło się wiele uczuć, pytań
i wątpliwości. Z jednej strony był wielce ciekaw skąd jego przyjaciel i nauczyciel wiedział
o rzekomych przedmiotach w świątyni oraz gdzie się podziewał przez cały poprzedni tydzień,
jednak zdawał sobie sprawę, że musi ćwiczyć cierpliwość i że dowie się zapewne wszystkiego,
gdy tylko przyjdzie na to pora.
Wreszcie dotarli do świątyni Nyrris. Została ona wybudowana i nazwana na cześć jednej
z córek pradawnego władcy planety. Budowla zachwycała swym pięknem i dokładością wykonania.
Z daleka dół wyglądał jak zwyczajny prostopadłościan, lecz gdy się go obglądało z bliższej
odległości ukazywał wszystkie swoje wspaniałe szczegóły. Ściany zdobione były drogocennymi
kamieniami oraz płaskorzeźbami przedstawiającymi w skrócie historię życia Nyrris. Górę świątyni
stanowiły dwie wieże wyrastające z niej niczym diamentowe kły. Deslon nie potrafił rozpoznać
materiału, z którego zostały wykonane. Był on szkliście błyszczący i połyskiwał w blasku słońca,
które po tych kilku dniach jakby budziło się znów do życia. Do wnętrza budowli prowadziło
proste wejście, nad którym widniał napis w nieznanym języku.
- Zobaczmy, co czeka na nas wewnątrz mój przyjacielu - rzekł ze spokojem Dam'Hanna - mam
nadzieję, że znajdziemy to czego szukamy. Cokolwiek jednak będzie nam próbowało przeszkodzić
wiedz, że jesteś już niemal Sithem, a niewiele jest istot, które mają szansę w starciu z Mocą.
Pamiętaj czego cię uczyłem a nasza wyprawa zakończy się sukcesem.
Deslon nie musiał się nawet odzywać, skinął jedynie głową, po czym obaj weszli do świątyni.
Przeszli przez ciemny przedsionek i znaleźli się w ogromnym pomieszczeniu, który stanowił
praktycznie całą świątynię. Wewnątrz panował półmrok. Jedynym źródłem światła była wiązka
promieni słonecznych wpadających przez dziurę w suficie. Rozjaśnione było jedynie centrum
pomieszczenia, kąty natomiast przykrywały cienie, które umiejętnie grały na ludzkiej wyobraźni
tworząc dziwne, niekiedy przerażające kształty. Na wysokości czterech metrów zawieszonych było
kilka skalnych półek. W pewnym momencie chłopak i jego mistrz usłyszeli dziwny dźwięk, coś
w rodzaju sapania. Odgłos dochodził do nich z ciemnego rogu pomieszczenia.
- Nie podoba mi się to - rzekł Deslon z odrobiną strachu w głosie.
Sapanie przeszło w jakiś rodzaj chrapania i nie mieli już wątpliwości, że nie są jedynymi żywymi
istotami w tym miejscu.
- Chyba będziemy musieli stawić temu czoła, z czymkolwiek mamy do czynienia - poinformował Krall
swojego ucznia, który szykował się już do walki.
Nie widzieli jeszcze swojego przeciwnika, lecz Moc ukazała im jego obraz. Po chwili przerażająco
wyglądająca bestia wyszła na środek pomieszczenia. Był to stwór wysoki na ponad dwa metry,
poruszał się na dwóch nogach, a kończyny górne stanowiły u niego szpony wielkości głowy wampy.
Żaden z nich wcześniej nie zetknął się z czymś podobnym. Z tyłu jej łba wychodziło coś na kształt
wielkiego pazura, który skierowany był do dołu. Deslon dzięki Mocy dostał się na najbliższą
skalną półkę, podobnie uczynił jego mistrz. Obaj, dokładnie w tym samym czasie uruchomili swą
broń. Bestia wydała z siebie koszmarny ryk, po czym ruszyła w kierunku Kralla. Odległość pięciu
metrów przebyła dwoma krokami i dzięki swojej sile jednym ruchem zniszczyła półkę, na której
stał Sith. Jednak chwilę wcześniej Dam'Hanna skoczył w stronę przeciwnika, zawiesił się na jego
pazurze i ciął precyzyjnie w kark napastnika. W miejscu tym pojawiła się rana, jednak ku
zdziwieniu mistrza zagoiła się w parę sekund. Krall wrócił na ziemię i szybko dostał się
na bezpieczną odległość. Deslon wykorzystując chwilę nieuwagi przeciwnika postanowił również
zaatakować. Niestety podobnie jak próba jego mistrza tak i ta okazała się nieskuteczna, a gdy
chłopak spadał został uderzony w plecy przez bestię i zwalił się na ziemię. Coś strzeliło
w jego nadgarstku i dalszą walkę mieczem mógł sobie odpuścić. Widząc to Dam'Hanna natychmiast
podbiegł do przyjaciela.
- Chyba nie będę w stanie pomóc mistrzu - oznajmił chłopak z grymasem bólu na twarzy.
- Możesz chodzić? - zapytał Krall
- Tak, z nogami wszystko w porządku.
- Postaraj się go zająć przez kilkanaście sekund,a potem dostań się na jedną z półek. Ja załatwię
resztę. - powiedziawszy to mistrz usunął się w bezpieczny rejon i maksymalnie skoncentrował.
Phearm tymczasem wykonał polecenie swego nauczyciela. Rzucił mieczem w stwora, aby skierować
na siebie jego uwagę, po czym pobiegł w odległy róg pomieszczenia. Dam'Hanna postanowił
skorzystać z umiejętności, której prawie nigdy nie używał. Nóż psychiczny, potężna emanacja Mocy
znana przez niewielu. W zależności od natężenia mogła ogłuszyć ofiarę, pozbawić ją na trwałe
pamięci a w skrajnych przypadkach nawet zabić. Sith postanowił dziś wykorzystać jej całą siłę,
co przedtem zdażyło mu się jedynie dwa razy. Deslon przez pewien czas uciekał przed bestią,
a następnie, zgodnie z planem dostał na najbliższą okrytą cieniem skalną półkę. Widząc to
Krall z iście kocią zwinnością dobiegł do swej ofiary. Z jego pięści wydobyło się dziwne,
purpurowe ostrze długości około trzydziestu centymetrów. Sith wyskoczył na wysokość głowy
przeciwnika i uderzył prosto w jego skroń. W atak włożył wszystkie swoje siły, wszystkie uczucia
z potężnym Gniewem na czele. Żadnego wachania, uderzył żeby zabić. Deslon nie miał pojęcia,
co uczynił jego mistrz. Stał jak wryty i obserwował, jak bestia pada z hukiem na ziemię.
Chłopak od razu popędził do swego nauczyciela.
- Nie żyje - powiedział Krall oddychając ciężko.
- Co to...
- Kiedyś również się tego nauczysz - wyprzedził pytanie Sith.
Phearm widział, że Dam'Hanna ledwo się trzymał na nogach. Ten tajemniczy atak musiał go bardzo
osłabić, pomyślał młodzieniec.
Następne dwadzieścia minut Deslon spędził na dokładnym przeszukiwaniu świątyni, podczas
gdy jego nauczyciel wciąż dochodził do siebie.
- Znalazłem! - wykrzykną nagle chłopak.
W ścianie ujrzał dziwną rysę, uderzył w nią i za cieńką warstwą kamienia odnalazł trzy
przedmioty. Pierwszym z nich była księga - główny cel ich misji. Pozostałe dwa stanowiły:
niewielki stożkowaty przedmiot - holocron oraz amulet, którego w ogóle nie spodziewali się
znaleźć. Phearm natychmiast przyniósł zdobycz mistrzowi.
- Ta księga, chyba jednak będziemy mieli problem z poznaniem jej zawartości - rzekł Deslon
i pokazał pas otaczający tom i uniemożliwiający otwarcie go - materiał jest zbyt wytrzymały,
aby się go pozbyć.
Dam'Hanna wziął przedmiot do ręki, zdjął swój nowy amulet, po czym przyłożył go do wyżłobienia
w solidnym zabezpieczeniu. Niczym za dotknięciem magicznej różdżki księga się otworzyła i ukazała
im strony zapisane w jednym z zapomnianych języków.
- Czy dysponujemy wiedzą umożliwiającą nam odcztanie tych zapisów? - zapytał dla pewności Deslon.
- Oczywiście, że tak - odparł z lekkim uśmiechem Krall, po którym nie było już widać śladów walki.
- A co z holocronem i tym nieznanym amuletem?
- Przestudiujemy dokładnie wszystkie trzy przedmioty i spodziewam się, że wiedza Bractwa znacznie
się wzbogaci dzięki informacjom zawartym w tych zdobyczach. Nasza misja tutaj jest zakończona,
wracamy na Korriban, gdzie czeka cię wiele pracy nad holocronem. Twój akces do Bractwa zależy
od postępów jakie poczynisz podczas tego zadania...
Deslon zapomniał o złamanym nadgarstku. Nie to teraz było najważniejsze. Po długim czasie
opuszczał tą bezludną planetę, ich zadanie zakończyło się sukcesem, a on sam był już jedną nogą
w Bractwie Sithów.
- ...i jestem pewien, że ci się uda - zakończył rozmowę mistrz Dam'Hanna.
Sthrathos